Memu miastu na odpierdol
Dymy koksowni i mary martenów,
domy Sodomy, mury Gomory,
pomniki bez podstaw, symetrie bez osi.
To miasto bez urody, z imieniem z kapelusza,
z rodowodem kupionym od ruskich na bazarze,
z fałszywym DNA. Stworzono je z popiołów,
piastowskich urojeń i ludzkiego tłucznia, jaki się nawinął;
licowało się hausy, licytowało sady,
by świeciły przykładem oraz dawały wyraz.
Zrobiono je stolicą obcej mu piosenki,
jeszcze dziś brzmią tu hymny jak odlane w hutach,
różne takie „nie zmogła” i „ale to już było”.
Uczniowie noszą noże, a stare zgredy dready.
Kochałem tu, jak umiałem. I moje dzieci nieraz
krzyczały tu ze szczęścia. To tu mieszkałem na krze.
Ostoja myśli. Bastion poetów. Miasto to
dało światu Bednorza, Zielonkę, Niedworoka
i dorzuciło gratis casus Gutorowa.
Solennie, bez wiary, studiuje tu młodzież
skupiona wokół idei grilla oraz browara,
wierna prostym konstrukcjom, we flirtach schematyczna.
Z duchów przeszłości wyłącznie
sentymentalni Niemcy, na stałe tylko wychodźcy,
w godzinie szczytu paraliż, po nocach cześć wielkiej Polsce.
Kilka lokalnych wyroczni, muzeum, most jak trzeba
opięty przez zakochanych kłódkami, światło trochę mdłe.
Świat bez dna, drużyna piłkarska co roku spada z ligi.
Wiatr zwykle północny, ziemia jałowieje.
Dużo wód stojących, a w wodach tych cienie.
Warunki, jakie lubią gleje i nicienie.
Po lasach wokół liczne jaskinie i leje.
Tytuł wiersza nawiązuje do tytułu piosenki Buźki Skurwiela „Memu miastu na do widzenia”. Uwaga! Poniższe wideło może zawierać drastyczne sceny! W każdej chwili perkusiście może wlecieć do buzi mucha.
W Zdzieszowicach pod Opolem mamy największą w Polsce koksownię. Cała Polska jedzie na koksie ze Zdzieszowic. Kiedyś działał przy koksowni klub „Dookoła Świata”. A w klubie ekipa dziarskich szajbusów z Łukaszem „Sokołem” Sokołowskim na czele. Orkiestra Na Zdrowie dała tam najlepszy w swojej historii koncert bez basu. Tzn. bas był, ale nie dał się nagłośnić i brzmiał, jakby dobiegał spod hałdy koksu.
Ilekroć myślę o schematycznie flirtującej młodzieży, staje mi przed oczami romantyczny obrazek, który zaobserwowałem dawno temu w Opolu na rynku, nocą. Niedobitki Opolan wyczołgiwały się z ostatnich piastowskich knajp, kelnerzy liczyli napiwki, tu i ówdzie próbowano śpiewać, na niebie piastowski księżyc wyginał swe ciało w łuk jakby tańczył na rurze. Na piastowskim bruku klęczał w pozie papieża całującego lotnisko nietrzeźwy młodzian i głosem płaczliwym zwracał się ku plecom odchodzącej dziewczyny: „Ale łaj, Mariolu? Mariolu, powiedz mi, łaj?!”
Imię dziewczyny na obrazku zostało zmienione.
Odra Opole to piastowska drużyna piłkarska o niezwykłej historii. Naprawdę przez trzy czy cztery lata pod rząd spadała do, jak to się mówi, niższej klasy rozgrywkowej. Wiele jej meczów dziwnie wyglądało. Kiedy wyszła na jaw wielka afera łapówkarska, Fryzjer i te sprawy, to okazało się, że bywały takie mecze, które działacze Odry kupowali u sędziego, podczas gdy piłkarze Odry ten sam mecz sprzedawali rywalom.
Jeśli ktoś nie wie, co to gleje i nicienie, to znaczy, że nie uważał na lekcjach biologii.
Stanisław Nicieja to wybitny opolski dzierżyńskolog. Dzierży pałę pierwszeństwa w tej dziedzinie co najmniej od czasu publikacji peanów na cześć Dzierżyńskiego w „Odrze” i „Opolu”, w których dowodził, że Dzierżyński „był to człowiek moralnie czysty, ofiarny, oddany bez reszty idei, o silnej woli, stanowczości i dużej odwadze”. Nicieja redagował kwartalnik KC PZPR „Z Pola Walki”. Służył pod generałem Jaruzelskim w PRON-ie. Kiedy historia zaczęła puszczać wiatry w drugą stronę, porzucił Dzierżyńskiego i zaczął żerować na cmentarzu Łyczakowskim, któremu poświęcił niezliczoną ilość publikacji. Został rektorem Uniwercytatu Opolskiego i senatorem. Znany z zamiłowania do słit foci ze Znanymi Ludźmi, nastawiał na opolskim Wzgórzu Uniwercytackim Osieckich, Grechutów i Grotowskich, żeby móc się z nimi do woli fotografować.
Ładnie pisał o sobie na swojej stronie internetowej, że „uchodzi w powszechnej opinii Opolan za wielkiego budowniczego UO – przydomek Kazimierz Wielki Opola”. Niestety, odebrał sobie ten przydomek, a w każdym razie usunął go ze strony, kiedy przytoczyły go Dorota Wodecka i Joanna Pszon w opolskiej Wyborczej.
Czytelnicy uważnie śledzący ojczysty rynek książki zauważyli zapewne gwałtowny spadek ilości monografii Opola, jaki nastąpił w ostatnich latach. To dlatego, że kiedy ktoś wyda książkę o Opolu, Kazimierz Wielki Nicieja potrafi go zaprosić na kawę i zrugać, że w książce nie ma o nim żadnej wzmianki, a powinny być co najmniej dwa rozdziały. Dlatego boimy się teraz pisać o Opolu.
Adriana Nieodwzajemnioną Sympatię Glenia, dzisiaj habilitowanego doktora, poznałem w ubiegłym stuleciu jako skromnego, nieśmiałego studenta, który poprosił mnie o rozmowę dla pisemka „Przez Czerń”, które wydawał z kolegami. Pierwsze pytanie rozmowy brzmiało mniej więcej tak: „Chromy jeleń miota się po niebie. Czy źródła dzieciństwa jeszcze szumią?”
Potem było już tylko gorzej. Ponieważ skromność i nieśmiałość Glenia podobały mi się, postanowiłem nie mówić mu, że nie umie rozmawiać, ale jakoś po angielsku się ze znajomości z nim wymiksować. Poprosiłem o przesłanie rozmowy do autoryzacji, której nie zamierzałem dokonać. Skutek był taki, że po paru latach opublikował tę rozmowę bez autoryzacji. Nawet po licznych zabiegach wygładzających widać, jaki byłem wtedy wkurwiony i jaki anielsko cierpliwy. Oprócz pytania o źródła dzieciństwa, Gleń nie wstydził się pytać a nawet drążyć, czym jest dla mnie poezja, czy poetą się jest, czy bywa, czy istnieje u mnie strach przed pierwszym słowem, czy wstydzę się fascynacji erotyzmem i jak umiejscowić poetę w statusie społecznym.

Wkrótce miało się okazać, że zamiast ulec fascynacji erotyzmem, Gleń radykalnie zafascynował się słowem. Niestety, pisał jeszcze gorzej, niż mówił. Żeby trzymać się tylko tego, co napisał o mnie, zacytuję kawałek recenzji z pisma „Fabularie”:
…poezja opolskiego poety wymaga od czytelnika „mimetycznie motywowanej wiary”, ale ułamkowe widzenie w żaden sposób nie może legitymizować tezy o niedostępności tego, co pojedyncze. Być może to, co moje, prywatne (ale nie – tabuiczne) nie może być ujawnione właśnie inaczej, jak tylko w zapisie momentalnym, epifaniczym, w narracji niedokończonej, niepełnej, zatrzymującej się na progu wyrażalności i językowej inwencji stylizacyjnej (sama zaś stylizacja wszak nie musi oznaczać koniecznie wykluczenia „sobości” na rzecz tego, co obce; dziwi tutaj nazbyt chyba proste – substancjalne i, by tak rzec, homogeniczne językowo – traktowanie podmiotowości). Jakkolwiek by jednak nie było – mamy dostęp do życia poety przez tekst, a wiersz traktujemy jako tegoż świadectwo, czy też każdy zapis jest tekstoidalny i nie można traktować go jako analogon realnej egzystencji? – czytelnik odczuwa swoistość radykalnej autobiografizacji obecnej w tej twórczości…
Kiedy zacząłem tu i ówdzie podśmiewać się z wykwitów stylu Glenia, poczuł się on robiony w analogona tekstoidalnej sobości i boleśnie zranił się szpilą, którą usiłował mi wbić na łamach pisiorskiego „Nowego Napisu”, o czym była już na tej stronie mowa.
Na stronie kultura.poznan.pl Aleksandra Skowrońska rozpoczęła recenzję „Włosa Bregueta”, w którym wiersz „Memu miastu na odpierdol” się ukazał, słowami:
Jacek Podsiadło w tomiku „Włos Bregueta” ogląda świat z dystansu. Zdaje się mu przyglądać z pozycji wszechwiedzącego podmiotu lirycznego zdolnego wniknąć w przedstawianą przez niego rzeczywistość. Świat jest w końcu prosty i oparty na schematach, które wystarczy jedynie dobrze poznać i opisać, by zrozumieć świata naturę. Ostrowiec, rodzinne miasto poety, opisany w wierszu „Memu miastu na odpierdol” to – ujęta w kilkudziesięciu wersach – esencja małomiasteczkowej polskości. Podsiadło pisze o rodzinnym mieście: „To miasto bez urody […]”.
Zdziwiony, że chciałem napisać wiersz o Opolu, a wyszedł mi wiersz o Ostrowcu Świętokrzyskim, zaproponowałem recenzentce, żeby wycofała swój tekst i żebyśmy o sprawie zapomnieli. Trafiła jednak koza na kamień. Autorka odpisała krótko, że zamiast tego przekaże mój liścik redakcji. I redakcja napisała do mnie, ręką Sylwii Klimek.
Przyznaję, że nigdy dotąd nie spotkałam się z sytuacją, w której autor recenzowanego dzieła prosi o wycofanie recenzji po jej publikacji. Z całym szacunkiem do Pana opinii o tym tekście – każdy recenzent ma prawo do własnej interpretacji tego, co przeczytał, zobaczył, usłyszał. Nie tylko takie jest jego prawo, ale i oczekiwanie odbiorców. Już poza wszystkim: czy wielość odczytań nie jest ciekawsza, otwierająca dyskusję, niż podążanie za „jedną, słuszną linią”, wskazaną przez autora czy innych recenzentów? Recenzji Oli nie wycofamy z portalu.
No i faktycznie! Ponieważ nazwa miasta w wierszu nie pada, ponieważ wielość odczytań jest ciekawsza, bardziej otwierająca dyskusję, niż podążanie za „jedną, słuszną linią” i ponieważ kocham ten moment w „Rejsie”, kiedy pan Roman ma podać nazwę miasta na K. nad Wisłą, muszę przyznać rację recenzentce „Oli”. Wszak „haus” to dom po niemiecku, a „piastowskie urojenia” mogą być skrótem myślowym odnoszącym się do urojeń o odwiecznej piastowskiej obecności. Zatem wyraźnie chodzi tu o region świętokrzyski, Ziemię Kielecką w szczególności, gdyż znane są napaść Hitlera na te właśnie ziemie i fakt upodobania ich sobie przez niemiecką turystykę sentymentalną, zatem bez wątpienia miasto, o które chodzi, to Ostrowiec. Potwierdza to inny fragment, w którym jest mowa o tym, że miasto to „zrobiono stolicą piosenki”, a każdy oczytany człowiek wie albo przynajmniej słyszał, że festiwal piosenki polskiej odbywa się nie gdzie indziej, jak w Ostrowcu. Nie koniec na tym: „To tu mieszkałem” i „Miasto to dało światu Bednorza, Zielonkę, Niedworoka i […] Gutorowa”. Tu już mamy konkretne nazwiska i prawdopodobnie można sprawdzić w Wikipedii albo gdzieś, jakie miasto reprezentują wymienieni osobnicy i Podsiadło też. Ja nie sprawdzałem, ale bez wątpienia chodzi o Ostrowiec. Jest wreszcie w wierszu wzmianka, że „studiuje tu młodzież”, a trudno o bardziej od Ostrowca Świętokrzyskiego znany ośrodek akademicki, co ostatecznie potwierdza prawidłowość rozpoznania recenzentki. Definitywne rozwianie wątpliwości przynosi pointa wiersza, ostatnie jego słowa, w których stoi napisane jak krowa: „Po lasach wokół liczne jaskinie i leje”, a nie od dziś wiadomo, że to w świętokrzyskich lasach działała bardzo aktywnie partyzantka, a leje tutaj prawie bez przerwy, nawet mówi się „leje jak w Kieleckim”.





