2018. Podwójne wahadło

Jak wiecie, jestem poetą. Tworzę zatem wiersze, zaś moim ulubionym tworzywem jest samo życie, z którego czerpię garściami. I zauważyłem ciekawą rzecz: że już bardzo dawno nie napisałem wiersza nowoczesnego. Takiego, wiecie, który już sto lat temu był nowoczesny: bez kropek, bez dużych liter, bez rymów, bez niczego. Za to coraz częściej piszą mi się wiersze zdaniowe. Dałoby się nawet powiedzieć, że cofam polską poezję do średniowiecza, bo wtedy się tak w nadwiślańskich borach pisało na kolanie. Może dlatego, że wieloznaczność osiągnięta przez to, że się gdzieś nie postawiło przecinka, zaczęła mi się z czasem wydawać efektem tanim, odpustowym.

Kogo wiersze nie interesują, ten niech sobie wsadzi język wszędzie tam, gdzie mówię o poezji. To się Wam naprawdę może przydać, jeśli nie macie zaplanowanej niemoty na resztę swoich dni. Miałem nie tak dawno przyjemność wymienić z Tomaszem Ososińskim kilka luźnych uwag o wszystkim, tylko nie o języku, i niespodziewanie doszliśmy do wniosku, który był dla nas obu oczywisty, że poezja to język przyszłości. Że wszystko na to wskazuje. Że wszystkim nie wiadomo dokąd prowadzącym liniom rozwoju języka w tym właśnie Rzymie wypada przesiadka, choćby skały skakały.

Język chce do nas przemówić. Wiersz pragnie rygoru i nie ma na to rady. Jak próbujesz napisać wiersz pozbawiony rytmu, to musisz stosować bardzo wymyślne formy rytmiczne, jak chcesz pozbawić wiersz rymu, szukasz rymów jak najbardziej odległych. I nie wymyślimy już żadnych nowych form innych, niż hybrydy. Poeta zawsze stoi w punkcie wyjścia, co wcale mu nie uniemożliwia międzyplanetarnych rajz.

Dlaczego poezja jest językiem przyszłości? Bo chyba tylko poezja jest w stanie spakować w języku więcej informacji, niż język jest w stanie pomieścić. Inaczej niż maksymalnie jednoznaczny język urzędowy zmierza do wieloznaczności, może nawet nieskończonej (nawiasem mówiąc, właśnie dlatego poeci przed sądem zawsze wypadają z pozoru źle). Jest sposobem komunikacji, prawdopodobnie jedynym takim, któremu nie podoła sztuczna inteligencja. Jest szyfrem, który nigdy nie może zostać złamany do końca. Grą, której zasady kształtują się w trakcie każdej rozgrywki. Człowiek, który przegrywa w szachy z byle maszynką, nigdy nie przestanie wygrywać turniejów poetyckich o Listek Laurowy. W porównaniu z poezją szachy to warcaby. Poezja to też język, którego nie można się nauczyć inaczej, jak tylko ze słuchu. Podręczniki do kosza. Wszelkie „interpretowanie” wiersza, domaganie się, np. przez wiejskich nauczycieli, informacji, co się wyłania po rozpakowaniu komunikatu nadesłanego przez p. Słowackiego, jest jak błaganie ślepego, żeby mu zaraz po rozpakowaniu prezentu opowiedzieć to, co jest w środku. Ślepy zawsze dostaje to samo, figę i rózgi.

Może słyszeliście, że w poezji słowa dziwią się słowom, a nie wiecie, jak to możliwe. Spójrzcie zatem na podwójne wahadło. Pojedyncze wahadło wszyscy znamy i wiemy, jak działa. Mamy je oswojone, przewidywalne. Wiersze Marii Konopnickiej to jest to. Natomiast wahadło podwójne to wahadło zamocowane na wahadle. Widzicie?

Widzicie, jak po wprawieniu go w ruch dolne wahadło zdziwione jest tym, co się z nim wyrabia? Jak rozsadza je energia, którą dostaje nie wiadomo skąd? Założę się, że macie wrażenie, że macie do czynienia z czymś w rodzaju tańca, z chaosem, w którym panuje porządek. Działanie poezji można sobie tak właśnie wyobrażać. Z każdym majtnięciem każdego elementu wahadła przed całym układem otwierają się nowe możliwości. Jak w wierszu: to, co się „działo” w pierwszym wersie, wciąż trwa i działa na wers drugi, potem na trzeci, wpływa na niego raz słabiej, raz mocniej. Wiersz jest prosty jak konstrukcja cepa, tyle że w przypadku cepa młócący próbuje zapanować nad pierwszym z dwu wahadeł, żeby to drugie zachowało się w sposób w pełni przez niego zaplanowany. Gdyby zorganizowano światowy czempionat Mister Cep 2021 to też pierwsze miejsce wziąłby komputer, drugie robot a człowiek ledwie by się załapał na podium. Ale gdyby dać cepowi wolność, żeby był cepem-samoklepem… W każdym razie ja jakoś tak właśnie tworzę, że staram się wprawić w ruch pierwsze słowo, dać mu wolność, a reszta jakoś leci, jakoś się buja.

PODWÓJNE WAHADŁO

Wróciliśmy jak Marsjanie
do swego lokum sprzed roku,
by poddać czas odmianie.
Pod samym murem największej
ceglanej świątyni świata
ustanawiam sakrament.
Dokładam swoją cegiełkę.
Gdzieś w ruinach jest plan.
Dźwięk dzwonów carillonu
przywraca nas do pionu,
ułatwia szukanie tonu.
Ktoś chodzi po mnie i stuka.
Ktoś po omacku szuka
potwierdzenia, że żyję.
Jedna miara na wszystko:
zanurzam się w ziemi po szyję,
czas się dla nas otwiera
na krótkie „teraz”, „teraz”,
rodzi się i zamiera.
Potem na dobre ustaje.
Wraca do powijaków.
Jest ciemność,
więc prawie nic nie ma.
Nie ma gwarancji powrotu,
nie w naszym wahadłowcu.
Robimy wszystko na odwrót.
Trwam jeszcze, już przez sen.
Miłość przyjdzie znów po nas
rano. Z niebios opadnie rosa. A tam
godzina za godziną, msza za mszą, organy, głosy.
Magda powie potem, że trochę jej to przeszkadzało.
Będzie stała przy oknie
i grzeszyła urodą na śnieżącym ekranie.
Bardzo korzystnie wypadnie w tym niekorzystnym świetle,
blask ładnie ją określi, zakręci się przy niej anioł.
Bez niej nie będzie życia. Nie da się umrzeć za nią.
Poręczy za nią równanie. Zamknie się przed nią zdanie.
Zabrzmi na bis Ciaccona di Paradiso e d'Inferno,
muzyka, która sama czyni siebie śmiertelną
jak służąca służąca sobie samej za piękność.