Jesień i ukochany
Dzień przemija, a kłopoty zostają
przysłowie ormiańskie
Przyjechałam poprzedniego dnia, późno wieczorem. Metro już nie jeździło, pomyliłam rzekę z kanałem i zupełnie niechcący znalazłam się w dzielnicy żydowskiej, potem urwała mi się szelka w plecaku, rozbolało ramię, dobijała mnie cała ta sytuacja, lał się ze mnie pot i w ogóle – jestem tylko młodą dziewczyną, ledwie po trzydziestce i naprawdę mam już dość. Kiedy rano obudził mnie telefon, z wściekłością rzuciłam się na korytarz, nie wiadomo po co, w tamtym mieszkaniu naprawdę nikt by do mnie nie dzwonił, mogłabym rozerwać intruza i wyrzucić za drzwi. I wtedy właśnie wszystko się zaczęło.
W korytarzu stała golusieńka Nikoliko, czyli Nikoli, czyli Niki, czyli Nikifore. Już wyjaśniam: Nikoli jest feministką, w każdym razie sama się za nią uważa, a moim zdaniem jest po prostu stuknięta, wolała imię Niki od Nikoli, bo najwyraźniej uznała je za bardziej aseksualne i fajniejsze; ale ja jako Gruzinka wolę pieszczotliwie zdrobniałe Nikoliko, za to kiedy ta małpa mnie złości – co się często zdarza – nazywam ją Nikifore.
Był koniec listopada, a ogrzewania, nie wiadomo czemu, konsekwentnie nie włączaliśmy, dlatego w przedpokoju było zimno, i to bardzo.
Nikoliko rozmawiała ze swoją przyjaciółką żonglerką, choć raczej to tamta nawijała, i to takim głosem, jakby przyśnił jej się zły sen, i jakby w ogóle wszystko było źle. Chciałam podać kurtkę tej biedulce, ale potem doszłam do wniosku, że sama może ją sobie wziąć i poczłapałam z powrotem do łóżka.
A jakże, znów mnie obudzono. Tym razem słychać było krzyk Nikifore. Nie do wiary, wyłączyli jej telefon, aaa! No cóż. Siedziała w kuchni ze swoim facetem, ten – odpicowany jak do trumny, w koszuli wyprasowanej moimi własnymi rękoma, ona – golutka.
Wiecie jaka jest różnica między nagim a gołym? Nagi jest w porządku, goły – to wstyd. Golasy przechadzają się po tbiliskiej łaźni lub po domu wariatów, albo piją kawę w zimnej kuchni razem z dwojgiem kompletnie ubranych ludzi. Gołemu jest zimno i robi się siny, stopę ogrzewa sobie łydką i jest istotą całkowicie nieerotyczną.

Kiedy nieszczęśnik skończył siorbać kawę – na nic więcej nie mógł liczyć – poszedł sobie, by fotografować mosty (bogowie, cóż za wspaniała robota, szczególnie na głodnego i w śniegu z deszczem), powiedziałam Nikoliko, że już starczy tego erotic-show, ubierz się, bo zamiast ciebie ja zaraz dostanę zapalenia pęcherza. Nikoliko hardo odpowiedziała, że erotyka nie ma z tym nic wspólnego, że zupełnie jej nie obchodzi jakie uczucia wzbudza jej ciało w jakimś brudnym samcu, a tak w ogóle (crescendo) to jeśli komuś się nie podoba, może się zabierać z jej mieszkania, ponieważ to ona płaci za wynajem, a wszyscy mężczyźni to degeneraci i, jak widać, niektóre kobiety też, ponieważ ja (wskazała mnie swoim drżącym z zimna i ze złości palcem) nic nie pojmuję z filozofii płci, nie rozumiem też powołania duszy Niki (gołą nogą uderzyła w krzesło, zabolało ją i uspokoiła się). Po czym Nikoliko trochę popłakała, poszła do swojego pokoju, wróciła ubrana, włożyła nawet gruzińskie kapcie, żeby mi zrobić przyjemność i powiedziała, że nie lubi siebie, nienawidzi (crescendo), że psycholog idiota kazał jej chodzić nago, a ona marznie!
I znowu siebie nienawidzi! W dodatku wyłączyli jej telefon! Wyszłam z domu godzinę wcześniej niż zwykle i patrzyłam jak nad rzeką biegają zdrowi ludzie. Wypaliłam pół paczki, uspokoiłam się, pochłonęłam pitę, a potem z ciężkim żołądkiem i ciężkim sercem poszłam zarabiać na życie – w stowarzyszeniu literackim, by zaprezentować swój wielki intelekt, prastary rodowód i autentyczny talent.
Mam wrażenie, że w tym porządnym kraju jest non stop ciemno. Potem zrobiło się jeszcze ciemniej, przyszła noc. Spóźniłam się na spotkanie z Anrim. Po drodze znów kupiłam pitę, bo byłam głodna, no a przecież nie mogę szybko iść, kiedy jem. Anri, mój anioł, gości mnie każdego wieczoru, ale nie karmi mnie, daje mi tylko pić. Sporo na mnie wydaje, naprawdę nie jest sknerą, po prostu pewnie myśli, że ja w ogóle nie jem. Pierwszego razu piłam na głodnego, a kiedyś tak się upiłam, że najpierw odtańczyłam „Aiszę” w kurdyjskiej restauracji, a potem hopaka na brzegu rzeki. Anriego zwykle to wzrusza i cieszy, ale mnie to nie sprawia żadnej przyjemności.
Anri lubi mnie odprowadzać, pieszo, ja – niekoniecznie. Ale to nieważne, w dwadzieścia minut byłam na miejscu. Przy wejściu na klatkę zastaliśmy przyjaciółkę Nikoliko żonglerkę oraz Margo, wściekłe dzwoniły do drzwi, a Niki nie otwierała. Zdenerwowane wyjaśniły mi, że pół godziny wcześniej umówiły się z nią, że przyjdą, a ona – proszę! Nie otwiera. Pewnie się zabiła, stwierdziła żonglerka.
Otworzyłam drzwi, a ponieważ Anri jest jednak porządnym człowiekiem, nie chciał pozwolić na to, bym sama musiała oglądać wiszącą Nikolę, poza tym umierał z ciekawości, gdzie mieszkam i dlaczego tutaj, więc on też wszedł z nami. W pośpiechu wbiegłam po schodach.
Drzwi do mieszkania zastaliśmy otwarte i żonglerka oznajmiła, że nie może tam wejść. Margo została by ją uspokoić, a do środka weszliśmy Anri oraz ja, dzielna i skłonna do poświęceń.
Nikifore stała naprzeciw magnetofonu w słuchawkach, a ponieważ kabel był krótki i ograniczał ruch, tam też kręciła zadkiem. Tak jej przyłożyłam w ten zadek, jak chyba nikt nigdy jej nie przyłożył, a na twarzy musiałam mieć wymalowaną taką wściekłość, że nawet nie zaprotestowała. Z płaczem wyjaśniła mi, że po jedenastej nie można głośno słuchać muzyki, a ona miała ochotę potańczyć, więc drzwi zostawiła otwarte, żeby mogły wejść, po prostu zapomniała o drzwiach na dole. Nikoli bardzo się tym przejęła.
Na twarzy żonglerki dostrzegłam coś jakby rozczarowanie. Ona w ogóle miała jakiś stosunek wobec samobójstw, ale jaki, nie wiem. Była bardzo bogata, jej dziadek dorobił się na Żydach w czasie drugiej wojny światowej, wysyłał ich do Szwajcarii, a ich majątek zatrzymywał sobie. Wysyłał jak wysyłał… Sami jechali i albo mieli szczęście, albo nie. Najwyraźniej w końcu sumienie zaczęło dziaduniowi dokuczać, bo powiesił się w śródmiejskim parku. W ślad za ukochanym dziadkiem zabiła się babcia – nie jego żona, tylko druga babcia, co jej było, nie wiem, potem – ojciec żonglerki, potem – brat. Matka nie zdążyła, umarła na raka i została czarną owcą rodziny. Żonglerka dokładała starań, żeby pójść w ślady szacownych przodków, ale było to trudne, ponieważ była młoda, ładna, bogata i utalentowana – tak wiele przeszkód stawało na drodze do jej szczęścia!
Kiedy ją poznałam, mówiła, że jej ówczesny ukochany niby jest w porządku, ale w sumie to w wcale nie. Za to Jan…, o, Jan, nie widzieliście go, ja go widziałam, a nawet piwo wypiłam z tym prostakiem: brudne paznokcie, przetłuszczone włosy, wycierał nos ręką i z okropnym akcentem mówił o „Pani Bovary”, taki cham. Ale jak się okazuje seks z tym podczłowiekiem okazał się niewiarygodny: o, tu – opowiadała żonglerka, obnażając piersi – byłam cała podrapana! Zemdliło mnie.
Teraz cicho pojękiwała w kuchni. Margo ją uspokajała. Anri szukał w lodówce czegoś do picia, ale nic nie znalazłszy, wyszedł kupić coś u Turka. Niki chodziła nerwowo w tę i z powrotem, rozpaczając, że jest bezwartościowa, niezgrabna, brzydka i bez talentu. Na swoją obronę podawała, że jak na rodzinę, w której wyrosła, i tak jest nieźle, a wszystko to wina podłego, och, podłego do cna dziadka, i nie trzeba go było chować dwa razy, w ogóle nie trzeba go było chować, tylko rzucić psom na pożarcie.
Ja, głupia, pomyślałam, że trzeba jakoś rozładować sytuację i szczerząc zęby zapytałam, co to za historia z dwa razy chowanym dziadkiem? No i to był wielki błąd. Nikoliko wydała z siebie wrzask, a niech to szlag, czy biedni sąsiedzi nie woleliby jednak słuchać muzyki? Tymczasem żonglerce zaświeciły się oczy i wtedy przypomniałam sobie to słowo – nekrofilia.
Dziadek, szanowany katolik, lekarz i filar społeczeństwa, miał już rodzinę, kiedy zakochał się w babci Niki, również osobie wierzącej i o wysokich standardach moralnych. Owocem tej wzniosłej miłości była dobrze mi znana matka Niki, niezbyt mądra i dość samolubna. Dziewczynkę ukryto na głębokiej prowincji, żeby nie szargać nieskazitelnej reputacji lekarza oraz by i kobieta nie straciła czci. Musiała być naprawdę bardzo wierząca, bo jakim problemem było usunąć ciążę?! Nie pozbawiła jednak córki życia i była nawet tak zaangażowaną matką, że wysyłała dziecku bożonarodzeniowe i wielkanocne prezenty: misie, kokardki, lalki, cukierki, innymi słowy wszystko, czego mała dziewczynka mogła potrzebować od matki. Potem ojciec jej dziecka zmarł – ten którego, przypominam, lepiej było rzucić psom na pożarcie – i został pochowany jak przystało na porządnego katolika. Pochowany, pogrzebany, przysypany ziemią. I tyle? Nie. Kochanka, równie bogobojna, przekupiła księdza i grabarza. Zmarłego mężczyznę odkopano, umieszczono w kaplicy, kobieta go opłakała, po czym kazała go ponownie pochować. Właśnie tak. To tyle.
Na końcówkę historii zdążył też biedny Anri, który przyniósł piwo. Moja radość, mój zdrowy, wysoki, w jednej czwartej Irańczyk Anri! Pomyślałam, a niech to szlag, pójdę z nim dziś wieczorem, kupię tequilę i tak się upijemy, że „Aisza” i podobne numery będą niczym. Anri ma wspaniałe koty, a w lodówce pomidory… Zgłodniałam.
Anri postanowił rozweselić dziewczyny, kochany jest, nie zostawił mnie z tym samej. Chodźcie, pójdziemy na dyskotekę, zaproponował. Margo odpowiedziała, że to nie pora na dyskotekę, przeżyłyśmy stresującą sytuację, potrzebujemy ciemności i ciszy. Żonglerka patrzyła na Anriego jak na brudnego wieprza, który nic nie rozumie, Nikoliko powtarzała, że zatruła mi życie i nigdy sobie tego nie wybaczy, nigdy! Bach! – puszka piwa. Nigdy. Anri się wkurzył i swoim uroczym głosem oznajmił Niki, że jak nie przestanie pierdolić głupot, to ją wyrzuci przez okno. Niki, jak na wariatkę przystało, zareagowała nieadekwatnie: uspokoiła się. Żonglerka teraz już z zaciekawieniem spojrzała na mojego anioła. Anri, słońce ty moje!
Kiedy żegnaliśmy się z dziewczynami, Anri opowiedział historię o miłości dwojga biednych studentów. Pobrali się, urodziła im się dziewczynka, a ich szczęście nie miało granic. By uczcić to radosne wydarzenie, rodzice wysłali młodej parze pieniądze. Stanęło na tym, że kupią małej wózek. Dziecko zostawili z miłą babcią z sąsiedztwa, a sami wskoczyli na motocykl, ruszyli z piskiem opon, na pierwszym zakręcie zderzyli się z ciężarówką i obydwoje zginęli. Osierocona dziewczynka wyrosła, stała się kobietą, poznała Anriego, zakochała się i któregoś razu po wyjątkowo udanym seksie (oczy mojego anioła rozbłysły) tak rozzłościła ukochanego, że wyrzucił ją przez okno, z trzeciego piętra. Wiesz przecież jak mieszkam, powiedział, odwracając się do mnie.
– No i? – zapytała żonglerka drżącym z radości głosem – Zabiła się?
– Nie, przeżyła. W sądzie powiedziała, że sama wyskoczyła.
– Ależ musiała cię kochać…
– Nie, po prostu wiedziała, że bym ją zabił.
Tamtą noc przeleżałyśmy razem z Nikoliko na jednej kanapie. Niki całą noc płakała i powtarzała, że jest złym człowiekiem. Dziewczyny poszły. Anriemu bardzo przypadło do gustu moje łóżko, dobrze się wyspał, a rano zaprosił też Niki na naszą tradycyjną kolację. Niki nie pójdzie, ale ja pójdę. Bo jak się ściemni, to co mam robić.
Z gruzińskiego przełożyła Justyna Jakubowska.
Opublikowano za uprzejmą zgodą tłumaczki i Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego





