Poniższy fragment pochodzi z książki Anny Kamińskiej “Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak” wydanej przez Wydawnictwo Literackie w 2015 r. Fotografia autorstwa Lecha Wilczka pochodzi z tej samej książki.
Mirosław Waszkiewicz, rodowity białowieżanin, wolałby podobnie jak inni, nawet mimo to, iż nosi nazwisko Waszkiewicz, by główna ulica w Białowieży nazywała się tak jak dawniej, czyli Stoczek, a nie nosiła imię pułkownika Armii Czerwonej i bohatera Związku Radzieckiego generała Aleksandra Waszkiewicza. Do ulicy Waszkiewicza dojeżdża się, jadąc od Hajnówki, ulicą imienia komunistki Olgi Gabiec. Na wysokości największego białowieskiego hotelu skręt w prawo, potem w lewo, w górę, i za domem dziecka, przy cerkwi, zaczyna się Waszkiewicza. Dziś do starej nazwy ulicy nawiązuje tylko nazwa znajdującej się przy tej ulicy restauracji, ale niektórzy białowieżanie mówią po staremu o Stoczku.
Mirosław Waszkiewicz, mieszkający niedaleko ulicy Waszkiewicza, jest więc nie matan i nie nawołocz, ale prawdziwy swój. Ma dom z widokiem na oświetloną cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy. Z Simoną pracował w Instytucie Badawczym Leśnictwa dziesięć lat. Simona została w nim zatrudniona 1 grudnia 1975 roku na stanowisku asystenta w Zakładzie Ekologii i Ochrony Środowiska i pracowała tam aż do śmierci.
„Pracowaliśmy razem, biurko w biurko, od połowy lat siedemdziesiątych do połowy lat osiemdziesiątych – wspomina Waszkiewicz. – Simona to była szalona osobowość. Nie dbała o zdrowie, piła dużo kawy i niczym się nie przejmowała, zawsze była wesoła, pełna wigoru, żywe srebro. Z Dziedzinki przyjeżdżała do pracy rowerem, motorowerem albo na nartach biegówkach. Mróz, deszcz, błoto, zaspy, nieznośny chłód – to było jej obojętne. Zasuwała tą nieprzejezdną najczęściej drogą z Dziedzinki, a to było naprawdę coś, przez las codziennie do IBL-u. Wpadała ubłocona, w mokrym ubraniu, przemarznięta, z soplami we włosach, zrzucała portki rybaczki i czapkę na krzesło i zabierała się od razu do roboty. O, nie, przepraszam, pierwsza była kaweczka i papieros. Simona siedziała, a przed nią stał duży kociołek, gdzie było sporo papierosów, jeden w połowie spalony, drugi się dopalał, a trzeci już był w ustach Simony. Kiedyś, wiedząc, że lubi dobrą kawę, mówię: »Simona, dobra kawa, wypijemy?« . Po czym wyciągnąłem jakąś socjalistyczną kawę, chyba Marago, a ona do mnie: »Głupi jesteś, to nie jest żadna kawa! Czy ty wiesz, jaka jest najlepsza kawa? Najlepsza jest z krajów, w których małpy siedzą na drzewie, żrą ziarenka kawy i potem robią tymi ziarenkami, to spada, schnie, i to właśnie się zbiera, wybiera, suszy. I to jest dopiero kawa, a tego, co ty masz, nie będziemy pili«. Simona dostawała z Austrii czy z Niemiec, od jakiejś swojej rodziny, dobrą kawę i nie chciała pić socjalistycznej. Jedzenie to chyba była dla niej ostateczność, bo nie przynosiła do pracy kanapek. Kawa i papieros to był dla niej wystarczający posiłek.
Instytut Badawczy Leśnictwa znajdował się wtedy w parku pałacowym. Kiedyś mieścił się tam internat szkoły leśnej i na jednej sali znajdowało się czterdzieści łóżek. Wysokie wnętrza, duże okna, na korytarzu szafy z dokumentami z czasu przedwojennego, na ścianach w dębowych ramach wisiały obrazki puszczy. Instytut był dla Simony takim drugim gniazdem, tu skupiała się spokojnie na pracy, bo w domu na Dziedzince miała inne obowiązki. Jak przyjeżdżała do instytutu, a docierała koło dziesiątej, jedenastej, bo tam rano zawsze oporządzała sarenki, to czasami nie miała nawet chwili, żeby porozmawiać, zabierała się od razu do pracy, chyba że była ważna sprawa do omówienia, to siedzieliśmy przy kawie i gadaliśmy, dopóki szef nie przyszedł.
Miała dar mówienia. Potrafiła tak opowiadać o zwierzętach, o Dziedzince czy o książkach, że porywała słuchaczy. Polecała mi książki. »Przeczytałeś A lasy wiecznie śpiewają Gulbranssena? – pytała. – Nie?! To koniecznie przeczytaj! A Księgę z San Michele?« . To były książki o przyrodzie z nutką romantyzmu. Czytałem wszystko, co polecała. Kiedyś opowiadała o książce Yinoama. Opowieść kobiety porwanej przez Indian; oczywiście tak zachęcała, że chciałem ją potem kupić, ale nie mogłem jej zdobyć. Rok temu najstarszy syn znalazł mi ją w Internecie. To wszystko były znakomite książki, sięgam po nie do dzisiaj .
Z Krakowa wracała nie ta sama Simona. Przybita, smutna. Żaliła się, że tam się bez przerwy toczą bitwy o majątek. Marzyła, by to był dom zadbany jak za czasów Wojciecha Kossaka, i żeby to było prawdziwe gniazdo Kossaków, ale była bezradna w całej tej sytuacji rodzinnej .
Nie pamiętam, żeby Simony nie było w pracy, brała urlop, bo na przykład chorowała. Nie pamiętam też, żeby płakała. Miała twardy charakter, nigdy na nic nie narzekała.
Przyjechałem kiedyś na Dziedzinkę, patrzę, a u Simony gdzieś w rogu pokoju siedzi sowa, i tak się zastanawiam, czy ona jest wypchana, czy prawdziwa. No bo siedzi nieruchomo, ani mru-mru. Wreszcie zauważyłem, że mrugnęła, i myślę, czy to złudzenie, czy prawdziwa sowa. Pytam się więc Simony, skąd ta sowa, a ona na to: »No jak to skąd, mieszka tutaj i sobie lata«. Dzik orał z kolei koło Dziedzinki ziemię. Lech wypuszczał go na pole, a on zasuwał. Kiedyś z kolegami, przez nieuwagę, wypuściliśmy go, zostawiając niechcący otwartą furtkę. Przepraszaliśmy Lecha, przerażeni, że dzik uciekł do lasu, ale Leszek powiedział: »Nie martwcie się, chłopaki«. Wyszedł na skraj Dziedzinki, gwizdnął i dzik zaraz pojawił się koło jego nogi.
Odnosiłem wrażenie, że Simona lepiej dogadywała się ze zwierzętami niż z ludźmi. Na Dziedzince miała zwierzęta, które chciała mieć, na przykład osła lub kruka, i te, które opisywała w ramach swojej pracy, tak jak sarenki. To była mordercza praca. Wchodziła do zagrody z sarnami zabezpieczona drewnianym kojcem, bo kozły ją czasem atakowały. Kozły miały poroże, mogły Simonę poturbować, zabić, musiała więc mieć zabezpieczenie. Czy czasami się bała? Nigdy nie słyszałem, żeby Simona obawiała się jakiegoś zwierzęcia albo zamykała się na cztery spusty. Nie bała się reagować na zło ani nikogo się nie bała, to był odważny człowiek”.
Ludzie często o niej mówią: „Simona Kossak to był kawał cholery”, ale Waszkiewicz twierdzi, że tak mogą mówić tylko ci, którzy tak naprawdę jej nie znali.
„Simona to był buntownik i wojownik, uważała, że zawsze ma rację i powinno być tak, jak ona chce. W wielu wypadkach rzeczywiście miała rację, szczególnie gdy walczyła o dobro przyrody. Zbierała informacje, pisała pisma i wysyłała je do urzędów, powstrzymując czyjeś działania, ale walczyła nie z kimś, ale w jakiejś sprawie. Nieraz widziałem ją w akcji. Kiedyś wpadła do instytutu i podniosła larum po tym, jak zobaczyła na drodze chmarę psów goniącą jelenia, który wpadł w siatkę przy Dziedzince i się pokaleczył. Simona od razu zaczęła działać, krzyczeć, żeby gospodarze pilnowali psów. W takich sytuacjach nieważne było, czy ona się z kimś od lat znała albo przyjaźniła, najważniejsze było, żeby załatwić sprawę. Simona przyjaźń stawiała niżej niż swoje racje i dlatego też traciła przyjaciół. Zwierzęta były dla niej ważniejsze niż człowiek, pod tym względem była nieobliczalna. Zadzierała nosa, jak zaczynała walkę o dobro zwierzęcia, wszystko musiało być tak, jak ona chce, nawet za wszelką cenę. Ona była jak van Gogh, z tej swojej pasji i miłości do zwierząt robiła naprawdę szalone rzeczy.
Tak samo działo się potem z każdym zwalonym drzewem. Widziała, że coś jest wycinane, i podnosiła alarm: wykonywała telefony, pisała pisma w obronie każdego drzewa. Była oddana przyrodzie do granic możliwości. Kochała las, zwierzęta. Mogłaby mieszkać w namiocie, byleby się zajmować przyrodą, miała na tym punkcie świra. Wielu naukowców kocha przyrodę i zwierzęta, ale mieszka w domu we wsi, nie w środku lasu, albo nawet w bloku. Ona nie. Musiała mieszkać w lesie. I chciała być wolna. Miała duszę hipisa”.




