Atakowany o północy subitem opon, gdy jak z procy pijany szczyl startuje mazdą — tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć bocianom gniazdo.
Budzony przez bas, przez dudnienie, bo sąsiad na full w citröenie zapuścił techno, nowy remix — tęsknię do tego kraju, gdzie podnosi się kromkę Chleba z ziemi.
Czytając dawnych czasów księgi, gdy inne tu rządziły dźwięki, żaby o zmierzchu, kogut rano — tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć gniazdo bocianom.
Dziwiąc się, że góra pieczywa wśród zwałów sztucznego tworzywa na miejskim śmietnisku się wznosi — tęsknię do tego kraju, gdzie kromkę Chleba z ziemi się podnosi.
Erem zwiedzając, gdzie mizantrop turystów epatuje mantrą znudzony nią jak tysiąc mopsów — tęsknię do tego kraju, gdzie jest grzechem gniazdo bocianom popsuć.
Filując z przydrożnego baru na przechodzące mimo pary, ciągnąc z wysiłkiem sok przez słomkę — tęsknię do tego kraju, gdzie się podnosi z ziemi Chleba kromkę.
Gdy syn bez wątpliwości cienia żąda: „Daj mi coś do zjedzenia”, lodówka odpowiada echem — tęsknię do tego kraju, gdzie popsuć bocianom gniazdo jest grzechem.
Higienę ciała utrzymując lub ją, przeciwnie, zaniedbując (cóż różni prysznic i pogrzebacz?) — tęsknię do tego kraju, gdzie z ziemi podnosi się kromkę Chleba.
Imaginując sobie Boga. Na przykład jako Astro-loga dyktującego ruchy gwiazdom — tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć bocianom gniazdo.
Jadąc i jadąc do Bizancjum z ukrytą pod dnem snów monstrancją przeciw wieszczbiarstwu i alchemii — tęsknię do tego kraju, gdzie podnosi się kromkę Chleba z ziemi.
Kombinując jak koń pod górę, skąd wytrzasnąć pieniędzy furę i jak dwóm naraz służyć panom — tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć gniazdo bocianom.
Licząc w mordowni w Jeseniku zastępy szachów na stoliku starców liczących każdy grosik — tęsknię do tego kraju, gdzie kromkę Chleba z ziemi się podnosi.
Łypiąc ciekawie, jak się zwiera czarnych i białych tyraliera w wojnie o jednej rurce dropsów — tęsknię do tego kraju, gdzie jest grzechem gniazdo bocianom popsuć.
Mając mistrzowski ruch na oku, który przegapia w figur tłoku gracz — a mógł wziąć hetmana pionkiem — tęsknię do tego kraju, gdzie się podnosi z ziemi Chleba kromkę.
Nocując, gdzie się da, mocując się z samym sobą, ustępując, jak ustąpiły gonty, strzechy — tęsknię do tego kraju, gdzie popsuć bocianom gniazdo jest grzechem.
Obserwując, jak nasze dzieci obnoszą swój chybiony sprzeciw poprzez kolejne puste nieba — tęsknię do tego kraju, gdzie z ziemi podnosi się kromkę Chleba.
Pchany już w otworzone okno przez zbójów, bo ich widać dotknął mój bunt w pociągu, w którym kradną — tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć bocianom gniazdo.
Rewidowany nocą późną przez umundurowane gówno hańbiące się dla nędznej premii — tęsknię do tego kraju, gdzie podnosi się kromkę Chleba z ziemi.
Słuchając wycia pogotowia, co, mimo strajku służby zdrowia, mknie przeciw ciosom, guzom, ranom — tęsknię do tego kraju, gdzie grzechem jest popsuć gniazdo bocianom.
Taksując wzrokiem wygląd bydląt, gdy w czystej rzece brud swój mydlą głupi, lecz piękni: nadzy, bosi — tęsknię do tego kraju, gdzie kromkę Chleba z ziemi się podnosi.
Uzupełniając swój fikcyjny numer identyfikacyjny o ładnych parę paradoksów — tęsknię do tego kraju, gdzie jest grzechem gniazdo bocianom popsuć.
Wsłuchany w pieśni i motety z trzynastowiecznej Francji, z mety czując się trubadurów ziomkiem — tęsknię do tego kraju, gdzie się podnosi z ziemi Chleba kromkę.
Zirytowany przez imbroglio frondy prawiczków w piśmie „Brulion”, grzeszący samym już oddechem — tęsknię do tego kraju, gdzie popsuć bocianom gniazdo jest grzechem.
Żywiąc się kaszą oraz müsli, zwolniwszy bieg wzburzonych myśli, kiedy mi coraz mniej potrzeba — tęsknię do tego kraju, gdzie z ziemi podnosi się kromkę Chleba.