Barbara Rysz-Postawa „Siewca słów”

Chociaż nie lubię składania tytułu kursywą, od pierwszego wejrzenia spodobała mi się okładka tej książki. Od razu kazała mi pomyśleć, że autorka wie rzecz o wierszu najważniejszą: że to nic innego, jak bruzdy. „Radlonki”, mówi się u mnie w Kieleckiem, gdzie ludzie już nie, a język pamięta jeszcze czasy radła.

Wiersz, zarówno w znaczeniu utworu poetyckiego, jak i każdej jego „linijki”, pochodzi od łacińskiego versus oznaczającego pierwotnie właśnie bruzdę. W uczonych księgach można doczytać, że najwcześniejsze formy „naszego” alfabetycznego pisma odwzorowywały Drogę oracza także w ten sposób, że kolejne linie zapisywano na przemian od lewej do prawej i od prawej do lewej. Dopiero Grecy, przejmując od Fenicjan ich wspaniały wynalazek, kazali zaprzęgniętemu do piśmiennej roboty skrybie zasuwać za każdym razem z pługiem na plecach do punktu wyjścia. Ciekawe, co?

Dla mnie liczy się też versus w jednym ze znaczeń drugorzędnych, które przylazło do nas niedawno przez Anglię i obecnie wybiło się na plan pierwszy: „przeciw”. Bruzda to przecież linia ziemi odwróconej, odsłaniającej swe wnętrze, „sprzeciwionej” światu w staropolskim znaczeniu, w jakim góry u Szymonowica „sprzeciwiały się” lasom a sady u Kochanowskiego „sprzeciwiały się” echem muzyce dudziarzy. Versus pochodzi od vertere, które znaczy: odwracać, obracać, zawracać i które ładny ślad zostawiło w naszym ksiąg wertowaniu.

Takie to myśli chodziły mi po głowie kiedy jeszcze obracałem zamkniętą książkę w dłoniach. Pisząc, że Basia Rysz-Postawa „wie”, nie mam na myśli, że posiadła całą tę szkolarską wiedzę. Poeci wiedzą inaczej niż reszta świata: wystarczy, że coś przeczuwają, a już to wiedzą. Patrząc na okładkę jej książki, zrozumiałem, że Basia wie, iż pisząc wiersze, pracuje w czymś tak pierwotnym i elementarnym jak sama ziemia. Że linijki raczej się ryje niż kładzie. Że poeta nawet kiedy wznosi się na szczyty swoich możliwości nie przestaje pracować u podstaw, grzebać się w ziemi.

Byłem ciekaw tych wierszy również dlatego, że poznałem autorkę podczas niezapomnianych dla mnie, już tu kiedyś wspominanych warsztatów poetyckich w Domu Sztuki „Żar”. Zapamiętałem z nich wyszukany komplement Basi („to był cudownie zmarnowany czas”) i ją samą jako poetkę bardzo poważnie i uważnie traktującą obie swoje profesje: pisarską i lekarską. Oszczędną w słowach i hojną w sensach. I szczęśliwie Barbara na papierze niewiele się różni od swojej imitacji występującej w tzw. rzeczywistości. Najlepszym jej autoportretem wydaje mi się linijka: „widok wzburzonego morza uspokaja mnie”. Aż mi się przypomniało i kazało strawestować hasło starej audycji radiowej: minimum słów, maksimum poezji. To coś, czego sam mógłbym się od niej uczyć: skracania frazy i obniżania tonu. A teraz, kiedy doszedłem do końca jej tomiku, gdzie w komentarzu odautorskim znajduje się napomknienie o tych samych warsztatach, to aż mi się, jak powiada poeta, ciepło zrobiło na sercu.

Prezentuję trzy wiersze Barbary Rysz-Postawy i wątpię, żeby cały tomik był gdzieś osiągalny. A mowa w nim jeszcze o śmierci, o tabasco, o wchodzeniu do szpitala i o Miłości, która „kiedyś / była wieczna”.