





W omówieniach mojej twórczości literackiej nikt nie poświęcił tyle uwagi mojej czuprynie, co Bogdan Prejs.


Bogdan sam mi swoje literacko-fryzjerskie wynurzenia przysyłał, a jeśli on zawiódł, to przysyłał niezawodny Patison, dzięki czemu mogłem je przechować w lamusie. Z tegoż lamusa pochodzi prezentowana poniżej obrazkowa historia mego owłosienia w takiej postaci, w jakiej utrwalona została na łamach prasy literackiej i nie tylko. Niektóre zdjęcia są słabej jakości, gdyż są kopiami kserokopii przysyłanych mi przez osoby życzliwe donosów, gdzie tam co o mnie napisali.
Było tak m. in. z artykułem „Idol buntowników i wrażliwych nastolatek” w „Kobiecie i Życiu”. Przeczytawszy gdzieś opinię o mnie jako „Gałczyńskim po kilku operacjach plastycznych”, autorka zrozumiała ją w ten sposób, że jestem podobny do Gałczyńskiego z wyglądu, tylko jeszcze przystojniejszy. Nie będę ukrywał, że napisałem jej potem wulgarnie, co myślę o kobiecie, a co o życiu.




Krytyka literacka miała ze mną i ten kłopot, że długo nie wiedziała, jak się nazywają dreadlocki.




Kiedy ściąłem dready, nie było środka masowego przekazu, który by tej straty kultury narodowej nie opłakiwał.


Niejaki Jaś Fasola na stronie independent.pl w recenzji “Czas ściętych dredów” (dotyczącej spotkania autorskiego, na którym go opierdoliłem za wiercenie się i pstrykanie) mściwie doszukiwał się związków między fryzurą a poetyką: “Słuchałem wierszy i chwilami dziękowałem, że przynajmniej część zagłusza grający w tle zespół Najduchy – new wave experimental, jak to określiła koleżanka znając się na muzyce. Dziękowałem, bo nie byłbym w stanie znieść w takiej ilości mieszanki późnego Zagajewskiego z wczesnym Miłoszem”. Także Kazimiera Szczuka, kiedy wytknąłem jej pogardliwy stosunek do uczestników teleturnieju “Najsłabsze ogniwo”, jaki prowadziła, wzięła odwet na moich włosach. Powiedziała czasopismu “Lampa”: “Podsiadło to stary freak, któremu myszy obgryzły i obsikały zbutwiałe dredy i chyba w końcu je musiał obciąć”.
Głosy takie jak Marcina Świetlickiego, że utraciwszy dready zyskałem na image’u, były raczej odosobnione.

Wspominając teraz za sprawą Świetlickiego, jak to przyjąłem od Miłosza jego brudne dolary, przypomniałem też sobie, co miałem na głowie, wyciągając po nie rękę.
Otóż było mi strasznie łyso, że stawię się przed panem Czesławem bez atrybutu, do którego zdążyłem już przyzwyczaić kulturę narodową, może nawet uzależnić ją od niego. Dlatego w przeddzień uroczystego wręczenia nagrody nabyłem czapkę fałszywego rastamana, czyli taką, która miała podoczepiane dready. I to w niej czytałem wspólnie z Pawłem Marcinkiewiczem wiersze Miłoszowi, i to w niej występuję na wszystkich wspólnych zdjęciach z Miłoszem, jakie są na świecie.
Z czapką tą związanych jest od cholery anegdot. Przytoczę tylko dwie, bo pamięć człowieka nie jest z gumy.
Lubiłem w niej występować publicznie, bo zakładając ją tyłem do przodu, mogłem kryć swe oblicze przed światem, nos tylko mi wystawał. Prawdopodobnie mam nos podobny, niestety, do nosa Adama Wiedemanna z pisowskiej stajni „Nowego Napisu”, bo „Przekrój” zamieścił kiedyś zdjęcie mojego nosa jako zdjęcie jego nosa.
A wtedy, jak pojechałem do Krakowa po brudne dolary Miłosza, to miałem przy okazji spotkać się z Jerzym Illgiem, szefem „Znaku”, który bardzo chciał wydać mi książkę. Jeszcze się osobiście nie znaliśmy, ale umówiliśmy się telefonicznie, że pogadamy. Ale przed Illgiem i Miłoszem spotkałem się z Andrzejem Kramarzem, fotografem, z którym się przyjaźniłem. I Andrzej bardzo Illga nie lubił. To znaczy Illga nikt nie lubił, może tylko Bronek Maj, ale nikt się do tego nie przyznawał, bo Illgu był szefem „Znaku”. A Andrzej Illga nie lubił, bo jak próbował z nim kiedyś pogadać, to Illgu nie znalazł dla niego czasu. I Andrzej uknuł psikusa, którego zrobiliśmy Illgowi.
Po prostu pożyczył ode mnie czapkę fałszywego rastamana i kiedy udaliśmy się na miejsce wręczania przez Miłosza nagrody Miłosza mnie i Pawłowi Marcinkiewiczowi, to wparadował tam w mojej czapce, ja zaś byłem tymczasowo łysy.
Wchodzimy, patrzymy, a tam Illgu otoczony wianuszkiem przyszłych niedoszłych noblistów peroruje jak zwykle, jak to marihuanę palił z Miłoszem i jakie miał spodnie dzwony, kiedy był hipisem. „Jak szedłem przez rynek, to normalnie dzwoniły jak dwa Zygmunty”. No to podchodzę, dygam nieśmiało, mówię „Przepraszam, że przeszkadzam…”, ale wtedy Illgu mi przerywa i wyniośle mówi, żebym nie przerywał, bo on teraz opowiada jak palił marihuanę z Miłoszem i nie ma czasu. No to poszedłem jak niepyszny przywitać się z Pawłem Marcinkiewiczem, bo pp. Miłoszów jeszcze nie było.
Tymczasem Illgu zobaczył Andrzeja, Andrzej mi potem opowiadał. Leci do niego, łapska do ściskania rozwiera, krzyczy z daleka: „Ach, witam, witam, nareszcie mogę pana poznać, wspaniale się składa, bo muszę panu opowiedzieć, jak paliłem marihuanę z Miłoszem!”. Bo myślał, że to ja, przez te sztuczne dready. A Andrzej wtedy do niego: „Och, bardzo przepraszam, proszę chwilkę zaczekać, bo właśnie opowiadam znajomym fotografom, jak zarzucałem LSD z Susan Sontag, i z Ginsbergiem, i z Ferlinghettim, i z Kerouakiem, i z tym co Desiderata napisał też”.
Taka to była czapka, że chapeau bas.


Sam miałem ten problem z własną osobowością po ścięciu kudłów, że nigdy nie wiedziałem, na którą stronę zaczesywać sobie grzywkę.


Próbowano mnie ratować na różne sposoby. Stiopa to nawet próbował mnie skrzyżować metodą Miczurina z Tracy Chapman.

Kiedy kudły mi wreszcie odrosły, na zdjęciach z łysego okresu mej twórczości dorysowywałem je sobie, tak mi ich brakowało.

.
Wiem, że połowa poetów współczesnych, kiedy to zobaczą, zdechnie z zazdrości, ale nie mogę przemilczeć, że poniższe zdjęcie mojej fryzury ukazało się w miesięczniku „Uroda”.




