Gitarą i piorunem

Podczas spotkania z szeroko rozumianym mną Biblioteka Miejska w Grudziądzu trzeszczała w szwach i drżała w posadach (nie mylić z drżeniem  o   p o s a d ę). Sympatyczny pan Damian Tarkowski poprowadził spotkanie w ten sposób, że czytałem wiersze z nowej, chyba właśnie drukowanej książki „Echo wydarzeń”, a między wierszami gawędziliśmy sobie o tym i owym.

Ponieważ jestem świeżo po lekturze książki Doroty Malec „Notariat w Drugiej Rzeczypospolitej”, powiedziałem, że notariusz Leśmian musiał być lizusem, żeby dostać etat notariusza. Wtedy pani Ada z publiczności powiedziała, że Leśmian za Wolność płacił niewolą, z czym się żywiołowo nie zgodziłem, wytykając pani Adzie, z którą teraz już jesteśmy po imieniu, że we wnętrzu jej wypowiedzi mieszka sprzeczność. Bo tak naprawdę należałoby powiedzieć, że za Wolność płacił Wolnością, a tak się przecież nie da.

Ada przedstawiła się jako miłośniczka mojej twórczości, ale nie całej. Książka „Niczyje, boskie” jest jej ulubienicą i jeździła z nią nawet na kraj świata jak Maryla Rodowicz z Cyganami. I jak kiedyś w Ameryce była na czyimś ślubie Druhną Czwartego Stopnia i nagle została poproszona o wpis do księgi pamiątkowej, to wybrnęła z tej trudnej sytuacji cytatem z „Niczyjego, boskiego”, który tak się młodej parze spodobał, że potem na filmie VHS ze ślubu umieścili go jako motto po uprzednim przełożeniu na język Toma Sawyera. Nie muszę chyba wyjaśniać, jak miło mi było słuchać tej historyjki.

Na zdjęciu obok wypisuję dedykację Adzie, której nie widać, tylko kawałek ręki. Za podkładkę służy mi książka pana Stanisława Raginiaka, który siedzi obok. W ogóle to właśnie za sprawą pana Stanisława trafiłem do Grudziądza. Bo on obchodzi akurat tysiąclecie własnej twórczości i zamarzyło mu się, żebym mu ten jubileusz spierdolił, znaczy się uświetnił. Oczywiście teraz nie jest to już dla mnie pan Stanisław, tylko Stachu Raginiak. Nawiasem mówiąc, musiałem się bardzo pilnować, kiedy zwracałem się do niego „Słuchaj, Stachu”, żeby nie mówić „Słuchaj, Stachura”. Bo Stachu jest też kustoszem pamięci o Ryszardzie Milczewskim Bruno, a Milczewski Bruno to sami wiecie.

Kiedy  byłem w toalecie, przepraszam że rymuję, usłyszałem, że śpiewają właśnie „Ruszaj się Bruno, idziemy na piwo”. Tacy dwaj sympatyczni młodzieńcy z gitarą. Kiedy wróciłem, poprosiłem, żeby przestali, gdyż zawsze kiedy to słyszę, wzruszam się nad miarę.

– W takim razie będziemy czytali twoje wiersze z gitarą – powiedzieli.

Tak też zrobili. I to był ostatni z wielu sympatycznych akcentów mojego pobytu w Grudziądzu, nie licząc odprowadzenia mnie po wszystkim przez Stacha Raginiaka.

tagi:
Jac Po
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z plików cookie, abyśmy mogli zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o plikach cookie są przechowywane w Twojej przeglądarce i wykonują takie funkcje, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje strony internetowej są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.