
W sierpniu 1983 r. pamiętny pierwszy w Polsce koncert roots reggae dali we Wrocławiu Misty In Roots. Październikowy numer samodzielnego dodatku muzycznego do „Tygodnika Demokratycznego” „Non Stop” zamieścił relację Kazimierza Czyża z koncertu („muzyka ta jest piekielnie monotonna, jednostajna i prymitywna”), sporządzony przez Andrzeja Jakubowicza zapis konferencji prasowej Clarence’a Bakera („Różnica między roots reggae a reggae komercjalnym polega na tym, że roots reggae mówi głównie o wolności i kulturze […]. Nie używamy swojej muzyki do śpiewania o kobietach i dużych samochodach […]. Nie, UB40 nie gra reggae”) oraz pierwszy odcinek cyklu „Roots rock reggae” autorstwa Jakubowicza i Sławomira Gołaszewskiego („Opowieści o kraju przodków i o Ziemi Obiecanej. Przypominanie czasów niewolnictwa i odsłanianie współczesnego zniewolenia. […] Walka i modlitwa. Czyn i medytacja […]. Oto czym jest reggae. Spróbujemy więc o tym opowiedzieć”).
15 lutego 1984 r., dzień po pogrzebie Andropowa, w Trójce po raz pierwszy nadana została audycja Gołaszewskiego „Reggae – pieśni wędrowców”. Zastąpiła w ramówce, co może symboliczne, audycję „Ten stary dobry rock and roll”. Przybliżając słuchaczom rastafariański „mesydż z Syjonu”, Gołaszewski często tłumaczył teksty piosenek, czasem je parafrazował. Nieco później pojawiły się w radiu kolejne audycje poświęcone reeggae, „Nowości muzyki reggae” i „W kleszczach reggae” Włodzimierza i Jerzego Kleszczów, początkowo z komentarzami autorów odczytywanymi przez spikera, bo taki był ówczesny styl. Jeszcze później nie zawsze poświęcone reggae „Domowe archiwum”, dziesięciominutówka Gołaszewskiego w Czwórce (Rozgłośni Harcerskiej?).



W pierwszym z powyższych fragmentów audycji zachował się początkowy „sygnał”, miks dźwięków stanowiący znak rozpoznawczy „Reggae – pieśni wędrowców”. Większość z nich dostałem od Janusza Chmurskiego. Janusz przez lata prowadził wciąż dostępny, ale już martwy profil fb „Sławek Gołaszewski w naszej pamięci”. Bardzo mu dziękuję i za pracę, jaką włożył w ocalenie strzępów spuścizny po Sławku, i za to, że efektami tej pracy tak chętnie i radośnie się dzieli.
Po tym, jak Janusz ogłosił, że poszukuje zachowanych nagrań audycji Gołaszewskiego, zgłosiły się do niego tylko dwie osoby. Sam miałem kiedyś trochę tych nagrań, choć na ogół nagrywałem samą muzykę, dla oszczędności miejsca wycinając pogadanki Sławka. Przytoczone wyżej urywki, w których Sławek wspomina o pobycie Hyltona Browna w Polsce, przypomniały mi, że miałem np. nagraną całą audycję, w której Brown improwizował na instrumentalnym podkładzie własnych utworów, wchodząc w interakcję ze Sławkiem i nawiązując do polskich realiów, które właśnie poznawał. Miałem, ale skasowałem, kiedy ukazała się w Polsce płyta CD Browna.
Kawałek audycji „Nowości muzyki reggae” z unikatowym, dedykowanym polskim fanom reggae (i U-reckowi Kleszczowi osobiście) nagraniem Lee Scratcha Perr’ego znalazłem na kanale YouTube „nagrania z kaset”. Zapowiedź znałem na pamięć, bo sam miałem nagraną tę audycję, ale przy digitalizacji swoich zbiorów nie skopiowałem jej, tylko samą muzykę. W powyższym fragmencie skleiłem „To Poland” Perry’ego, które zachowałem w lepszej wersji technicznej, ze „wsteczną” zapowiedzią tak, jak miało to miejsce w oryginale.
Skutkiem tego wszystkiego do zbiorów Janusza mogłem dorzucić tylko kawalątek audycji, w którym Sławek na tle „Behold” Josepha Hilla czyta dokonany przez Słomę przekład tegoż utworu, który Orkiestra Razem wykonywała chyba jako „Głos”.
Podziwiałem Sławka od początku, kiedy tylko usłyszałem go w radiu pierwszy raz. Jak chyba wszyscy, uwielbiałem jego sposób mówienia. Nigdy za bardzo nie wiadomo, o co mu chodzi, ale wierzy mu się i słucha się go z ogromną przyjemnością – taka była powszechna opinia i podzielałem ją. Z tym uzupełnieniem, że może moje rozumienie wywodów Sławka lokowało się trochę powyżej średniej krajowej z tej racji, że w swoich wypowiedziach używał też środków wyrazu charakterystycznych dla poezji. Na przełomie tysiącleci bywałem gościem i zarazem współautorem jego audycji, i zapamiętałem z tych spotkań niezwykle trafną uwagę realizującej audycję pani reżyser dźwięku. Sławek przywitał słuchaczy, zapowiedział nas i puścił jakąś muzykę, a wtedy realizatorka powiedziała przez interkom:
– Nie wiem, jak pan to robi, panie Sławku, ale jak pan ze mną rozmawia, to pan mówi normalnie, a kiedy otwieram panu mikrofon, to panu się włącza w głosie coś niezwykłego, hipnotyzującego.
To „coś” było tym dziwniejsze i tym bardziej uwodzicielskie, że działało wbrew regułom. Głos Sławka przed mikrofonem matowiał, wyrównywał intonację i powinien raczej gubić uwagę słuchaczy. A jednak ją przykuwał.
Oczywiście najważniejsza była dla mnie w jego audycjach muzyka. Na piątkowe dziesięć minut „Domowego archiwum” naprawdę czekałem cały tydzień, grubo przed czternastą mając przygotowany do nagrywania radiomagnetofon. To w audycjach Sławka usłyszałem pierwszy raz Orkiestrę Razem, Orkiestrę Na Zdrowie, Walka Dzedzeja i Nirwanę. Nie tę Cobaina, tylko tę prawdziwą, naszą, założoną przez Waglewskiego na początku lat 70. Polskie roots.
U Janusza Chmurskiego znalazłem sporządzony przez Sławka scenariusz jednego z wydań „Domowego archiwum”. Według niego, 17 marca 1987 r. wygłosił przed mikrofonem następujące słowa:
„Rytm, puls, dźwięki wydobywane z instrumentów – wpływając na otoczenie wpływają zarazem na grających. Cała sztuka polega na tym, aby przez stan ducha w jaki wprawia mnie bęben, słyszeć dokładnie wszystko, co można w każdym momencie usłyszeć”.
„Tworzenie i śpiewanie pieśni oraz granie muzyki pomaga mi współistnieć ze wszystkim i ze wszystkimi ludźmi na ziemi. I to, co mam do powiedzenia zawiera się we wciąż rodzących się między nami pieśniach”.
Tak właśnie mówi o sztuce tworzonej przez Orkiestrę Razem jeden z jej animatorów. Słoma, bo o nim mowa, dał się już poznać tym, którzy uczestniczyli w spotkaniach muzyków rockowych w Jarocinie w roku ubiegłym, oraz uczestnikom ostatniego Grandfestiwalu Róbrege.
Na temat uczestnictwa w różnego rodzaju artystycznych przedsięwzięciach Słoma mówi tak: „Widzę głęboki sens w odbywaniu spotkań publicznych. Właśnie spotkań a nie koncertów. Z doświadczenia wiem, że najlepszy czas sprzyjający koncentracji, wyzwalający wolę świętowania, najlepsza okoliczność wyzwalająca moc jest ściśle związana z fazami nieustannego ruchu Ziemi wokół Słońca. Wyrażam zainteresowanie spotkaniami z publicznością i przyjaciółmi, gdzieś poza naszym domem, w dni sąsiadujące z czterema podstawowymi przesileniami astronomicznymi: wiosną, latem, jesienią i zimą”.
I zgodnie z tą zapowiedzią, już w najbliższy poniedziałek rozpocznie się Spotkanie – Święto Wiosny. Trwać będzie ono przez dwa dni. Od godziny 10 rano do 20 wieczorem otwarte warsztaty muzyczne prowadzić będą członkowie Orkiestry Razem pod kierunkiem Słomy. Zwieńczeniem działań będą koncerty zaczynające się o 20., których zakończenie przewidywane jest około północy. Jako miejsce świątecznego wiosennego spotkania obrano klub Hybrydy w Warszawie. Jeżeli ktoś ze słuchających podejmie taką decyzję, żeby udać się do Hybryd w dowolnej chwili jednego z tych dwóch dni być może trafi na takie pieśni.
Przez długie lata słuchałem i do dzisiaj słucham zarejestrowanych podczas owego Święta Wiosny wspólnych nagrań „orkiestr” Słomy i Jacka Kleyffa, Razem i Na Zdrowie, zgranych właśnie z audycji Sławka. Nie są to może korzenie, ale na pewno bardzo młode pędy polskiej kontrkultury, czyli zbuntowanej muzyki będącej czymś więcej niż tylko „kontrmuzyką”.
Nie pamiętam, w jakich okolicznościach poznaliśmy się i zaprzyjaźniliśmy ze Sławkiem. Czy spotkaliśmy się na jakimś koncercie, czy napisałem do niego i zaprosił mnie do Warszawy? Niewiadomka. W każdym razie spotykaliśmy się od czasu do czasu i nieregularnie korespondowaliśmy. Pamiętam go takim, jakim był w programach telewizyjnych, w których odwiedził Maternę i Manna oraz wypowiedział się na temat twórczości Wojciecha Waglewskiego. To jest „mój” Sławek.
Grzebiąc teraz w papierach, odnalazłem dwa jego listy. Pierwszy nie jest datowany, ale musi pochodzić z 1995 r., skoro Sławek pisze w nim o zaproszeniu do udziału w „Tanim programie o poezji” poświęconym mojej twórczości zrealizowanym w tamtym właśnie roku. Cały został wystukany na maszynie do pisania na odwrotach druków zwanych „koszulkami” audycji radiowych.

Warszawa, w sobotni wieczór a właściwie noc:
Drogi Jacku!
Działając niejako pod presją czasu, który mija i niejako na nowo się pojawia, inicjuję ten kontakt listowny jako dział sztuki epistolarnej, która wydaje się zanikać, więc gdyby nie muzyka – to porozumienie całkiem już chyba nie byłoby możliwe.
Jak zapewne zauważyłeś, nigdzie ostatnio nie podróżuję ani ni przebywam, a to z racji takiego rajze-fiberu, który sprawia, że w ostateczności nie chce mi się wychodzić z domu w przewidywaniu całej masy niespodziewanych trudności. Tak było z moim ostatnim wyjazdem do Wrocławia, skąd przywiozłem zdjęcie upiora i masę planów i zamierzeń, z których ani pół nie mogę dalej ruszyć ani dokonać.
Cała ta preambuła jest próbą wyjaśnienia, że chyba raczej nie pojadę do Krakowa w środę. Zaskoczyła mnie z lekka pani Ola Czernecka dzwoniąc do mnie przedwczoraj. Powiedziałem jej wprawdzie, że przyjadę w środę – ale nie wiem jak bym to mógł odwołać. Poza tym pewna konwencja językowa, w jakiej toczy się rozmowa, sprawia, że bezwiednie ulegam czarowi zniewolenia. Na przykład wobec formuły „zwracamy za przejazd” – gdy przecież nie rozmawiamy o bilecie kredytowym. A rzeczywistość jest taka, że nie ma co zwracać, bo nie ma co i nie ma od kogo pożyczać. Żyję w świecie, gdzie czasem nie mam nawet na znaczek pocztowy i komunikacja listowa też nie może zachodzić tak, jak sobie ją wyobrażam. I nie jestem w takim doświadczaniu tego świata osamotniony, czego dowodzi przykład niejednego z moich przyjaciół. Przemieszczam się na tyle, ile mogę iść na piechotę. Teoretycznie łatwiej mi dojść do Dworca i dalej pojechać niż odwiedzić kogoś na Mokotowie – nie mówiąc już o Ursynowie, bo częściej ostatnimi czasy bywałem w innych miastach niż w tej odległej dzielnicy mieszkaniowej. A jednocześnie świat listów jest dla mnie światem tak autonomicznym, że poruszając się wokół coraz wyraźniej widzę cały otaczający mnie wirtual. I coraz trudniej zachować w pamięci różne ze spotkań zachowane fragmenty. Przejdę więc do tych, którymi postaram się Cię zainteresować, nadzieję mając, że wyjaśniłem powody mojej nieobecności w filmie w środę w Krakowie. Poziom języka nie jest już poziomem obecności. Lecz imaginacji. A to już jeden z kolejnych tematów. Nazywam go roboczo FOLK’n’ROLL.
Nie wiem, czy mówiłem o tym podczas naszego ostatniego spotkania ale pojawił się taki pomysł, żebym przygotował zestaw tekstów do publicznej wiadomości, opatrzony takim właśnie tytułem. To taka stara jeszcze koncepcja ułożenia folk-katalogu (…). Czas leci a w znanym mi świecie nie przybywa dokonań, za to coraz więcej jest wokół rzeczy. Niektóre z nich przybierają dziś postać artefaktów, które również mają postać różnych „abstraktów”, choć wypełniają przestrzeń najbliższego otoczenia, które obiecałem bliskim mi osobom ujawniać i promować. Oczywiście podczas tej obietnicy sytuacja była analogiczna do tej z wyjazdem do Krakowa. Bo nawet gdy już mam na bilet, to wcale nie znaczy, że mam również na listowy znaczek. Dlatego postanowiłem zainicjować Biuro Informacji, Sondaży i Analiz Pracowni Etnozofii jako pewnego rodzaju typ osobistej ekspresji twórczej – na miarę posiadanych środków i możliwości. A pierwsze ujawnienie jest tym właśnie listem – choć nie wszystko, co bym chciał do niego dołączyć, w nim się pomieści. (…)
Posyłam Ci kasetę oraz tomik wierszy Jarka Markiewicza. To jeden z tych poetów, który miał wpływ na moje życie, aczkolwiek jest mi niezwykle trudno napisać coś, co wyglądałoby jak recenzja. A o tę chciałbym Ciebie właśnie poprosić. Jesteś bowiem, jak mi powiedziała Ola Czernecka, poetą pokolenia, więc twoje pisanie jest jego głosem. Aczkolwiek facet jest dużo starszy, w byciu ojcami jesteście chyba rówieśnikami, a to też może być powód dla Twojej próby opisania wierszy z tomu „Papierowy Bęben”.
I o Asuncie chciałbym, żebyś coś napisał. Trochę więcej niż to jedno zdanie z okładki Twojej kasety. Mam też nadzieję, że właśnie Tobie mogłoby się udać dokonanie opisu bez popadania z jakieś medialne mitologie, jak to się zdarzyło recenzentowi miesięcznika „Brum”. Ale tak się właśnie dosyć często zdarza, że informacja jest siłą sugestii i skojarzeń, fakty bowiem pozostają na zawsze ukryte a ich rzeczywista inspiracja stanowi najgłębszą tajemnicę. „Nasza opowieść nigdy nie będzie opowiedziana”, albowiem tej HIS-Torii nigdy nikt nie nada. Coraz trudniej bowiem znaleźć kogoś, kto wie co i o czym opowiada. Moim osobistym założeniem przy zbieraniu tekstów na temat tego, co mnie otacza, jest płaszczyzna epistolarna, jak bowiem oddać inaczej to, co nazywam Brzmieniami Najbliższego Otoczenia. Nie zawsze bowiem bywam w tak ekskluzywnej sytuacji, jak ta, która dziś stała się moim udziałem – piszę list do Ciebie słuchając Boba Marleya i jak raz mam dwa egzemplarze tej płyty, z których Ci jeden posyłam, ugruntowując tym samym swe najgłębsze przeświadczenie, że nic już na tym świecie nie występuje pojedynczo, tylko zawsze w parze. (…)
Było to podczas ubiegłego lata. Siedziałem sam w Warszawie, podobnie jak to będzie od przyszłej niedzieli znów moim udziałem, albowiem rodzice moi wyjeżdżają do Druskiennik, a ja opiekuję się mieszkaniem i suczką przez kolejne tygodnie. Tak samo było i wtedy i nie wiem, czy nie staje się to powoli jakimś zwyczajem, ale fakt jest faktem, że wtedy siedziałem w domu i pisałem listy. Najpierw do mojego synka, Piotrka, który był gdzieś w Borach Tucholskich, a potem, na zasadzie jakiegoś tripu napisałem kilka listów w odpowiedzi na prasowe ogłoszenia. Jeden z nich trafił do Małgosi Witkiewicz z Olsztyna. I trwała ta korespondencja aż do końca zimy, rozwijając się w taki sposób, że zaproponowałem Małgosi różne rzeczy przychodzące mi na myśl i w konsekwencji. Jak na przykład ułożenie jakiejś opowieści z naszej korespondencji, co zrobiłem później w audycjach Harcerskiej Rozgłośni, z którą znów współpracuję od jesieni (…).
A na koniec jeszcze dołączę prośbę o recenzję, czy może raczej streszczenie przesłania grupy FALAREK. I jeszcze prośba o odpowiedź na pytanie w ankiecie – co dla Ciebie jest jazzem i trzy płyty, które byś zabrał na samotną wyspę. I to już wszystko.
Sławomir Gołaszewski.










Opowiadam o Sławku jako o radiowcu, a przecież był on również, a może przede wszystkim muzykiem. Grał z Izraelem, Immanuelem, Armią, Atmanem, Ewą Braun… Wspomniana w liście Asunta to zespół powołany do życia przez niego samego. W 1988 nagrałem koncert Asunty na festiwalu w Brodnicy. Nagrałem go za pomocą opiewanego już na tej stronie radiomagnetofonu Kasprzak z niemiłosiernie skrzeczącą uszczelką hydrauliczną, którą zastąpiłem zerwany pasek napędowy. Nagrań tak dokonanych nie daje się w zasadzie słuchać, ale wytrzymajcie minutę, a usłyszycie jak brodnicka publiczność intonuje do mistycznych medytacji Asunty „Najlepsze piwo to leżajski full”. Odpokutowałem to uwiecznienie, organizując w 1995 r. wyjazd wozu transmisyjnego opolskiego radia, czyli studia nagraniowego na kółkach, do warszawskiego kina „Tęcza”, gdzie zarejestrowaliśmy „na setkę” repertuar Asunty. Po leżajskim fullu posłuchajcie i fragmentu tej sesji na odtrutkę.
W zacytowanym liście Sławka zachowało się całkiem sporo z jego niezwykłej osobowości. Była to osobowość filozofa typu sokratejskiego, tyleż popularnego, co historycznego, dziś już niespotykanego. Sam uznawał się za etnozofa, był to termin przez niego samego ukuty i stosowany wyłącznie w odniesieniu do niego. Sławek chodził z głową w chmurze dymu wypuszczanego z nieodłącznej fajki i z głową w chmurach też. Ekstremalny problem finansowy, skutkujący niemożnością zakupu biletu na pociąg albo znaczka pocztowego, znany wielu artystom naszego pokolenia i rozpatrywany przez nich jako problem egzystencjalny, dla niego stanowił problem filozoficzny. Kiedy jednak nie filozofował, stąpał twardo po ziemi. Pamiętam jakiś wspólny spacer po Warszawie z nim i Wojtkiem Ossowskim. Dziennikarze radiowi opowiadali poecie o swoich dorywczych zajęciach pisarskich i Sławek głosem kogoś znającego swoją wartość zapewniał: „Poniżej x zł za stronę maszynopisu to ja w ogóle nie siadam do maszyny!”. Nie tyle sama ta deklaracja mnie dziwiła, co padająca w niej kwota, której teraz nie pamiętam a która wydawała mi się stosunkowo wysoka.
Filozoficzny rys osobowości Sławka widzę też na ulubionej przeze mnie jego fotografii. Jest to jedna z dwóch fot zrobionych w 1996 r. na Zamku Ujazdowskim, gdzie dostawałem sympatyczną nagrodę jako Postmodernistyczna Osobowość Roku czy jakoś podobnie. Na pierwszej fotografii widać Sławka tylko kawałek, za to na pierwszym planie (na drugim planie rozpoznaję siebie a na czwartym Beatę Chmiel). Na drugiej – i o tę mi chodzi – rozlewam szampana, którym przed chwilą niechcący oblałem Sławka widocznego między Bolkiem Rokiem a niejakim Pegazem. Sławek ma tu wyraz twarzy, który u niego kochałem. Oglądając zalaną przeze mnie fajkę i splamiony szampanem rękaw, uśmiecha się pod nosem i najwyraźniej analizuje konsekwencje, jakie z tego wynikają. Nie dla płaszcza, ale – jestem pewien – dla filozofii.


W Boże Narodzenie 1996 r. zaproszony przez Sławka poprowadziłem wspólnie z nim audycję „Niech się cieszą wszystkie nieba”. Nie wiedziałem, że jej zapis przetrwał w moim archiwum, ale, przekopując je dzisiaj, odkryłem że tak. I przedstawiam ten zapis w takiej postaci, w jakiej go odnalazłem. Otóż 30 lat temu tego samego wieczoru o jedenastej na antenie Polskiego Radia w Opolu kończyła się moja „Studnia”, a na antenie Trójki zaczynała się audycja Sławkowa. Poprosiłem zatem narzeczoną o nagranie z radia obu tych audycji, w związku z czym na kasecie magnetofonowej utrwalone zostało także poszukiwanie Trójki wśród rozhukanych fal eteru. I głos zapowiadającej nas Baszki Marcinik!
Drugi zachowany list od Sławka pochodzi z 1998 r.
Drogi Jacku, miło mi zawiadomić Cię w pierwszych słowach mego listu, że u mnie, podobnie jak u Ciebie, o czym donosisz mi na kartce, nastąpiła zmiana adresu. Po roku spędzonym w Wolimierzu i paru tygodniach w Szklarskiej Porębie, gdzie było i wciąż jest tak niesamowicie, że można by napisać osobną książkę o tamtejszych przeżyciach, zamieszkałem na Bożej Górze we wsi Jaroszyce. W związku z czym mam teraz cztery adresy, co może powodować niezłe zamieszanie w relacjach i kontaktach, w ich czasie i przestrzeni. Odpowiadając zatem na pytanie zawarte na kartce powiedzieć mogę, że żyję jak w raju, do którego zapraszam, gdybyś tylko miał ochotę i okazję, by miejsce takie wizytować i odwiedzić. Tym bardziej, że siedzimy tam same, jak te wygnańce, otoczone muzyką i górami. Z okien widać Szrenicę i Schneekope, a klimat i widoki takie, jakich nigdzie nie znajdziesz. Wpływają na inspirację w sposób niebywały. Gdybyś zechciał skorzystać zatem z naszej gościny – podaję adres: ANTONIÓW 88, 58-512 Stara Kamienica, ASUNTY – Sławek i Kasia.
To, że jesteśmy jurory, nie wydaje mi się by było racją, uzasadnieniem i świadectwem jakiegokolwiek życia. Niemniej tak właśnie się nam trafiło, co uważam za okoliczność przyjemną i miłą (…). Czy w związku z tym, że przeniosłeś się do Opola, znów zacząłeś pracować w Polskim Radio? Bo w charakterze radiowca występujesz jako juror.
W trakcie pisania poprzedniego zdania przyszedł mi do głowy pomysł, by ogłosić o nagrodzie fonogramu w ramach swoich wstawek w Trzeciej Fali, a nagrody rozdysponować wśród słuchaczy, którzy zechcą wziąć udział w tym konkursie. I to wydaje się być dobrym pomysłem na styczeń, zapraszam więc do udziału i wspólnej realizacji, choć dowiedziałem się, że nie jestem zbyt mile widzianym w Trójce prezenterem i nie mam pewności, czy zrobię tam jeszcze cokolwiek. Niemniej będąc teraz w Warszawie zamierzam wykorzystać swój pobyt tutaj do zdobycia maksymalnej wiedzy na temat przyszłych zdarzeń. Nie ukrywam, że jednym z celów jest chęć bycia tutaj jak najkrócej i jak najrzadziej. A swoją drogą to przyszło mi teraz do głowy, czy przypadkiem nie napisałeś recenzji z tego, co wyszło jako MAXIDUB? (…) Adres do Roberta jest Łączna 12, SKSZESZEF 02-124 (właściwie pisze się Skrzeszew, i nie mam pewności czy 02 czy 04 czy jeszcze jakoś inaczej, ale mam nadzieję, że dobrze napisałem. Co do 124 to mam pewność, albowiem Viviana mi kiedyś powiedziała, że tak samo jak w Warszawie, tylko początek inaczej).
Nie ukrywam, że pisząc te słowa chciałbym się doczekać odpowiedzi trochę wcześniej niż po roku. Ale nawet gdyby – to i tak możesz przyjechać, kiedy tylko zechcesz i bez zapowiedzi na Bożą Górę, którą teraz na koniec pragnę polecić Twej uwadze i intencji. I to tyle na razie
Sławomir Gołaszewski.


Robert, o którego adres prosiłem Sławka, to oczywiście Robert Brylewski. Wspominane w liście bycie członkami jednego jury dotyczyło organizowanego przez lubelskie środowisko Orkiestry p. w. Św. Mikołaja i „Gadek z Chatki” konkursu na Folkowy Fonogram Roku. Recenzji z wydawnictwa Maxidub nie napisałem, za to napisał ją dla czasopisma „Plastic Smile” Rafał Waleczek, Sławek przedrukował ją później w swojej książce „Reggae Rastafari”. Zbiegu okoliczności, który spowodował że i moja „Studnia” się tam pojawia, on akurat na pewno nie nazwałby dziwnym.
No i nareszcie mamy do czynienia z wydawnictwem na światowym poziomie i Muzyką przez duże M. Kasetę (bo na takim nośniku mi ją dostarczono) wyprodukowało wydawnictwo Asunta/Alternativo, a firmuje ją warszawski Folk Time. Już po lekturze samej okładki niejednego przejdzie pozytywny dreszcz, no bo co z niej możemy się dowiedzieć? Chociaż sam tytuł może być poniekąd mylący – Maxidub Trance Global Mesage równie dobrze wygląda na półce z produkcjami z kręgu londyńskiego New Roots Dub albo dubo-industrialnych klimatów berlińskich i równie dobrze mógłby to być tytuł jakiejś techno-transowej płytki rodzimego twórcy. Ale pozory mylą, dla większości obrazek tytułowy mówi wszystko: charakterystyczne rozciągnięte w pionie Trzy Korony (Gold Rock) z siedmioramienną gwiazdą na szczycie plus słoneczko ze wschodnich ideogramów, a do tego jeszcze delikatny gołąbek pokoju (prawdopodobnie). Jeśli jeszcze ktoś nie domyśla się, cóż to za produkcja, to czytamy, że Uczestnikami lub Realizatorami nagrań byli: Robert M. Brylewski (klawiatury, melodika, wokal), Sławomir Gołaszewski (klarnet), Wojciech Kaktus Karwacki (ridim gitara), Paulina Bojarska (klawiatury), Ania Patynek (bębny), Mamadou Diuf (wokal), Krzysztof Kristafari Kubiak (wokal), Ireneusz Jeżyk Wereński (bas), Piotr Stopa Żyżelewicz (perkusja). Po powyższym wykazie widać, że razem do studia weszła śmietanka polskiej sceny roots (i nie tylko) oraz dobry kawałek historii polskiego reggae. (…)
Utwór zatytułowany Tatuu Gerte udało mi się usłyszeć jakieś pół roku temu, późno w nocy, w jednej z audycji radiowych Jacka Podsiadło w Radiu Opole (kiedy jeszcze prowadził). Na pytanie, co to było, dowiedziałem się, że nagranie pochodzi z jedynego egzemplarza CD z prywatnej kolekcji Sławka Gołaszewskiego. Mamadou Diuf jest jednym z ciekawszych artystów, nie tylko ze względu na oryginalne teksty (dobrze, że niektóre są przetłumaczone na polski, bo jeszcze nie każdy rozmawia w wolof). Najbardziej kosmiczny utwór na płycie sprawia, że przesłanie Mamadou staje się jeszcze bardziej uniwersalne. (…)
Kaseta jako całość jest jedną z najlepszych produkcji, jakie miały szansę ujrzeć światło dzienne na polskiej ziemi. I nie będzie przesadą, jeśli powiem, że chyba nawet nie tylko na polskiej. Dawno nie słuchałem rzeczy tak ciekawej i, co ważne, bardzo dobrze zrobionej. Miejmy nadzieję, że nie jest to jednorazowy eksperyment.
Sławek był mistrzem w wielu dziedzinach. Także w takich, o których rzadko myślimy w kategoriach mistrzostwa. Był choćby mistrzem spotkań. Nie tylko sprawiał, że każde spotkanie z nim było świętem, ale też kreował sytuacje sprzyjające spotkaniom, ułatwiał spotkania innym. Np. przekazywał mi listy, które dostawał po naszych wspólnych audycjach albo po tym, jak napisał o moich wierszykach w „Wegetariańskim Świecie”.


Gdzie jeszcze można dzisiaj usłyszeć głos Sławka? Tu, tu i tu. O, i tam. I jeszcze tam.
Skoro mam od niego na piśmie, że mogę się wypowiadać w imieniu pokolenia, to powiem jeszcze, że my słyszymy go w sobie.
Ostatni cytat pochodzi z audiobooka dołączonego do książki Sławka “Reggae rastafari” wznowionej przez Manufakturę Legenda. Książkę trudno dziś zdobyć, ale warto próbować, jeśli chce się posłuchać obszernych czytań Sławka dodatkowo opatrzonych muzyką.
Jest jeszcze jedna opinia o Sławku Gołaszewskim, którą wszyscy bezwarunkowo podzielają. Wyrażało ją wielu, a ja wybieram z tego chóru wypowiedź Hieronima Wrony po śmierci Sławka. „Znałem go 30 lat i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wokół niego był jakiś konflikt. Był człowiekiem, który się uśmiechał do innych i zawsze miał dla każdego dobre słowo”.



