Heble w majonezie

Oto znana opolska krejzolka Agnieszka. Piszę krejzolka, żeby nie nadużywać określeń takich jak kobieta-anioł czy mecenaska sztuki. Ostatnio wymyśliła sobie dom sztuki Żar. I wczoraj uroczyście otworzyła jego podwoje przy Małym Rynku w Opolu. Chciała przedwczoraj, ale na wieść, że prowincjonalne Opole będzie miało swój dom sztuki, papież umarł, zatem przedwczoraj go opłakiwano, a hulanki & swawole im. Tomka Różyckiego odbyły się dopiero wczoraj.

Żeby po otwarciu podwojów oczom szanownych gości nie ukazał się syf i zgnilizna, Agnieszka najpierw swój dom sztuki posprzątała. Ze względu na szacunek dla lokalnej tradycji, szczególnie dużo czasu poświęciła froterowaniu, bo kiedyś mieścił się tutaj sklep Frotexu. Na filmie tego nie widać, ale także wielu swoich współpracowników poddała moppingowi.

Agnieszka nawymyślała też różnych różności, żeby jej nie było za łatwo. Np. zamarzyło jej się, żeby wieszaki na ubrania były z hebli stolarskich nasączonych majonezem (sic! przysięgam!), ale żeby całość zachowała mimo to nowoczesny kształt. Naleciałości przeszłości z sufitu pomagał jej usunąć Michał, który jest najdłuższą osobą w Opolu. Na zdjęciu Ola, która jest najcieplejszą osobą w Opolu, pokazuje Michałowi, jak operować kończynami, żeby jako jedna osobodrabina stanowił jednostkę miary mieszczącą się w granicach dystansu dzielącego w domu sztuki Żar podłogę i sufit w linii mniej więcej prostej.

Wiktoria Opolska nastąpiła 27 kwietnia o godz. 17.00, dzień po pogrzebie papieża, który przejdzie do historii jako jedyny papież, który miał pogrzeb w przeddzień otwarcia domu sztuki w Opolu. Nie byłem tej Wiktorii świadkiem, gdyż świętowałem własny sukcesik, jakim okazały się warsztaty poetyckie, które przez trzy dni prowadziłem w Żarze jeszcze przed oficjalnym otwarciem. Ale porównanie wersji roboczych Agnieszki, Oli i Wiktorii z ich wersjami galowymi da nam jakieś pojęcie o skoku cywilizacyjnym, jakiego dokonało maleńkie Opole tego właśnie pamiętnego dnia.

Przy całej swej skromności nie mogę nie zwrócić Waszej uwagi na to, jak lśnią czystością półki, nad którymi unoszą się podziwiane przez dzieci artefakty na powyższym zdjęciu. Gdyż półki te do stanu lśnienia doprowadziła zakończona ścierką ręka poety…

Przepraszam, wzruszyłem się, a chciałem w sumie o tych warsztatach opowiedzieć.

Były one udane od samego początku, na którym zapytałem uczestników, czy pisanie wierszy jest dla nich ważne. I okrutnie się bałem, że połowa powie, że wie pan, panie instruktorze, nieważne czy ważne, ważne, że jestem na tych tu warsztatach, bo ja się na wszystkie warsztaty w Opolu zapisuję, więc nawijaj pan, o czym mamy panu napisać wierszyk. A tu się okazało, że poezja dla wszystkich uczestników jest ważna, i to nawet bardzo! No, może jeden Marcin się trochę wyłamał, ale on się od początku wyłamywał, przede wszystkim płciowo. Zapisał się na warsztaty w ostatniej chwili, kiedy już miałem na kartce spisane w punktach wszystkie tematy, jakie zamierzałem poruszyć, a każdy zaczynał się od „Szanowne panie” (pierwszego dnia), „Miłe poetki” (drugiego dnia) lub „Kochane dziewczyny” (dnia ostatniego). Ale i tak się bardzo ucieszyłem, że się zjawił, bo pamiętam go z cyklu innych spotkań, które prowadziłem w bibliotece, i on tam często bywał i zabierał głos w jakiś taki uporządkowany sposób, że od razu prowadzone przeze mnie zajęcia nabierały powagi i wagi.

A z tą „ważnością” wierszy Marcin o tyle się wyłamał, że opowiedział o różnych dziedzinach sztuki nie tylko pisarskiej, w których próbuje się spełniać, i o swojej łatwości zmieniania sobie osobowości. Jak piszę wiersz, to jestem w trybie poety, a jak wychodzę w miasto z aparatem, to przełączam się w tryb fotografa, tak mniej więcej mówił. Było to dla mnie tym ciekawsze, że sam mam zupełnie inaczej. Jak jestem w trybie poety i wychodzę z chałupy z moim aparatem lingwolirycznym, to ciężko mi powiedzieć komuś dzień dobry prozą (pozdrawiam swoich sąsiadów! Rozumiecie teraz, dlaczego zwykłem mówić „dzień dobry jestem z kobry”?).

A to jesteśmy właśnie my.

Na zdjęciach nie jest to odpowiednio wyeksponowane, ale myśmy się bardzo polubili. Bo okazało się, że to, że poezji nie można ani się, ani kogoś nauczyć, wcale nie uniemożliwia rozmowy na jej temat. Może nawet czyni ją tym ciekawszą. Dorota, która przyjechała aż z Krakowa, napisała po wszystkim na łotsapie, że źle przez nas sypia i dobrze jej tak. Bo Agnieszka nam założyła grupę na łotsapie i my tam sobie teraz piszemy, że był to „cudownie zmarnowany czas”, że jesteśmy fajni, wrażliwi, utalentowani, dowcipni i w ogóle. Jak w grupie wsparcia. I nie ma się z czego śmiać, lepsza grupa wsparcia niż grupa wyparcia, każdy psychiater Wam to powie.

A najwięcej z wymienionych zalet charakteru to mamy wrażliwości. Małgosia tak pięknie opisała w siedmiu słowach pocałunek, że Joasia spadła z fotela, co było tym łatwiejsze, że całe wyposażenie domu sztuki pochodzi ze złomiarni i szrotów. Połowa drugiego dnia warsztatów upłynęła nam na wysłuchiwaniu przeprosin składanych przez Marcina wobec Basi za to, że wczoraj ośmielił się jej zaproponować wstawienie myślnika w jednym wierszu. Niewiele to pomogło, bo Joasia i Dorota powiedziały mu, co myślą o przecinkach w jego utworach.

Co ja Wam tu zresztą będę opowiadał, skoro Agnieszce udało się na jednej z fotek uchwycić w kadrze strzępy naszych myśli, urywki poezji, które pozostaną mi w pamięci po Agacie, Basi, Dorocie, Joasi, Małgosi i Marcinie jako najpiękniejsze selfiki.

Fot. Agnieszka Kania, Michał Grocholski i być może ktoś jeszcze, kogo zdjęcia nie zostały podpisane na profilu Domu Sztuki Żar

Jac Po
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z plików cookie, abyśmy mogli zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o plikach cookie są przechowywane w Twojej przeglądarce i wykonują takie funkcje, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje strony internetowej są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.