Psy tropiące czy hieny cmentarne? Kontrowersje wokół Wajraka i Skibińskiej nie słabną

Gdy zabraknie „faktów” sięga się po oszczerstwa. Wymyślają je ludzie podli, powtarzają podli i głupi – Simona Kossak

Niektórzy ludzie opowiadają o mnie okropne rzeczy, jednak spotkani na ulicy kłaniają się ze słowami „Dzień dobry panie Adamie”. To jest nieprzyjemne – Adam Wajrak

Prowadzący dziennikarskie śledztwa, sprawdzający fakty, monitorujący rzeczywistość i opowiadający ludzkie historie portal OKO.press opublikował nadzwyczajnie słaby i zwyczajnie nieuczciwy artykuł Reginy Skibińskiej. Trafiłem nań jako followers Michała Żmihorskiego, za profilem fejsbukowym, na którym ceniony przyrodnik, profesor Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży i członek Państwowej Rady Ochrony Przyrody prezentuje swoje „opinie prywatne”. Najnowszy wpis prof. Żmihorskiego brzmiał:

Warto przeczytać tekst redaktor Reginy Skibińskiej o profesor Simonie Kossak, bo mit o jej roli w badaniach i obronie Puszczy w sposób niezasłużony bardzo ostatnio urósł. Dobry komentarz profesorów Włodka Jędrzejewskiego i Rafała Kowalczyka – badania, które wtedy realizował Zakład Badania Ssaków PAN (…) w ogromnym stopniu przysłużyły się do poszerzenia wiedzy ekologicznej i ochrony dużych drapieżników w Polsce oraz ochrony Puszczy Białowieskiej przed gospodarką leśną, czego chyba nie można powiedzieć o badaniach prof. Kossak, które były raczej, delikatnie mówiąc, skromne i – jeśli chodzi o wnioski dla ochrony – niezbyt nachalne… (…)

Moje wspomnienia z prof. Kossak dotyczą naszych sporów na internetowym forum przyrodniczym, gdzie (ja jeszcze jako student) kłóciliśmy się na temat roli badań w ochronie przyrody. Pamiętam, że zaproponowałem wtedy, by migrację orlików na afrykańskie zimowiska też spróbowała ustalić na podstawie tropień na śniegu – prawdopodobnie było to niezbyt uprzejme z mojej strony, ale niechęć prof. Kossak wobec badań telemetrycznych była rzeczywiście fanatyczna.

Swego czasu przeczytałem i obejrzałem co mogłem na temat Kossak i jej życia; wyniosłem z tych lektur ogólne i może błędne wrażenie, że choć oddana całkowicie sprawie zwierząt i puszczy, była dość bezradna wobec obojętności środowiska w jakim pracowała i nie potrafiła wcielić w życie swoich postulatów. Wydawało mi się, że doceniono tylko jej działalność popularyzatorską i to głównie po jej śmierci. Sam nie traktowałem jej opinii jako świętości, także na tej stronie pisałem, że z wieloma jej tezami nie potrafię się zgodzić. Wpis prof. Żmihorskiego zdziwił mnie również w tym względzie, że profesor nie potrafił się powstrzymać przed pochwaleniem się własną nieuprzejmą kpiną sprzed lat, która broniłaby się może, gdyby rzeczywiście była dowcipna.

Była wielbłądem czy tylko udawała, że nie jest?

Po przeskoczeniu do polecanego artykułu moje zdziwienie rosło w tempie oszałamiającym. Że będzie się manipulować, zdradza już tytuł: „Broniła zwierząt czy im szkodziła? Kontrowersje wokół Simony Kossak nie gasną”. Że broniła, to zdawało mi się, że wiadomo, głównie dzięki temu zyskała sławę. Oczywiście może się zdarzyć, że ktoś nieumiejętnie broniący zwierząt jednocześnie im szkodzi. Ale tak sformułowany tytuł wyklucza koincydencję i zapowiada opozycję, tu będzie albo-albo: broniła czy szkodziła?

Opozycję tę wyostrza autorka od razu w dwóch pierwszych zdaniach wybitych jako lead: „Głośny spór Simony Kossak z naukowcami, którzy stosowali badania telemetryczne, przyczynił się do sławy Simony jako bezkompromisowej obrończyni praw zwierząt przed okrutnymi, a niekoniecznymi badaniami. Tymczasem to dzięki tym badaniom poprawiła się ochrona wilków i powstał projekt sieci korytarzy ekologicznych”.

Mam za złe nazistowskim naukowcom uśmiercanie ludzi poprzez przetrzymywanie ich w zimnej wodzie. Kreuję się nawet na bezkompromisowego krytyka tej działalności. Tymczasem wyniki prowadzonych w Dachau badań okazały się bardzo pomocne przy projektowaniu kombinezonów ratunkowych dla rybaków pracujących na zimnych wodach Kolumbii Brytyjskiej. Czy moja postawa nie wydaje się Wam dwuznaczna? Czy ja protestowałem przeciw topieniu ludzi w zimnej wodzie, czy przyczyniałem się do śmierci rybaków z wychłodzenia?

Tytuł informuje też, że kontrowersje wokół Kossak nie słabną, a ja, chociaż naprawdę dużo przeczytałem, żadnych związanych z nią kontrowersji nie pamiętałem. Nie ufam już jednak swej pamięci tak jak kiedyś, zacząłem zatem szperać w źródłach pisanych i szybko odkryłem, że się myliłem: b y ł a  kontrowersyjna.

Rozmowa w grudniowo-styczniowym numerze wydawanego przez Pracownię na Rzecz Wszystkich Istot „Dzikiego Życia”, przełom lat 1995 i 1996:

– Dla wielu osób jesteś postacią kontrowersyjną: hodujesz w środku naturalnej puszczy tak egzotyczne zwierzęta jak pawie, współpracujesz z programem GEF, który Pracownia ostro krytykuje.

– Postać kontrowersyjna to znaczy taka trochę podejrzana. Innym pięknym określeniem, by zniszczyć rację poprzez zniszczenie jej głosiciela, są epitety „konfliktowy” i „nawiedzony”. (…) Powinnam odpowiedzieć zgodnie z regułami gry: kury też są egzotyczne (pochodzą z tropików), choć nie tak cudownie piękne jak pawie, a GEF mnie nie kupił na własność. Wtedy gra potoczy się raźno. Wyskoczy kolejny dowód kontrowersyjności („z nosa jej kapie”), ja będę go odpierać pokazując chusteczkę i w krótkim czasie już na nic innego nie starczy mi czasu i zdrowia. Gdy zabraknie „faktów” sięga się po oszczerstwa. Wymyślają je ludzie podli, powtarzają podli i głupi. Tak się eliminuje ludzi wrażliwych na swoim punkcie. Świat roi się od zniszczonych idealistów i autorytetów. (…) Jestem więc i będę kontrowersyjna: kocham pawie, piję wodę ze studni, od 25 lat biorę pensję, pracuję przy realizacji tematu naukowego GEF i jest mi z tym bardzo przyjemnie. Jestem jeszcze grubo bardziej kontrowersyjna – ale odszukanie dowodów pozostawiam bliźnim.

Przyznajmy, nie była wielbłądem. Ale ile prawdy jest w tym micie?

Najtrudniej się bronić zza grobu. Na razie idzie Simonie Kossak świetnie, ale przed nami wiele jeszcze dowodów odszukanych przez „bliźnią” red. Skibińską. Zanim do nich dojdziemy, na jedną jeszcze obok tytułu wstępną manipulację zwrócę uwagę.

Większość znanych zdjęć mieszkanki słynnej Dziedzinki przedstawia ją w bliskości ze zwierzętami, jak to chyba najsłynniejsze, gdzie śpi na podłodze zwinięta w kłębek, bo łóżko zajął jej dzik. Skibińska (albo redakcja OKO.press) nie poszła na łatwiznę. Jedyna fotografia, jaką opatrzono tekst, to widniejące na samej górze zdjęcie prof. Kossak podczas jakiejś dyskusji z palcem podniesionym na wysokość ust. Research nie gorszy od tego, który dał radę znaleźć uśmiechniętego Tuska w objęciach Putina nad ciałami Ofiar Zamachu Smoleńskiego. Oczywiście pani profesor, której, jak już wiemy, kapało z nosa, mogła właśnie zamierzać wytrzeć go tym palcem, ale w takim kontekście jej gest znaczy tylko jedno: zabraniam wam mówić o moich ciemnych sprawkach. Tym bardziej, że ostatnie słowa tak „podprowadzonego” tekstu demaskują Kossak jako skrytą zwierzobójczynię: „Poprosiła przyjaciela, Przemka Malzahna, żeby przyjechał i odstrzelił jelenia. Odbyło się to w ścisłej tajemnicy. Dostałam absolutny zakaz wspominania o tym komukolwiek, kiedykolwiek. Dzisiaj, po niemal pięćdziesięciu latach, ten zakaz złamałam – opowiada Joanna Kossak”.

Mistrzostwo świata.

Paradziennikarzy.

Prawdziwe oblicze Simony Kossak, zdjęcie z tajnego archiwum Lecha Wilczka

„Samotna obrończyni przyrody, walcząca z innymi naukowcami o prawa zwierząt, przeciwniczka myśliwych, obrończyni Puszczy Białowieskiej, jedyna kobieta w męskim gronie. Im więcej lat mija od śmierci Simony Kossak w roku 2007, tym jej legenda jest większa. Na ile jednak informacje o niej są prawdziwe?” – kończy swoje wprowadzenie detektyw Skibińska.

Konkretne dochodzenie zaczyna od sprawy potrzasków. W 1993 r. w ścisłym rezerwacie Białowieskiego Parku Narodowego strażnik tegoż parku, na szczęście w grubych gumofilcach, wpadł w potrzask łowiecki. Jego towarzysz przybiegł do Dziedzinki po pomoc, bo dwóch chłopa nie było w stanie rozciągnąć sprężyn pułapki i wydostać z niej nogi trzeciego. Kiedy to się udało, Kossak zawiozła potrzask na policję jako dowód kłusownictwa w parku narodowym. Naukowcy oskarżyli ją o kradzież aparatury badawczej, używanej przez naukowców do chwytania rysi i wilków, którym zamierzano potem założyć obroże telemetryczne i wypuścić, w którą to aparaturę przypadkiem wpadł strażnik badaniom telemetrycznym nie podlegający. Skibińska nie pisze o tym, ale wiadomo skądinąd, że doszło wtedy do wzajemnych pozwów sądowych, opowiem o nich później. „Simona została wezwana na Radę Naukową Białowieskiego Parku Narodowego”, gdzie okazała się jedyną przeciwniczką potrzasków. „Simona wpadła w szał i poprosiła jednego z prowadzących odłowy naukowców, żeby włożył rękę do pułapki. Odpowiedział, że nie będzie się infantylnie wygłupiał. Niczego nie musi udowadniać, gdyż wie, że potrzaski są całkowicie bezpieczne. Rada uznała, że protest Simony jest bezzasadny” – czytamy.

Mimo że protest Kossak został uznany za bezzasadny, naukowcy przestali stosować potrzaski. Dlaczego przestali, Skibińska nie docieka. Pisze tylko, że „Gdy naukowcy przestali stosować potrzaski, wojna Simony z naukowcami (…) się nie skończyła”. Teraz protestowała przeciw „fladrowaniu”, czyli naganianiu wilków do pułapek, w których wpadały w sieci, były dociskane do ziemi rozwidlonymi drągami, następnie usypiane i „obrożowane”. Naukowcy białowiescy do dzisiaj cierpią z powodu tych protestów. Pisze bowiem Skibińska: „Białowiescy naukowcy bardzo niechętnie wypowiadają się na ten temat albo w ogóle odmawiają komentowania tej sprawy. A żal do Simony Kossak jest ciągle żywy. Do opowiedzenia o dawnym konflikcie udało mi się namówić prof. Włodzimierza Jędrzejewskiego (…) oraz prof. Rafała Kowalczyka, który w czasach sporu, a właściwie ataku Simony Kossak na naukowców z ZBS dopiero rozpoczynał karierę naukową. Nie był więc jego stroną, tylko obserwatorem, choć napiętnowany został cały zespół zajmujący się badaniami nad ekologią ssaków drapieżnych”.

Strasznie to Pani skomplikowała, Pani redaktor. Chodzi o to, że prof. Kowalczyk, którego zaraz Pani zacytuje i który mógłby sprawiać wrażenie toczącego spór z prof. Kossak (a tak naprawdę był przez nią zaatakowany), nie był stroną tego sporu, który był właściwie atakiem, a nie sporem, a jedynie był on (profesor) obserwatorem tego ataku, choć mógłby poczuć się jego (ataku) obiektem, bo „napiętnowany został cały zespół”, jednakże on (profesor) dopiero zaczynał karierę, zatem będąc w zespole właściwie w nim nie był i wspaniałomyślnie pragnie się wypowiedzieć na temat Simony Kossak z pozycji obiektywnego, bezstronnego obserwatora, tak? Czy nadążam za błyskawicami Pani rozumu? No to zobaczmy, co tam niezaatakowany obserwator po długich namowach powiedział za Pani pośrednictwem wstępnie ogłupionemu czytelnikowi.

Masakra naukowców wilkiem z nogą w potrzasku trzymanym oburącz

„Żadnemu wilkowi nie zmiażdżono łapy; pułapki te szybko zostały zastąpione innymi metodami” – powiedział i dodał: „Byliśmy ostatnimi, którzy chcieliby skrzywdzić zwierzęta”. Wypowiedź dwa razy krótsza i dziesięć razy prostsza niż zapowiedź wypowiedzi. Dziennikarka nie dręczy umęczonego atakiem ś.p. Kossak profesora dopytywaniem o potrzaski. Więcej mówi prof. Jędrzejewski.

– Realizowaliśmy szeroki program badań nad zespołem ssaków i ptaków drapieżnych w Puszczy Białowieskiej. Badania te miały na celu lepsze poznanie biologii poszczególnych gatunków, liczebności ich populacji oraz ocenę ich wpływu na populacje ofiar. (…) Najbardziej nowoczesną metodą badawczą, którą zastosowaliśmy i która była stosowana w tamtym czasie w wielu badaniach ekologicznych na świecie, była radiotelemetria. Pozwala ona na bezpośrednie śledzenie przemieszczeń zwierząt, ocenę wielkości ich terytoriów oraz w przypadku ssaków drapieżnych, na odnajdywanie i oszacowanie całkowitej liczby zabijanych przez nie ofiar. Metoda ta polega na założeniu na zwierzę obroży z małym nadajnikiem, a następnie śledzeniu zwierząt przy pomocy anteny i specjalnego odbiornika radiowego – tłumaczy prof. Jędrzejewski. (…)

Za pomocą radiotelemetrii naukowcy prowadzili badania wielu gatunków zwierząt, takich jak łasice, kuny, tchórze, borsuki, lisy, rysie, wilki, a potem również dzików, jeleni, saren, a nawet żubrów i łosi. To właśnie ta metoda tak zbulwersowała Simonę Kossak. Jak mówi Joanna Kossak, każdy z odłowionych w potrzask wilków miał trwale zmiażdżoną łapę i średnio trzy miesiące życia przed sobą – wilki miały umierać z głodu i wycieńczenia.

Badacze dementują informacje o krzywdzeniu zwierząt.

– Zwierzęta wyposażone w obroże zachowywały się normalnie: polowały, rozmnażały się, odchowywały młode. Wielokrotnie mogliśmy je obserwować. Najtrudniejszym elementem tych badań jest schwytanie zwierzęcia w celu założenia obroży radiotelemetrycznej. Wykorzystuje się do tego różnorodne pułapki, sieci i inne metody – opowiada Włodzimierz Jędrzejewski.

Prof. Jędrzejewski odnosi się też do zarzutu brutalności przy odławianiu wilków za pomocą fladr i tłumaczy, że zwierzęta były w ciągłym ruchu, a strzał z broni usypiającej, szczególnie w nocy, byłby bardzo trudny i niebezpieczny dla zwierzęcia.

– Złapane zwierzę zwykle było przykrywane grubą siecią, którą przyciskaliśmy do ziemi drewnianymi widlicami, żeby unieruchomić zwierzę i ręcznie podać zastrzyk. Uznaliśmy ten sposób za bardziej bezpieczny dla zwierzęcia – mówi.

Mimo że naukowcy zachowywali wszelkie zasady bezpieczeństwa, żeby nie zaszkodzić zwierzętom, to nigdy nie można wykluczyć, że w czasie odławiania dzikiego zwierzęcia stanie się coś złego. (…)

– Wszystkie złapane rysie były dorosłe, a tylko jeden ze złapanych wilków był młody; w tym wypadku przecięliśmy obrożę z nadajnikiem tak, żeby spadła po krótkim czasie. Prawdopodobnie wilk ją zgubił, bo szybko straciliśmy z nim kontakt. Wilki i rysie, które odnaleźliśmy w sidłach kłusowników lub nielegalnie postrzelone, nie miały śladów obrażeń z powodu obroży, z wyjątkiem jednego wilka, który rzeczywiście miał przeciętą skórę na szyi, prawdopodobnie z powodu obroży – tłumaczy prof. Jędrzejewski.

Szum, który wokół badań zrobiła Simona Kossak, mocno dał się we znaki naukowcom z ZBS. Sprawa trafiła do sądu i do mediów, które rozpisywały się o okrutnych badaczach. (…)

– Jej pierwszy atak na nas nastąpił przy próbie opublikowania naszej pracy o pokarmie lisów. Kiedy rozpoczęliśmy badania radiotelemetryczne rysi, jej ataki przybrały na sile i próbowała zatrzymać te badania wszelkimi sposobami. Argumentowała, że chcemy wyniszczyć ostatnie rysie w Puszczy, że nadajniki mają zły wpływ na zwierzęta, krytykowała metody odłowu – opowiada prof. Jędrzejewski.

– Najtrudniejszy moment nastąpił, gdy rozpoczynaliśmy badania telemetryczne wilków. Początkowo do odłowu wilków próbowaliśmy zastosować amerykańskie pułapki szczękowe, które były zmodyfikowanymi pułapkami traperskimi. Wiedzieliśmy, że były one stosowane z powodzeniem w wielu innych badaniach i że chociaż wyglądają groźnie, nie są niebezpieczne dla chwytanych zwierząt. Niestety, przy pierwszej próbie zdarzył się wypadek. Źle założyliśmy pułapkę i wilk uciekł z pułapką na nodze – dodaje naukowiec.

Błąd okazał się kosztowny. Nie tylko dla wilka, którego dalsze losy nie są znane, ale i dla badaczy.

– Simona to wykorzystała. Złożyła wszystkie możliwe wnioski o zatrzymanie badań, podała nas do sądu. W procesie sądowym ja byłem głównym oskarżonym o działanie z premedytacją i znęcanie się nad zwierzętami. Po kilku rozprawach zostałem oczyszczony z zarzutów i całkowicie uniewinniony.

Nie zgadzam się z red. Skibińską, że dalsze losy wilka, który uciekł z pułapką na nodze, nie są znane. Skoro „badacze dementują informacje o krzywdzeniu zwierząt” i skoro „żadnemu wilkowi nie zmiażdżono łapy”, losy wilka łatwiutko odgadnąć. Wilk bardzo szybko odczuł liczne korzyści z posiadania pułapki na nic a nic nie zmiażdżonej nodze. Bardzo wygodnie się z nią biegało, łatwiej było z nią zdobywać pożywienie i lepiej się dzięki niej spało. Wilk, choć już stary, do dzisiaj hasa po puszczy z pułapką na nodze, która zapewniła mu długowieczność. Nie jest już w stanie samodzielnie polować, ale wiedzie mu się nieźle dzięki odpłatnemu wypożyczaniu pułapki innym wilkom, które również pragną choć przez chwilę mieć pułapkę na nodze. Po tym uściśleniu na powrót oddaję głos red. Skibińskiej.

Ponieważ nie zgodziła się być wielbłądem, do dziś dźwigamy na sobie jej garby

Czas pokazał, że badania, którym sprzeciwiała się Simona Kossak, miały przełomowe znaczenie dla wiedzy o użytkowaniu środowisk i migracjach dzikich zwierząt. To zaś miało praktyczne konsekwencje, bo dzięki telemetrii można było opracować sieć korytarzy ekologicznych, czyli obszarów umożliwiających przemieszczanie się zwierząt między pofragmentowanymi obszarami lasów i dolin rzecznych. Mapa tych korytarzy posłużyła następnie do wytyczenia przejść dla zwierząt przez autostrady i drogi ekspresowe. (…)

– Wiedza zebrana podczas tych badań w dużym stopniu przyczyniła się do objęcia ochroną wilka i rysia – podaje prof. Kowalczyk.

Wykorzystanie telemetrii pozwoliło wykryć, że główną przyczyną ich śmiertelności w Puszczy Białowieskiej było wtedy kłusownictwo z użyciem wnyków oraz nielegalne odstrzały, o czym wtedy nikt nie wiedział.

Badania prowadzone przez naukowców z IBS dowiodły, że bardzo wysoki poziom odstrzałów jeleni, saren i dzików realizowany wtedy przez nadleśnictwa spowodował gwałtowny spadek liczebności ssaków kopytnych i wpłynął też negatywnie na populacje drapieżników. (…)

Te wyniki badań skłoniły naukowców do opracowania projektu powiększenia Białowieskiego Parku Narodowego na obszar całej Puszczy Białowieskiej. Tego pomysłu nie udało się do dziś zrealizować.

Z ust prof. Jędrzejewskiego pada jednak jeszcze mocniejszy zarzut. – W tych działaniach Simona nas nie wsparła, a jej ataki bardzo osłabiały pozycję środowiska naukowo-ochronnego i były na rękę tym, którzy chcieli Puszczę eksploatować i zamieniać ją na deski. Jest bardzo prawdopodobne, że gdyby nie działania Simony, cała Puszcza Białowieska, ostatni las naturalny na nizinach środkowej Europy, byłaby dzisiaj parkiem narodowym – uważa prof. Jędrzejewski.

Kapiszon większy od armaty. Pamiętajmy że „środowisko naukowo-ochronne”, o którym mówi prof. Jędrzejewski, już nam się przedstawiło jako zastęp patałachów w stylu gangu Olsena. Część naukowa środowiska była głucha, więc nie wiedziała o prowadzonych (przez kogo???) na wielką skalę nielegalnych odstrzałach, a część ochronna ślepa, dzięki czemu nie widziała panoszącego się kłusownictwa wnykowego i wszystko toczyłoby się z górki, gdyby część naukowa środowiska nie zastawiała potrzasków na wilki w ten sposób, że zamiast zwierząt wpadała w nie część ochronna środowiska. Wprawdzie wiemy tylko o jednym strażniku, który wpadł w pułapkę naukowców, ale też tylko jednemu wilkowi obroża przecięła skórę na szyi i tylko jeden wilk ukradł naukowcom pułapkę i oddalił się w niewiadomym kierunku. Jeśli jedna nienawidząca przyrody wiedźma, której kapało z nosa i która od prawie 20 lat nie żyje, do dzisiaj uniemożliwia objęcie parkiem narodowym Puszczy Białowieskiej, to znaczy, że mamy do czynienia nie z gangiem a z prawdziwą mafią Olsena, z kościołem Olsena, z kosmosem Olsena.

Red. Skibińska pożaliła się na swoim profilu Fb, że „obrywa” teraz od „miłośników Simony Kossak”. Adam Wajrak pocieszanie jej zaczął od słów „Bardzo rzetelny tekst”, a kiedy się rozpędził, napisał o prof. Kossak: „W telemetrię waliła z czystej zazdrości, bo zwyczajnie nie była dobrą naukowczynią”. Absolwentowi ogólniaka i zdawcy matury za drugim podejściem (źródło: Wikipedia) oddamy jeszcze głos, ale ja tu widzę, że sama nasza bohaterka domaga się głosu zza grobu.

„Łowienie wilków do celów badawczych z użyciem telemetrii przez ZBS PAN w Białowieży nie grozi puszczańskiej populacji groźniejszymi konsekwencjami. Dalekie zasięgi występowania gatunku i ochrona prawna gwarantują bowiem uzupełnienie ewentualnych ubytków. (…) Przyczyną niespodziewanego ginięcia rysia były intensywne, (…) wyniszczające kolejne osobniki badania naukowe prowadzone przez ZBS PAN w Białowieży. Łączyły się one z odłowami zwierząt w pułapki nanożne, (…) stosowaniem przemocy przy unieruchamianiu schwytanych zwierząt, podawaniem im środków farmakologicznych (przez osoby bez przygotowania telemetrycznego)” – pisała Simona Kossak w „Sylwanie”.

„– Nie neguję badań telemetrycznych, dzięki którym sprawdzono liczbę rysi w Puszczy i ich terytorium – podkreśla pani docent. – Chodzi mi jedynie o sposoby odłowów i liczbę odłowionych zwierząt. Nękanie i prześladowanie drapieżników prowadzone przez pracowników ZBS PAN nie daje porównać się z żadną, nawet najbardziej intensywną działalnością myśliwską. Nigdy nie przypuszczałam, że naukowcy mogą być zagrożeniem dla zwierząt”.

Adam Wajrak poświęca półtorej ręki w służbie nauki

„Pani docent” to również Simona Kossak, a cytat pochodzi z Gazety Wyborczej z sierpnia 1994 r. Przez łamy Wyborczej przetoczyła się wówczas krótkotrwała, ale intensywna burza związana ze sprawą potrzasków. Najpierw był artykuł Katarzyny Tomaszewicz:

„Znęcał się bez słusznej potrzeby nad wilkiem, złapał go w niedozwolone narzędzie, czyli stalowy potrzask, zadał mu szczególne cierpienia” – brzmi oskarżenie. Tym razem obwinionym jest nie kłusownik, lecz naukowiec. Najeżone kolcami szczęki, wspomniane w akcie oskarżenia, rozstawili w celach badawczych naukowcy z Zakładu Badania Ssaków PAN w rezerwacie ścisłym, w sercu Białowieskiego Parku Narodowego. W Białostockiem zarówno wilki, jak i rysie są chronione.

Zwykłe potrzaski kłusownicze (tzw. żelaza) mają gładkie szczęki i zaciskając się do końca miażdżą nogę zwierzęcia. – My używaliśmy szczęk z kolcami. One przytrzymują nogę i w niewielkim stopniu ranią – wyjaśnia dr Henryk Okarma z Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży, jeden z naukowców chwytających drapieżniki.

Potrzaski teksaskiej firmy Rancher’s Supply INC służą do odławiania dużych drapieżników (wilków, kojotów i pum). (…)

– To skandal, że mimo ochrony rysia i wilka w całym województwie, nie mają one spokoju w rezerwacie ścisłym Białowieskiego Parku Narodowego (…) – uważa część przyrodników i ekologów. Przeciwko odłowom są też leśnicy. O ich wstrzymanie zabiegał m.in. nadleśniczy z Białowieży.

Przedmiotem sporu są metody, które część naukowców uważa za niehumanitarne. Przy badaniach telemetrycznych drapieżnika zwabia się w pułapkę, usypia, zakłada sztywną obrożę z nadajnikiem radiowym, dzięki któremu będzie można kontrolować jego zachowanie, po czym wypuszcza.

Każde zwierzę musi wpaść w pułapkę dwa razy – najpierw, by założyć mu obrożę, potem – by ją po jakimś czasie zdjąć lub wymienić. Niektórych zwierząt nie da się złapać dwukrotnie – naukowcy przyznają, że będą musiały nosić obroże do końca życia. – W niczym im one nie przeszkadzają – twierdzą jednak. (…)

W grudniu 1992 r. w rezerwacie ścisłym w potrzask „coś” się złapało. Zerwało zaczep i uciekło ze szczękami zaciśniętymi na łapie.

Pracownicy ZBS PAN długo tropili za krwawym śladem, bez skutku. Nie znaleziono też potrzasku. Po jakimś czasie w lesie kilkakrotnie widziano wilka bez nogi. (…)

„Pułapki szczękowe są najlepszym sposobem chwytania wilków i w niczym im nie zagrażają” – zgodnie twierdzą światowe sławy od wilków: Rolf Peterson – z Wyższej Szkoły Technicznej w Michigan, David Mech – przewodniczący grupy specjalistów wilka przy Światowej Unii Ochrony Przyrody, Gunther Bloch – wiceprezydent Towarzystwa Ochrony Wilków w Niemczech i Christoph Promberger z Europan Wolf Network.

„Przy chwytaniu na potrzask z kolcami uszkodzeń doznaje mniej niż 5 proc. zwierząt” – pisze w swojej opinii David Mech.

Podobne pułapki stosowano w latach 70. i 80. w USA. Według opinii Victora Van Ballenbergha zamieszczonej w 1984 r. w „Journal of Wildlife Management”, na 109 odłowionych wilków 41 proc. było ciężko i bardzo ciężko rannych, 46 proc. miało złamane zęby, silnie poranione nosy i wargi. U młodych osobników obrażenia były jeszcze poważniejsze. (…)

Na filmie wideo ryś miota się w pętli. Skacze na dwa-trzy metry w górę – tyle pozwala linka. Przyciskany jest drewnianymi drągami do ziemi. (…) Dostaje zastrzyk usypiający. Potem taśma pokazuje moment uwolnienia: ryś odchodzi z podkuloną nogą.

W żadnej akcji poskramiania drapieżników nie uczestniczył weterynarz. (…)

Krąży opinia, że doc. Kossak po prostu się czepia. Pracownicy ZBS PAN podejrzewają, że z zazdrości, bo sama chciałaby robić badania metodą telemetrii. Nie sądzą, by chodziło jej o zwierzęta.

Po artykule nadeszły polemiki, sprostowania, wyrazy poparcia i protesty. Pierwszy był Adam Wajrak, rozśmieszony do rozpuku:

Na początku też byłem pełen wątpliwości, co do metod odłowu zwierząt. Doszło nawet do tego, że wpakowałem rękę w opisywane przez autorkę pętle do odłowu rysia. Szarpałem linkę, ale nawet nie otarłem skóry, choć skóra ludzka jest nieco delikatniejsza od rysiej. (…)

Oto opis tropienia wilka, który w 1992 roku wpadł w szczęki badaczy. Horror, są nawet krwawe ślady. Tak się jednak składa, że w tamtym tropieniu brałem udział. I – w przeciwieństwie do autorki i jej głównego informatora doc. Simony Kossak, których tam nie było – żadnych krwawych śladów nie widziałem. (…)

Najbardziej zaś rozśmieszyła mnie historia podkurczonej nogi rysia uwolnionego z pułapki. Autorka nie wie po prostu, że uśpione zwierzę po przebudzeniu słania się, tak jak człowiek po operacyjnej narkozie. (…)

O pułapkach szczękowych prof. Rolf Peterson, amerykański specjalista w dziedzinie ekologii zwierząt łownych, pisze: „Wśród 45 wilków, jakie złapałem w ten sposób, nie miałem żadnych zranień zagrażających życiu lub osłabiających zwierzę. Jeden wilk na Isle Royale, który za tę samą nogę złapał się dwukrotnie w ciągu tygodnia, miał złamany palec”. (…)

Toczy się w Polsce dyskusja nad zakazem odstrzału wilka w większości województw, a może w nawet w całym kraju. Tylko takie badania mogą dać ekologom do ręki niepodważalne argumenty, że pora skończyć ze zbrodniczym traktowaniem drapieżników. (…)

Myślę, że czytelnikowi należałaby się od doc. Kossak informacja o wypadku z powierzoną jej młodą rysiczką, którą w zeszłym roku przygotowywała dla potrzeb filmu przyrodniczego, a która na początku tego roku zginęła w tajemniczych okolicznościach. Piszę w „tajemniczych”, bo oficjalna wersja brzmi „zginęła, ponieważ spadło na nią polano niesione do domu”. Dla wyjaśnienia dodam, że ryś jest zwierzęciem niezwykle silnym i odpornym. Ten nie za ciężki kot potrafi powalić całkiem dużego jelenia. Chociaż pani docent mieszka na terenie parku narodowego, ciała rysia nie widział nikt z dyrekcji.

Simona Kossak: „P. Wajrak pisze: »Wpakowałem rękę w opisywane przez autorkę pętle do odłowu rysia«. Ja proponuję dla otrzeźwienia »wpakowanie« ręki w stalowy potrzask prezentowany na zdjęciu. Należy się przy tym kilka razy mocno szarpnąć – jak to robi wilk, a potem obejrzeć efekty. Można też pochodzić z „urządzeniem badawczym” na przegubie i czekać, co się stanie z ręką.

W Ameryce potrzaski leżą luźno na ziemi, a łańcuch kończy się kotwicą. Wilk nie szarpie się za mocno i z trudem ucieka. Naukowcy idą jego śladem i na odległość usypiają go.

Białowiescy naukowcy identyczne potrzaski, polecone przez D. Mecha, przytwierdzali często łańcuchem do drzewa. A wtedy drapieżnik tak długo się szarpie, jak długo kolce nie przejdą między palcami lub nie zaklinują się w kości lub między kośćmi.

Tragiczny wypadek z rysiczką Agatką powierzoną nam – mnie i Lechowi Wilczkowi – na wychowanie (oględziny nieżywego zwierzęcia przez przedstawicieli właściciela, czyli TVP, są udokumentowane protokołem) dowodzi, jak delikatnym zwierzęciem jest ryś. Dębowe, mokre polano, które spadło z niewielkiej wysokości, pozbawiło życia 13,5-kilogramowe zwierzę”.

Adam Wajrak: „Nie wiem, dlaczego Pani Docent tak bardzo zależy na tym, abym wkładał rękę w pułapkę, której używano bardzo krótko i od półtora roku się jej nie stosuje. Pomimo to chętnie służę ręką, pod warunkiem że będę miał tak grubą i mocną skórę jak wilk i kość tej samej grubości”.

Co czas pokazał red. Skibińskiej i jak mu nie było wstyd

Że skórę ma grubą, to Wajrak udowodnił, śmiejąc się z podkulonej nogi rysia i zarzucając Kossak, oczywiście nie wprost, zabicie oswojonej rysiczki. Podkulanie nogi to nie słanianie się na nogach po wybudzeniu tylko oznaka kulawizny, a że rysiczka zginęła od polana upuszczonego przez Lecha Wilczka i że był to jeden z największych dramatów w życiu Kossak to dziś już wiadomo. Nie wiadomo natomiast, czy Wajrak przeprosił panią profesor za chamską insynuację.

Stosunkowo łatwo odnaleźć zdjęcia potrzasku filmy Rancher’s Supply INC z lat 90, ale bez kolców czy zębów. Zdaniem przeciwników potrzasków, w tym Simony Kossak, kolce te przyczyniały się do większych cierpień zwierząt, zdaniem zwolenników, cierpienia te zmniejszały. W filmie „Simona”, który można obejrzeć online za 11 złotych, wypowiada się strażnik biorący udział i w ratowaniu kolegi z potrzasku, i w poszukiwaniach wilka z pułapką na nodze. Inaczej niż Wajrak mówi, że „krwi było pełno”. Potwierdza, że szczęki zaciskały się z ogromną siłą (dwóch mężczyzn nie było w stanie zdjąć potrzasku z nogi trzeciego). Pokazuje też na własnych dłoniach, rozcapierzając palce, że kolce zatrzaskującej się pułapki nie zachodziły na siebie, ale zderzały się ze sobą. Prawdopodobnie dzięki temu między kolcami powstawała szczelina, wg Kossak mająca około 8 mm szerokości. Jeśli dobrze rozumiem, także wyjaśnienia Wajraka i Okarmy z 1994 r., miało to powodować unieruchomienie zwierzęcia bez zranienia go lub ze zranieniem „w niewielkim stopniu” (kiedy kolec trafiał w środek nogi?). [Ostatecznie zdjęcie potrzasku stosowanego przez badaczy w Puszczy Białowieskiej znalazłem w książce Lecha Wilczka – J.P., maj 2026].

Doguglowałem się informacji, że w połowie lat 90. w niektórych rejonach USA, m. in. w całej Arizonie, potrzaski takie, ale bez kolców, zostały zakazane jak zadające zwierzętom zbędne przedśmiertne cierpienia. Niekiedy dopuszczano ich stosowanie pod warunkiem jednoczesnego zastosowania przynęty z aplikatorem uspokajającego diazepamu. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, że jako zranienia najczęściej notowane przy stosowaniu potrzasków wymienione były złamane zęby oraz pokaleczone nosy i wargi. Oznacza to, że zwierzęta raniły się, próbując uwolnić się z pułapki, czemu też miało zapobiec stosowanie diazepamu.

Krwawił wilk uciekający z potrzaskiem czy nie krwawił, 40% czy 5% wilków potrzaski raniły, nie da się zaprzeczyć, że zwierzęta cierpiały wskutek ich stosowania i twierdząc, że „nie są niebezpieczne dla chwytanych zwierząt” prof. Jędrzejewski mówi nieprawdę. I zaprzecza sam sobie, bo w 2003 r. powiedział „Dzikiemu Życiu”: „Informacje zdobywane metodą telemetrii są tak istotne, iż badania te należy prowadzić nawet wtedy, gdy istnieje ryzyko śmierci pojedynczych osobników”.

Starannie omijaną przez Skibińską istotę sporu z lat 90. wskazał miłośnik potrzasków Henryk Okraska. We wzmiankowanej „Simonie” powiedział nieśmiało i z widocznymi oporami: „Simona miała ogromną empatię w stosunku do zwierząt. Myśmy byli młodsi, z tej nowej fali, byliśmy też zafascynowani tymi najnowszymi technologiami. Ten konflikt był na bazie tego, że dzikie zwierzę należało złapać. (…) Wiadomo, że kwestia interpretacyjna jest taka, czy zatrzymanie dzikiego zwierzęcia, odłowienie go po to, żeby je uśpić i oznakować obrożą, (…) czy to jest rzecz dopuszczalna z etycznego punktu widzenia”.

Ale zapomnijmy na chwilę o wszystkich dopowiedzeniach i uściśleniach, o które nie pokusiła się autorka artykułu w OKO.press. Podsumujmy, jak wyglądała postawa Kossak wobec badań telemetrycznych z wykorzystaniem potrzasków w wizji roztoczonej przed czytelnikami przez Skibińską. Pora wszak pierwszy raz odpowiedzieć: „Broniła zwierząt czy im szkodziła?”

Szkodziła. Naukowcy prowadzili badania telemetryczne niezbędne dla poznania „biologii” i liczebności zwierząt, zasięgu ich terytoriów itp. Z powodów nieustalonych, ale prawdopodobnie z zazdrości, Kossak, też naukowczyni, ale nie tak udana jak Kowalczyk i inni, badania te krytykowała i torpedowała. Zarówno „Rada uznała”, jak i „czas pokazał”, że protesty jej były „bezzasadne”. Jeśli o czas chodzi, to był to ten sam czas, który pokazał, jak bardzo potrzebne było rybakom z Kolumbii Brytyjskiej topienie ludzi w Dachau. Tym razem „czas pokazał”, że badania telemetryczne pomogły wytyczyć przejścia pod autostradami, zatem bezpośrednio przyczyniły się do ocalenia życia wielu kierowców, którzy w przeciwnym razie ginęliby w „kolizjach” ze zwierzętami. A Kossak telemetrię krytykowała.

O wiele więcej dowiemy się z elukubracji Skibińskiej, jeśli zwrócimy uwagę nie na to, o co pyta, ale o co nie pyta i dlaczego nie pyta. Pamiętacie, jak nie spytała, dlaczego naukowcy byli tak wspaniałomyślni, że ustąpili przed napastliwą Kossak i zrezygnowali z potrzasków, chociaż nie musieli? Lubująca się w uświadamianiu czytelnika, co „czas pokazał”, Skibińska w ogóle nie informuje, co „czas pokazał” w tym przypadku. Czas pokazał, kto miał rację, bardzo szybko, bo 10 stycznia 1997 r. Do ustawy prawo łowieckie dopisano wówczas poprawkę do dziś w niej widniejącą, zabraniającą używania potrzasków: „do celów naukowych dozwolone jest łowienie zwierzyny żywej wyłącznie w sieci i nie raniące pułapki, w tym pułapki nie chwytające za kończynę”. Jędrzejewski, Wajrak, Kowalczyk i wszyscy broniący w 2026 r. potrzasków dobrowolnie ustawiają się w szeregu obrońców zwierząt 29 lat z tyłu za kłusownikami i z każdym rokiem dystans ten rośnie.

Red. Skibińska przekracza granicę

Wszechstronna analiza osobowości Kossak przeprowadzona przez Skibińską pomoże nam też ustalić, czy ma rację Wajrak, kiedy prawi, że „zwyczajnie nie była dobrą naukowczynią”. Skibińska załatwia sprawę w dwóch zdaniach, jednym swoim i jednym Kowalczyka, po czym zmienia temat.

Choć jej dorobek naukowy obejmuje ogółem ponad 140 oryginalnych opracowań, naukowcy ostrożnie podchodzą do jej naukowych osiągnięć. Zdaniem prof. Rafała Kowalczyka wśród tych opracowań jest niewiele prac opublikowanych w czasopismach naukowych o światowym zasięgu i dziś ten dorobek nie wystarczyłby nawet na uzyskanie stopnia doktora habilitowanego, nie wspominając o profesurze.

Nie była też Simona Kossak jedyną badaczką w męskim gronie.

– W białowieskim środowisku było i jest kilka wybitnych naukowczyń, jak nieżyjąca prof. Krystyna Falińska – botaniczka, wieloletnia badaczka Puszczy Białowieskiej, która karierę naukową rozpoczynała pod koniec lat 60., prof. Małgorzata Krasińska, wybitna badaczka żubrów, od lat 1950. związana z Instytutem Biologii Ssaków PAN w Białowieży, czy prof. Elżbieta Malzahn, od lat 1960. prowadząca badania w Puszczy Białowieskiej – podaje Rafał Kowalczyk. – Prof. Bogumiła Jędrzejewska, wybitna badaczka ekologii ssaków drapieżnych i kopytnych oraz historii przyrodniczej Puszczy Białowieskiej, od lat 1980. związana z Instytutem Biologii Ssaków PAN, jest klasyfikowana przez portal research.com na pierwszym miejscu wśród polskich badaczy w dziedzinie badań nad ekologią i ewolucją – dodaje naukowiec.

Elegancję, której świadectwem jest gdybnięcie prof. Kowalczyka, co by było z tytułami naukowymi Kossak gdyby wczoraj było dziś, zostawiam do oceny innym arbitrom. Polemika z argumentem, że była jedyną badaczką w męskim gronie, przeprowadzona jest mistrzowsko i ma tylko jeden feler: nie wiemy, z kim prof. Kowalczyk polemizuje. Odnieśliście może wrażenie, że polemizuje z samą Kossak? Zajrzyjmy zatem za grób; jest Pani tam jeszcze, Pani Profesor? Uważa się Pani za jedyną badaczką w męskim gronie albo uważa Pani przynajmniej, że proporcje płci w środowisku naukowym są zakłócone?

  „Proporcje są wyrównane, z tym, że faktycznie mniej kobiet dochodzi na przykład do tytułów naukowych. Sądząc po sobie, przyczyną tego jest głównie indywidualny wybór i predyspozycje wynikające z różnic biologicznych między płciami (zresztą bardzo sympatycznych i potrzebnych różnic)”.

  Rozumiecie? Simona Kossak zauważała, że kobietom trudniej jest robić karierę naukową niż mężczyznom, ale akceptowała ten stan jako naturalny i jeśli w ogóle kogoś za niego winiła, to nie mężczyzn, ale siebie samą i swoją płeć. Tymczasem Kowalczyk i Skibińska starają się wywrzeć wrażenie, że się na swój los upierdliwie skarżyła.

  Jeśli zamierzają udawać, że nie zwalczają pośmiertnie Kossak, ale jej „legendę”, powinni wskazać, kto i gdzie tę legendę tworzy. Summa summarum w kwestii ilości naukowczyń nie można jednakże zarzucić im „twardego” kłamstwa. To Prawda, że Kossak nie była jedyną badaczką, ponieważ badaczek takich w okresie od lat 50. do dzisiaj było aż cztery, Kowalczyk skwapliwie je wyliczył. Podnieść także należy, że ten wspaniały parytet ulega ciągłej poprawie. Dowodzi tego klasyfikacja portalu research.com, na którą prof. Kowalczyk się powołuje. Wśród 33 klasyfikowanych tam polskich ekologów jest zaledwie 29 mężczyzn, kobiety zaś są aż cztery, czyli w jednym zaledwie roku mamy ich tam tyle samo, ile w całym poprzednim siedemdziesięcioleciu.

Zaraz lecę po szampana, aby go wypić za zdrowie pań, ale jeszcze nie mogę się oderwać od rozdziałów dzieła Skibińskiej opatrzonych śródtytułami: „Krytykowała łowiectwo, ale decydowała o zabijaniu zwierząt” i „Koziołek przeszkadzał w badaniach”.

„Rozpatrując polowania od strony etycznej, uważam, że zabijanie zwierząt wyłącznie dla rozrywki było i jest niegodne człowieka cywilizowanego. (…) Człowiek subtelny, czujący przyrodę i z nią współczujący, nie zniesie widoku polowania” – powiedziała Simona Kossak.

Słowa były bardzo mocne i do dziś przy różnych okazjach przytaczają je przeciwnicy łowiectwa. Ale jak te słowa miały się do czynów?

Simona Kossak nie polowała, choć miała do tego uprawnienia. To, że nie szła ze strzelbą na dzikie zwierzęta, nie oznacza, że nie miała wpływu na to, ile ich ginęło od myśliwskich kul. Jednym z obowiązków zawodowych Simony Kossak było opracowywanie corocznych raportów dla Lasów Państwowych z informacją, ile zwierząt można wybić. Plany łowieckie przez nią rekomendowane nie były dla zwierząt kopytnych oszczędne. Np. w czasopiśmie „Sylwan” nr 8 z 1995 r. postulowała zwiększenie odstrzału jeleni i saren. (…)

– Simona była słodką panią od zwierzątek, ale tych we własnym domu – ocenia prof. Elżbieta Malzahn w podcaście swojej córki, Miłki Malzahn. Obie znały Simonę Kossak, a prof. Malzahn współpracowała z nią i miały bliskie relacje.

Inaczej widziała swoją ciotkę Joanna Kossak, która podkreśla, że Simona nigdy nie zabiła zwierzęcia, nawet na studiach odmówiła wykonania wiwisekcji na żabach i myszach. Uprawnienia myśliwskie musiała zdobyć, żeby móc prowadzić badania na zwierzętach w Instytucie Badawczym Leśnictwa.

– Po ojcu miała starą strzelbę, zamkniętą na kłódkę w stalowej szafce. Kiedyś jest taka sytuacja, latem na podwórku pojawia się wściekły jenot w ostatnim stadium choroby, praktycznie się wywraca. Wybucha Armagedon – jeśli by stwierdzono wściekliznę na Dziedzince, to wszystkie zwierzęta musiałyby zostać zabite. I Lech się drze do Simony, żeby natychmiast przyniosła strzelbę, że trzeba go zastrzelić. I co robi Simona? Simona mówi, że ona nie będzie strzelać do żadnego zwierzęcia, w ogóle nie ma takiej opcji. Na to Lechu mówi, żeby jemu dała strzelbę, a Simona, że nie, bo to jest wbrew przepisom, była niesamowitą formalistką — wspomina Joanna.

– Na szczęście na Dziedzince byli też chłopcy z Technikum Leśnego, którzy dorabiali sobie, pomagając Lechowi w różnych pracach. I chłopaki, razem z Lechem, zaciukali szpadlami biednego jenota. I na tych łopatach, żeby go nie dotykać, zanieśli do ogniska i spalili razem z tymi łopatami – mówi siostrzenica Simony.

Tragiczne były losy rysiczki, z którą mieszkanka Dziedzinki miała piękne zdjęcia.

– Krążyła plotka, że Simona zabiła rysia. (…) Co się okazało? Lech poszedł po drewno, Agatka brykała dookoła niego. I gdy Lechu z naręczem polan wchodził do domu, Agatka mu się gdzieś zaplątała pod nogi. Upuścił na nią polana. Agatka zniknęła. Lech zebrał polana i znalazł ją w pokoju obok, martwą – opowiada Joanna Kossak. (…)

Zdarzyło się raz, że Simona Kossak, mimo że własnymi rękami nie zabiła zwierzęcia, to zdecydowała o jego zastrzeleniu. Miało to miejsce wtedy, gdy prowadziła badania nad sarnami żyjącymi w zagrodzie. Jak opowiadała Miłka Malzahn w swoim podcaście, w stadzie był koziołek, który bronił stada, utrudniając badaczce pracę. Simona z bólem serca poprosiła tatę Miłki o odstrzelenie koziołka.

Fakt ten potwierdza Joanna Kossak, tylko zamiast o koziołku, mówi o jeleniu, który wskoczył do zagrody z sarnami i chcąc się z niej wydostać, zaczął rozwalać siatkę ogrodzeniową. Nie było możliwości wypłoszenia go na zewnątrz bez równoczesnego płoszenia saren, które w panice mogłyby porozbijać się o ogrodzenie.

Kurczę. Nie mam jeszcze szampana, a w tych właśnie akapitach red. Skibińska, nie bacząc na liczne pułapki, jakie sama na siebie zastawiła, przekroczyła granicę między paradziennikarstwem a patodziennikarstwem.

Spróbujmy znowu przeczytać ze zrozumieniem. Kossak żarliwie krytykowała polowania. Ale jak te słowa miały się do czynów? Niestety, czyny były zaprzeczeniem słów. Tak naprawdę Kossak była gorsza od myśliwych. Mordowała zwierzęta ich rękami, sama nie brała udziału w polowaniach, żeby ukryć swą prawdziwą twarz. W tajnych raportach nakazywała jednak zabijać zwierząt więcej i więcej, wszak jej plany „nie były dla zwierząt kopytnych oszczędne”. Krytykowała łowiectwo, ale decydowała o zabijaniu zwierząt. Owszem, była słodką panią od zwierzątek, ale we własnym domu. Kim była poza domem, Skibińska nie mówi, ale skoro słodka dla zwierząt była tylko w domu, no to gdzie indziej nie mogła być słodka, to logiczne.

Żeby nie dać się Skibińskiej zmanipulować, trzeba odwalić kawał roboty. Od nowa przeczytać książki Kossak, obejrzeć filmy dokumentalne o niej, wykupić dostęp do archiwów prasowych i przeszukać je, przedrzeć się przez pisane nudnym żargonem naukowców fachowe dzieła. Żeby poznać kontekst, z jakiego zostało wyrwane zdanie o słodkiej pani od zwierzątek oraz dalszy ciąg, trzeba odnaleźć to zdanie w aż ośmiu odcinkach podcastu Miłki Malzahn pod wspólnym tytułem „Cała prawda o Simonie Kossak”.

 Zrobiłem i to. Elżbieta Malzahn, jedna z aż czterech badaczek, od których roiło się w polskich naukach przyrodniczych tamtych lat, była z Simoną Kossak naprawdę blisko, dziś nie ukrywa ani jej zalet, ani wad. Wypowiedź o słodkiej pani od zwierzątek „w domu” znajduje swą kontynuację w rozważaniach o docent Kossak typującej liczbę zwierząt do zastrzelenia „w pracy”. Malzahn wyjaśnia to następująco. Kossak darzyła ogromną Miłością i zwierzęta, i puszczę. Bardziej namiętnie niż zwierząt przez zabijaniem broniła tylko drzew przed wycinaniem (Skibińska nie mogła o tym napisać, bo kłóciłoby się to z tezą Skibińskiej-Kowalczyka, że Kossak puszczy tak nienawidziła, że uniemożliwiła objęcie jej całej parkiem narodowym). W czasach, o których mówimy, Kossak brała udział w badaniach populacji zwierząt w puszczy, pośrednio także w badaniach wpływu tych zwierząt na roślinność. Potwierdzam: zajrzałem do wskazanego przez Skibińską periodyku „Sylwan” i Kossak pisze o tych badaniach jako pierwszej od lat próbie solidnego przeliczenia zwierząt w Puszczy Białowieskiej. Wcześniej czyniono pobieżne szacunki, teraz zrobiono to za pomocą szeroko zakrojonych tzw. pędzeń próbnych, podczas których zwierzęta starannie liczono. Nie były to pędzenia jednoosobowe prowadzone przez Kossak, brali w nich udział leśnicy, myśliwi, nauczyciele i uczniowie technikum leśnego, toteż Kossak, nawet gdyby chciała, nie mogła sfałszować wyników takiego liczenia. Liczono m. in. dziki, łosie, sarny i jelenie, czyli zwierzęta roślinożerne i roślinodeptne. Na tej podstawie określano, czy i ile zwierząt danego gatunku trzeba zastrzelić, żeby nie naruszyć równowagi biologicznej. „Jedne gatunki przez swą liczebność mogą stanowić zagrożenie dla funkcjonowania ekosystemów, inne są nieliczne. Stąd ważne jest, aby również i gospodarka łowiecka uwzględniała wymóg zachowania lub odtworzenia bioróżnorodnosci ekosyste­mów leśnych” – pisała we wstępie do inkryminowanego artykułu „Liczebność zwierzyny w Puszczy Białowieskiej i proponowane sposoby prowadzenia gospodarki łowieckiej” nienawidząca łowiectwa ale kochająca puszczę Simona Kossak. “Zagęszczenie” zwierząt nie stanowiące zagrożenia dla ekosystemu nie zależało od widzimisię Kossak, ale wynikało z przyjętych przez zespół naukowy założeń. To z tego powodu nie mogła być w pracy słodką panią od zwierzątek, ale musiała na zimno skalkulować liczbę zwierząt skazanych na śmierć. Chociaż… Może i tu dopuszczała do głosu serce? Skibińska nie mówi Prawdy, kiedy twierdzi, że jej plany nie były dla zwierząt oszczędne.

W artykule, na który Skibińska się powołuje, Kossak podaje, że w latach 1991-1993 zastrzelono w Puszczy odpowiednio 738, 729 i 731 jeleni. W roku 1994 wskutek niewłaściwego oszacowania liczby jeleni zastrzelono ich „tylko” 529. Równowaga została zakłócona i, jak pisze Kossak, „przy najbardziej radykalnym wariancie do marca 1996 r. należałoby usunąć 1300-1500 jeleni. Jest to niemożliwe do wykonania, tak z powodów przyrodniczych jak i praktycznych. Realna liczba jeleni możliwych do usunięcia w jednym sezonie łowieckim wynosi około 500-700 sztuk. W 1995/96 r. pogłowie jeleni nie zostanie więc obniżone”.

Zrozumieliście te proste myśli, z których geniusz Skibińskiej był zdolny ustawić intelektualne zasieki niemal nie do pokonania? Napisała: „Jednym z obowiązków zawodowych Simony Kossak było opracowywanie corocznych raportów dla Lasów Państwowych z informacją, ile zwierząt można wybić. Plany łowieckie przez nią rekomendowane nie były dla zwierząt kopytnych oszczędne. Np. w czasopiśmie Sylwan nr 8 z 1995 r. postulowała zwiększenie odstrzału jeleni i saren”. Wymowa jest jasna, skrót myślowy czytelny. Co roku Kossak rekomendowała zwiększanie odstrzału, a Skibińska, żeby nie być gołosłowną wskazuje jeden tylko dowód tej antyzwierzęcej działalności, ale domyślamy się, że za pazuchą ma jeszcze dwadzieścia takich nakazów zbiorowej egzekucji podpisanych przez Kossak. I rzeczywiście, jeśli czytać ten numer nieuważnie, widać tu czarno na białym, że Kossak przyznaje, że jeleni jest za dużo i domaga się, żeby z 529 zabitych sztuk w poprzednim roku podnieść ich liczbę do ok. 700. Ani mru-mru, że jest to tylko powrót do wcześniejszej liczby skazanych na zastrzelenie jeleni: w każdym z trzech wcześniejszych lat przed rokiem z 529 upolowanymi jeleniami ich liczba zawsze oscylowała wokół 730. Ani mru-mru o tym, że z niezależnych od Kossak wyliczeń wynikało, że powinno się zabić jeleni dwa razy więcej. Ani mru-mru, że w tym samym artykule Kossak rekomendowała całkowite zaniechanie polowań na łosie i na dziki powyżej trzeciego roku życia. Ani mru-mru o tym, co wynika z innych „corocznych raportów” Kossak, w których – powołując się na długą i ciężką zimę oraz trudne do oszacowania w liczbach, ale “nasilone” kłusownictwo – obniżyła limity zwierząt do odstrzału nawet kilkunastokrotnie! Dane liczbowe pokażę poniżej, żeby nie pokazywać dwa razy, bo będę na nich uczył matematyki Adama Wajraka. Teraz pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że o ile w przypadku jeleni Skibińska próbuje być sprytna, o tyle w przypadku saren kłamie w żywe oczy. Cytuję dosłownie, w jaki sposób w czasopiśmie Sylwan nr 8 z 1995 r. Kossak postuluje „zwiększenie odstrzału saren” (info dla nienaukowców: tylda ~ oznacza wartość zbliżoną):

Z wyjątkiem dwóch obwodów należą­cych do Nadleśnictwa Browsk, zagęszczenie sarn w Puszczy Białowieskiej jest zdecydo­wanie za małe, zwłaszcza zaś stwierdzone w Nadl. Białowieża – 12/1000 ha (zagęszczenie zalecane dla najsłabszych siedlisk leśnych). Nadleśnictwa mają różną powierzchnię. Stąd przeliczanie wyników pędzenia próbnego na obszar całej puszczy fałszuje dane – podwy­ższa zagęszczenie sarn (do 33/1000 ha) w nadleśnictwie, w którym jest ono prawie trzykrotnie mniejsze. Dostosowywanie odstrzału do tak otrzymanej wartości owocuje nadmierną eksploatacją sarn w rejonach, w których są nieliczne. (…) Sarna w litych, starych drzewostanach oddalonych od terenów polno-leśnych występuje nielicznie. Tereny te są równocześnie głównym areałem łowieckim rysi i wilków. Bytujące tu sarny są ich całorocznym pokarmem. Należy więc dążyć do tego, by liczba sarn w głębi puszczy wysycała naturalne możliwości siedliska i nie była poddana presji łowiectwa. (…)

Propozycja gospodarowania populacją sarn w 1995/1996 roku. Nadleśnictwo Białowieża: wstrzymanie pozyskania sarn. Nadleśnictwo Hajnówka: do odstrzału przeznaczyć nie więcej niż ok. 100 sztuk (rozmiar ~ do ubiegłorocznego). Nadleśnictwo Browsk: pozyskanie ok. 200 sztuk (analogicznie do roku ubiegłego). Łącznie w całej Puszczy Białowieskiej pozyskanie sarn wyniesie 300 sztuk [w poprzednim roku było 388 – J.P.].

Wszystkie te przekłamania mają miejsce w artykule, którego autorka na wstępie zapowiadała, że będzie sprawdzała, „na ile informacje o Simonie Kossak są prawdziwe”.

Red. Skibińska pokazuje nam zawiłości podejścia do zwierząt od nawietrznej

Jak Skibińska postrzega stworzony przez siebie wzorzec nierzetelności i manipulacji? „Mimo że bardzo podziwiam Simonę Kossak, odważyłam się napisać tekst, w którym krytycznie przyjrzałam się jej mitowi”.

To na swoim Fb. W autokomentarzu dodała jeszcze: „W reakcjach na tekst o Simonie zaskoczyło mnie tylko to, że jej wielbiciele, którzy uważają, że napisałam paszkwil, zwrócili uwagę tylko na konflikt między naukowcami, a nie na opiniowanie planów łowieckich czy historię z jenotem czy jeleniem, które pokazują zawiłości podejścia SK do zwierząt”.

Pani redaktor, nie zaliczam się do wielbicieli Simony Kossak, ale na profilu prof. Żmihorskiego nazwałem Pani odważny, krytyczny esej chybionym paszkwilem. Skoro nie ma innych chętnych, spełniam Pani życzenie i zwracam uwagę na „opiniowanie planów łowieckich” oraz „historię z jenotem i jeleniem”. W tej pierwszej kwestii Pani paszkwil stanowi wielopiętrowe kłamstwo, co wykazałem powyżej. We fragmentach dotyczących przypadków jenota i jelenia Pani paszkwil jest odrażającym, nie liczącym się z najpiękniejszymi znanymi ludzkości uczuciami, donosem na niewinną, nie żyjącą i nie mogącą się bronić osobę. W obu tych historiach mamy do czynienia z rzadką sytuacją, w której człowiek nie wybiera między dobrem a złem, ale między większym a mniejszym złem, zmuszony jest zabić. I w obu przypadkach człowiekiem tym jest wyjątkowo unikająca zabijania zwierząt Simona Kossak. Była zbyt mądra, żeby nie rozumieć, że trzeba zabić jedno zwierzę dla uchronienia innych przed wścieklizną lub stratowaniem. Ale była też zbyt wrażliwa i delikatna, być może też zbyt słaba, żeby zabić samej. I w obu przypadkach stawia jej Pani, choć będzie się Pani tego wypierać, podwójny zarzut. Zarzuca jej pani, że nie zabiła jenota, przez co skazała go na gorszą śmierć pod szpadlami, i zarzuca jej pani, że zabiła jelenia, i to wyjątkowo podle, bo nie własnymi rękami.

Wiem, wiem, ależ skąd, ależ jakże tak, podziwiałam Simonę Kossak, niczego jej nie zarzucam, ja tylko pochyliłam się nad jej zawiłościami i te sarny mi się trochę źle policzyły… Simona Kossak kochała zwierzęta i nie potrafiła zabić kogoś/czegoś, kogo/co kochała. Jeśli to dla Pani zawiłość, niech się Pani pochyli nad zawiłościami własnymi. Gotowa? No to proszę sobie wyobrazić, że Kossak zastrzeliła wtedy tamtego jenota, a Pani pisze dziś swój paszkwil w dziurawych rękawiczkach. Napisałaby Pani: „Wtedy Simona Kossak pierwszy raz w życiu wzniosła się ponad swoje ograniczenia i dla dobra pozostałych zwierząt i ludzi, mimo potwornego bólu, jaki sobie tym zadawała, zastrzeliła chorego na wściekliznę jenota”? Czy: „Zdarzyło się raz, że Simona Kossak własnymi rękami zabiła zwierzę. Odbyło się to w ścisłej tajemnicy. Dopiero teraz, po pięćdziesięciu latach ja w swoim obiektywnym artykule to zdradzam”?

Naciąga Pani większość swoich argumentów jak majtki lalki na tyłek słonia i tylko do siebie może Pani mieć pretensje, że widzimy rażącą niezgodność między rozmiarem majtek a wymiarami bioder. W finale swojego dzieła stara się Pani sprawić wrażenie, że Joanna Kossak zdradza Pani wielką tajemnicę Simony Kossak, a nie pamięta Pani, że wcześniej napisała, że ona ją tylko potwierdza. Skoro ex-przyjaciółka Simony Kossak zdradziła jej tajemnicę, to Joanna Kossak, jedna z niewielu albo jedyna nie potrafiąca kłamać postać w Pani quasi reportażu, musiała to potwierdzić.

Adam Wajrak patrzy na liczby 25 i 429 i próbuje zgadnąć, która jest większa

Zapraszam teraz na dzielenie skóry na niedźwiedziu na fejsbukowej polance. Profil Reginy Skibińskiej:

Mirella Wiśniewska: Wiadomo od lat, że jej działania były kontrowersyjne. Po latach David Attenborough przyznał się do nieetycznych działań, Jacques-Yves Cousteau też nie był kryształowy.

Adam Wajrak: Bardzo rzetelny tekst. Znałem Simonę, nawet trochę się przyjaźniliśmy pod koniec jej życia. Mit, który funkcjonuje jest piękny, ale ma mało wspólnego z prawdą i rzeczywistością.

Robert Jurszo: Dobry, wyważony tekst. Nie pojmowałem tego kultu Simony Kossak, podobnie jak kultu Korbela, ale może ludzie mają jakąś psychologiczną potrzebę stawiania sobie idoli. (…) A potem czują się nimi rozczarowani. Rozczarowani to powinni być, ale swoim niedojrzałym podejściem.

Tomasz Kudlewski: A czemu strzał z broni usypiającej mógł być niebezpieczny dla zwierząt? Wydaje się, że to idealne rozwiązanie.

Adam Wajrak: Jest bardzo wiele powodów. (…) Strzał do ruchomego celu nie jest łatwy, do tego wilk lub ryś nie jest tak duży jak niedźwiedź, co utrudnia sprawę. (…) Łatwo mogę sobie wyobrazić, szczególnie w latach 90. tu w puszczy, że trafiony wilk usypia w jakieś nawet nie głębokiej wodzie i jest po nim.

Regina Skibińska do Adama Wajraka: Chciałam solidnie napisać, bo z jednej strony podziwiam Simonę, ale z drugiej mam poczucie, że za pracownikami IBS ciągnie się krzywdząca opinia, no i SK jest coraz bardziej idealizowana.

Adam Wajrak do Reginy Skibińskiej: Ja ją znałem, widziałem te akcje które wyprawiała. Brałem udział w tropieniu tego wilka co mu niby potrzask urwał łapę. Wszystko było dęte.

Wojciech Seńków do Adama Wajraka: A pamiętasz kto podpisał się pod wnioskiem do Ministerstwa Środowiska o zabicie 90 łosi, w tym ciężarnych łosz? Przypadkiem nie szanowni naukowcy mocno utytułowani z Uniwersytetu w Białymstoku oraz Instytutu Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk (PAN) w Białowieży? No więc nie wiem czy Simona, widząc metody tych panów, nie działała słusznie. Tak jak łosie można było spokojnie badać przy użyciu zupełnie nieinwazyjnych metod, tak pewnie inne „naukowe” metody mogły być wykonywane humanitarnie.

Adam Wajrak do Wojciecha Seńkowa: Ale co to ma do rzeczy. Simona jaką znasz to wytwór wyobraźni. Ona żyrowała odstrzały w Puszczy przy których te łosie to pikuś. Omal nie doprowadziła do uwalenia badań, które pomogły ochronić wilka w Polsce. W telemetrię waliła z czystej zazdrości, bo zwyczajnie nie była dobrą naukowczynią (ok, popularyzowała przyrodę i robiła to z wielkimi emocjami, ale też z błędami). Wreszcie nigdy nie była spoza układu tylko była jego częścią. Jak myślisz kto mógł sobie zamieszkać za komuny w przedwojennej leśniczówce w Białowieskim Parku Narodowym? [Fuj – J.P.] Buntowniczka? Wreszcie nigdy nie wsparła idei powiększenia parku na całą Puszczę.

Wojciech Seńków do Adama Wajraka: Adam, odnosiłem się nie do samej Simony, bo jej nie znałem (…), ale do metod badawczych „naukowców” (…). A tak na marginesie, naprawdę wierzysz, że można pułapkę traperską tak zmodyfikować by nie robiła krzywdy złapanemu wilkowi? Zresztą, wkrótce po opisywanych wydarzeniach pułapki zostały zakazane w Unii Europejskiej (styczeń 1995) i za chwilę u nas, więc ich szkodliwość była omawiana znacznie wcześniej i naukowcy powinni zdawać sobie z tego sprawę.

Na ostatnie pytanie Adam Wajrak nie odpowiedział. Ucztowanie na polanie musimy tu na chwilę przerwać, bo musimy sprostować nieprawdę wygłoszoną przez Adama Wajraka.

Simona Kossak wielokrotnie „wspierała ideę” objęcia parkiem narodowym całej Puszczy. Ale Wajrak nie tylko jej wypowiedzi nie zna. Nie pamięta też własnych słów. W 2013 r. powiedział Januszowi Korbelowi: „Mam nadzieję, że dożyjemy chwili, kiedy cała [puszcza] będzie w końcu parkiem narodowym. Bardzo dużo udało się jednak osiągnąć przez ostatnie 20 lat! Więcej niż udało się wielkim przyrodnikom, na których się powołujemy, takim jak Szafer, Karpiński czy też znanym profesorom białowieskim jak Zdzisław Pucek, Janusz Faliński czy Simona Kossak, choć bez nich i idei jaką zarazili następne pokolenia nie byłoby dzisiejszych sukcesów”.

Jaką krzywdę wyrządziła Wajrakowi między 2013 a 2026 r. zmarła w 2007 r. Simona Kossak, że z tej, która zaraziła go ideą stała się tą, która idei nigdy nie wsparła, to już chyba red. Skibińska będzie musiała ustalić. Ja próbowałem, ale mi się nie udało.

Adam Wajrak przez długie lata był mi wzorem i dziennikarza, i, z grubsza biorąc, ekologa. Kolokwialnie mówiąc, darzyłem go wielką sympatią i bez zaglądania mu w układy czy do chałupy w Teremiskach byłem przekonany, że to człowiek z gruntu uczciwy. Nie ściemniam, kilka miesięcy temu linkowałem np. jego romantyczne wspomnienia na Fb związane z rocznicą związku z Nurią Selvą Fernández. Teraz napisałem do niego na Messengerze. Ponieważ ocenił tekst Skibińskiej jako „bardzo rzetelny”, zapytałem, czy podziela pozostawioną przez Skibińską bez komentarza opinię prof. Jędrzejewskiego, że to Simona Kossak jest odpowiedzialna za to, że Puszcza Białowieska nie jest dziś w całości objęta parkiem narodowym.

Powtórzyłem to pytanie trzykrotnie, bo Wajrak wykręcał się od odpowiedzi, odwracał wilka ogonem i udawał głupiego. Tzn. potem się okazało, że nie udawał, ale na razie mniejsza o to. W końcu podziękowałem mu „za nieodpowiedź” i spytałem, czy mogę zacytować nasz nieudany dialog w artykule, nad którym pracuję. Dziennikarz, który od kilku dni na różnych forach szkalował Simonę Kossak, odpowiedział: „Nie, bo chyba nie chcę być łączony z Simoną Kossak w żaden sposób. I to jedyne co może Pan zacytować”.

Głos zza grobu: „– Jest coraz dojrzalszy, zajmuje się coraz poważniejszymi sprawami – chwali Adama prof. Simona Kossak, przewodnicząca Rady Naukowej Białowieskiego Parku Narodowego”. To w tygodniku „Wprost” w 2005 r., po przyznaniu Wajrakowi tytułu Bohatera Europy przez „Time”.

Poprosiłem jeszcze Wajraka o pomoc w napisaniu artykułu poprzez wskazanie źródeł potwierdzających, że “waliła w telemetrię” i „żyrowała” ogromne odstrzały w puszczy, uprzedzając, że znam jej rekomendacje z lat 90. i wiem, że przyczyniła się do znacznego obniżenia odstrzałów. Ponieważ Adam Wajrak, mimo wezwań z mojej strony, do dnia 14 kwietnia 2026 r. nie sprostował nieprawdziwych informacji na temat śp. prof. Simony Kossak, jakie zamieścił na stronie internetowej https://www.facebook.com/regina.skibinska/posts/(…), ponieważ podawał nieprawdę w związku ze swoją działalnością publiczną, w ramach której wypowiada się jako znawca przyrody, ponieważ wykazał się gruntowną niewiedzą i ponieważ świadomie udzielał nieprawdziwych informacji do przygotowywanej przeze mnie publikacji, uznaję za swój obowiązek poinformowanie o tym opinii publicznej i ostrzeżenie jej. W tym m.in. celu cytuję poniżej naszą dalszą wymianę zdań.

Adam Wajrak zaskoczył mnie pdf-em z artykułem z „Sylwana”, tym samym, na który powoływała się Skibińska.

– Miłej lektury. Wtedy już dokonywano masakry zwierząt w Puszczy, a Simona postulowała dalszą.

– Ależ ja znam ten artykuł prawie na pamięć! Czytał go Pan? Kossak rekomenduje tam całkowite zaniechanie odstrzału łosi, zaniechanie odstrzału dzików od trzech lat wzwyż bez wskazań liczbowych, zmniejszenie odstrzału saren przy całkowitym zaniechaniu ich odstrzału w nadleśnictwie Białowieża i przywrócenie odstrzału jeleni do poziomu z lat poprzednich (ok. 700 zamiast bodaj 529 w roku poprzednim) zamiast odstrzału 1300-1500 proponowanego jako skutek naliczenia dużej ilości jeleni podczas pędzeń próbnych.

– To niech go Pan przeczyta z elementarnym zrozumieniem. Po pierwsze widać gwałtowny spadek u jelenia, który jest podstawowym gatunkiem roślinożercy dla Puszczy. Łoś to margines, sarna ma być strzelana dalej – to, że pisze, iż poza puszczą, pokazuje jak bardzo nie zna biologii sarny – one wędrują z Puszczy i do Puszczy, a sama Puszcza jest mała. Masakra trwa. Jędrzejewscy, bo to doskonale pamiętam, proponują aby wstrzymać polowania. Biją na alarm. A Kossak – nie „poproszę dalej walić tylko trochę mniej” – ale „dalsze zmniejszanie zagęszczenia ma być utrzymane”. Poza tym w tym artykule wyraźnie stoi kto ustala liczby do odstrzału: LP i Zakład Lasów Naturalnych IBL, czyli Simona.

– Ja Pana na razie nie obrażałem. Pan „doskonale pamięta” że Jędrzejewscy proponują powstrzymać polowania i uczy mnie Pan czytania z elementarnym zrozumieniem, a nie zauważa Pan, że w podesłanym przez Pana artykule jako źródło przewidywanej liczebności zwierząt a zatem i wskaźnik do wysokości odstrzałów Kossak wskazuje opracowanie pp. Jędrzejewskich. Przysłał mi Pan rekomendacje z jednego tylko roku, w kolejnych latach Kossak „postulowała dalszą masakrę” w ten sposób, że wskutek jej rekomendacji zastrzelono odpowiednio 130 i 210 jeleni, liczba zabitych saren spadła z 429 do 25 i 24 w kolejnych latach, dzików z 443 do 37 i 75, łosi z 1 do 0 i 0. Dlaczego nie podsunął mi Pan tych danych i czy w Pańskiej lekturze z elementarnym zrozumieniem 25 to więcej niż 429, czy mniej?

– Nie mam takich intencji. Ale z tempa spadku w wyniku odstrzału wynika jasno, że proponowana liczba do odstrzału saren i jeleni powinna wynosić 0.

– Nie dowierzam jasności Pana widzenia i Pańskich wniosków. Sam wnioskuję, że gdyby Simona Kossak rekomendowała zastrzelenie jednego jelenia i ani jednej sarny, uznałby Pan to za „postulowanie dalszej masakry”. Dlaczego nie podsunął mi Pan tych danych świadczących o kilku- kilkunastokrotnym zmniejszeniu masakry dzięki Simonie Kossak/za podjudzeniem Simony Kossak, a tylko te dane z najgorszego dla zwierząt roku?

– … (brak odpowiedzi).

– Napisał mi Pan wcześniej: „Nie przypominam sobie aby choć raz powiedziała że cała puszcza ma być parkiem”, bardziej dobitnie powiedział Pan to na publicznym forum Fb („nigdy nie wsparła idei” lub podobnie). Informuję Pana, że prof. Simona Kossak wielokrotnie mówiła, że cała polska część Puszczy Białowieskiej powinna być parkiem narodowym. Na piśmie wyraziła to m. in. w 1998 r. następująco: „Uważam, że obowiązkiem Polaków jest natychmiastowe objęcie ochroną konserwatorską w postaci parku narodowego całej polskiej części Białowieskiej”. Zdanie to było wielokrotnie cytowane, m. in. po dziś dzień wisi na tak poczytnych stronach jak OKO.press czy Wysokie Obcasy. Zechce Pan przyznać się do nieprawdy i sprostować swoją wypowiedź na tamtym forum, nie pamiętam dokładnie gdzie? Zaznaczam, że wiem, iż Kossak była przeciwniczką tej idei mniej więcej w połowie lat 90., choć nie dotarłem do takiej jej wypowiedzi.

– … (brak odpowiedzi).

– Niezmiennie pracuję nad swoim elementarnym rozumieniem słowa pisanego. Przepraszam, jeśli jestem trochę upierdliwy, ale właściwie dlaczego rekomendacji mniej więcej dziesięciokrotnego zmniejszenia odstrzału nie można odczytać jako postulatu „poproszę dalej walić tylko trochę mniej”?

– Bo to się dzieje w momencie kiedy zwierząt już jest bardzo mało.

W tym miejscu dyskusji z Adamem Miłej Lektury Wajrakiem ręce mi opadły i już do niej nie wróciłem, nawet nie podziękowałem za poświęcony mi czas. On też nie odezwał się aż do chwili ukończenia przeze mnie niniejszego tekstu.

Nie wiem, czy wszystkie jego sformułowania rozumiecie właściwie. Z kwestią łosi rozprawił się w trzech słowach: „Łoś to margines”. A wiecie dlaczego łoś to margines? Bo właśnie łosi jest najmniej z omawianych zwierząt. W ukochanym przez Skibińską i Wajraka dowodzie zbrodni Simony Kossak, czyli pamiętnym numerze „Sylwana” Kossak pisze: „W całej Puszczy Białowieskiej bytuje zaledwie 10-15 osobników. Do czasu wyjaśnienia przyczyn tak małej liczebności łosi należy zrezygnować z pozyskania” – czyli postuluje całkowite zaniechanie polowań na łosie, których jest bardzo mało. A pamiętacie co parę dni wcześniej odpowiedział Wajrak Seńkowowi, kiedy mu tamten przypomniał wniosek Instytutu Biologii Ssaków Jędrzejewskich i Kowalczyka o zabicie 90 łosi, w tym ciężarnych łosz? „Ona żyrowała odstrzały w Puszczy przy których te łosie to pikuś”.

Dlaczego Adam Wajrak częściowo oniemiał podczas naszego dialogu, który zabronił mi cytować? Bo z jego własnych obliczeń wyszło mu, że 90 stosunkowo nielicznych łosi, w tym ciężarnych, to pikuś w porównaniu ze stosunkowo licznymi 25 sarnami.

Co by było gdyby mąż Elizy Kowalczyk jako naukowiec udawał barana w „Milczeniu owiec”

Dlaczego my, czytelnicy Simony Kossak, mamy się na życzenie Skibińskiej zastanawiać nad „zawiłościami” związanymi z jednym przypadkiem oszalałego jelenia, skoro głównym oszczercą Kossak jest jej zapiekły wróg i przyrodnik, który jest gotów skazywać na śmierć wilki, żeby je ochronić i w ogóle nie widzi niczego złego w zabijaniu zwierząt? Dlaczego, do puszczy nędzy, ona nie pyta Jędrzejewskiego o wilki, z których gehenną i śmiercią on się godzi, tylko truje nam dupę o jenota, którego i tak trzeba było zabić, ale Kossak było go strasznie żal? Bo u Kossak zwęszyła mroczną „tajemnicę”, a Jędrzejewski jawnie i jasno poleca swoją książkę „Sztuka tropienia zwierząt” m. in. „przyrodnikom, myśliwym i amatorom, których praca lub pasja wiąże się z obserwowaniem natury i którzy chcieliby posiąść umiejętność rozumienia otaczającego nas świata przyrody”? Jemu mamy wierzyć, że zachowywał „wszelkie zasady bezpieczeństwa, żeby nie zaszkodzić zwierzętom”, a jej się każemy spowiadać po śmierci z niezastrzelenia jenota? Ktoś tu coś z czymś pomylił.

Wróćmy do dzielenia skóry, na profil prof. Michała Żmihorskiego, od którego rzecz cała dla mnie się zaczęła. Dyskusja toczy się pod postem, w którym Żmihorski zachęcał do lektury artykułu Skibińskiej o prof. Kossak i z politowaniem uśmiechał się nad „bajkami” na temat Kossak.

Ewa Setny: Dzielna, niezwykła Pani.

Bartłomiej Janczarek: Raczej szkodliwy pojeb.

Anna Potocka: No ale dało się zmienić sposób odłowu? Dało. Nie sądzę, żeby Simona Kossak była przeciwna samym badaniom. A metody były kontrowersyjne. Mogę sobie też wyobrazić sposób rozmowy panów naukowców z tamtych czasów z kobietą, która postanowiła się im sprzeciwić. Zresztą protekcjonalizm widać również w Pana wpisie.

Aleks Korzeniowski: „Rysia albo wilka chwyta się we wnyk albo stalowy potrzask, a gdy szalejące na uwięzi zwierzę utraci resztkę sił (…)” itd. Jak dowiadujemy się z tekstu, tej metody już się nie stosuje. Dlaczego, skoro była bezpieczna i nie krzywdziła zwierząt?

Michał Żmihorski do Aleksa Korzeniowskiego: Myślę, że w tym opisie jest sporo prawdy – łapanie dzikich zwierząt zawsze jest dla nich ogromnym stresem. Z drugiej strony naukowcy robią wiele, by ten stres ograniczyć. Np. pułapki są wyposażone w detektory, by reagować maksymalnie szybko po złapaniu się zwierzęcia.

Jacek Podsiadło: Nad bajkami dotyczącymi Simony Kossak uśmiecha się Pan z politowaniem, a nad bajkami opowiadanymi przez prof. „Włodka” Jędrzejewskiego? Np. tej o pułapkach szczękowych: „Nie są niebezpieczne dla chwytanych zwierząt. Niestety, przy pierwszej próbie zdarzył się wypadek. Źle założyliśmy pułapkę i wilk uciekł z pułapką na nodze”. Widzi Pan jakąś sprzeczność logiczną w tej wypowiedzi czy nadal uważa ją Pan za mądrą?

Michał Żmihorski: Faktycznie trochę nielogiczne – chyba chodziło o to, że co do zasady te pułapki nie były niebezpieczne (gdyby były, jaki byłby sens ich używania?), ale wypadki jednak się zdarzały.

Mateusz Matysiak: Michale, (…) Simona dużo i prosto pisząc i fascynująco opowiadając w radio, z miłością i wielkim uznaniem przyrody, zarażała tym zachwytem innych, stając się świetnym rzecznikiem przyrody, zwłaszcza „praw zwierząt”. Walkę z kontrowersyjnym obrożowaniem rysi podjęła w wiadomych okolicznościach pojawiających się poważnych problemów z etyką, mając tu najlepsze intencje. Dobrze, że pojawił się Ktoś taki, kto przyglądał się temu „od środka”, bo dobrze wszyscy wiemy jak bywało.

Michał Żmihorski do Mateusza Matysiaka: Tak, popularyzacja jest ważna, ale tego chyba nikt nie kwestionuje? A co do roli Simony w ochronie – no cóż, tutaj się będziemy różnić.

Karol Zub: Simona była słabym naukowcem i niestety to też przekładało się na jej przekaz, bo poza emocjami, czasami było tam niewiele prawdy. (…) Lasy wykorzystały ją do szczucia na ludzi, którzy zagrażali ich interesom i szkoda, że dała się wykorzystać.

Marzanna Szkuta: Pracowałam w ZBS i IBS prawie 12 lat, miałam okazję zapoznać się z kulisami wielu sytuacji, a nawet z pismami procesowymi [pisanymi] na polecenie Włodka. Ani Włodek Jędrzejewski, ani prof. Pucek nigdy złego słowa nie wypowiedzieli w mojej obecności o Simonie, a rozmawialiśmy o niej czasem. Z profesorem Puckiem nawet często. Ale oni obaj mieli wielką klasę, której zabrakło po śmierci Profesora i odejściu Włodka z Instytutu. A fenomen Simony polega na tym, że potrafiła przewidywać i była ponad czasem. Dzisiaj tak modne hejterstwo ma krótkie nogi. A robienie sobie zasięgów mową nienawiści jest takie zwyczajne, powszechne i modne, tylko stylu brak… Takie publikacje i ich upowszechnianie świadczą wyłącznie o twórcach i upowszechniających.

Miłka O. Malzahn: Podcast o którym pani Regina wspomniała w tekście jest mój, a cytowane zdania wyrwane są z kontekstu po całości.

Jacek Podsiadło: Panie Profesorze, od sześciu dni pod Pana wpisem widnieje obrzydliwy, wulgarny komentarz Bartłomieja Janczarka pod adresem śp. prof. Simony Kossak. Dlaczego Pan go nie usuwa?

Michał Żmihorski: Nie mogę znaleźć, gdzie konkretnie?

Jacek Podsiadło: Był pod komentarzem p. Ewy Setny.

Eliza Kowalczyk: Myślę sobie, że nie umiałabym żyć wydając wyrok na choćby jedno zwierzę, Simona musiała i tego jej współczuję. Gdyby mój mąż, jako naukowiec, decydował o zabiciu zwierząt nie bylibyśmy już małżeństwem. Nie dociera do mnie to co zrobiła Simona z sarnami, z kozłem wśród jej badawczej grupy saren (w wielkiej tajemnicy która wyszła po latach), słyszę że domagała się zabicia rysia który też przeszkadzał w badaniach. Nie rozumiem tego i nigdy nie wybaczę zabijania zdrowych, wolnych zwierząt. Nikomu!

Pani Kowalczykowa, proszę nie współczuć Simonie Kossak, proszę współczuć sobie. Mam nadzieję, że męża Pani nie było wśród wzmiankowanych przez p. Seńkowa “tych panów” od ciężarnych łosz, ale… Pani mąż wspólnie z prof. Jędrzejewskim dopuszczał możliwość zabijania zwierząt podczas propagowanego przez nich odławiania zwierząt za pomocą potrzasków i zakładania obroży telemetrycznych, jest też adresatem podziękowań za współpracę we wstępie do podręcznika tropienia zwierząt przeznaczonego m.in. dla myśliwych. Gdyby to wystarczyło do otrzymania zaproszenia na Państwa ceremonię rozwodową, chciałbym przybyć z osobą towarzyszącą. Tylko żeby mi stół był wegański!

Tak się składa, że Twój tata był wtedy Naczelnym Poganiaczem Wielbłądów

Profil prof. Rafała Kowalczyka z Instytutu Biologii Ssaków PAN, tu tylko jego opinie prywatne:

Rafał Kowalczyk: Trudne tematy, białowieskie mity. Dziękuję Regina, że podjęłaś ten temat.

Regina Skibińska do Rafała Kowalczyka: Serdecznie dziękuję za pomoc przy tekście!

Witold Rieger: Raczej kontrowersje dotyczą badań, a nie Simony Kossak, która wyprzedziła swoją epokę empatią wobec natury. Badania nierzadko bywają etycznie wątpliwe, a nawet bezsensowne, dobrze, że ktoś z tym walczył. Dziękujemy, Simono Kossak.

Eliza Kowalczyk do Witolda Riegera: Tak jak badania saren i zabijanie kozła, który w nich przeszkadzał? Etycznie wątpliwe?

Karol Zub do Witolda Riegera: Pani K. była członkiem PZŁ i koniecznie chciała odstrzelić rysia, który polował na sarny w jej zagrodzie doświadczalnej.

Michał Ostant do Karola Zuba: A zadałeś sobie lub jej kiedyś to pytanie: dlaczego wstąpiła do PZŁ? Ja tak. Odpowiedź była prosta: żeby żaden wąsaty pan z brzuszkiem nie mógł jej odpowiedzieć, że nie ma prawa się wypowiadać bo nic nie wie o łowiectwie. Wielokrotnie wypowiadała się o ochronie Puszczy i miała odwagę mówić to prosto w twarz w gronie leśników i myśliwych.

Grzegorz Okołów do Michała Ostanta: Akurat tak się składa, że w momencie, gdy była realna szansa na powiększenie parku była jeszcze po ciemnej stronie mocy.

Michał Ostant do Grzegorza Okołowa: Akurat tak się składa, że kiedy były te realne szanse, Twój tata był dyrektorem Parku Narodowego.

Regina Skibińska: Simona zdaje się musiała być w PZŁ, ale nie zabiła własnymi rękami żadnego zwierzęcia. Tyle, że nie używając własnych rąk jednak przyczyniła się do dużych odstrzałów.

Adam Wajrak do Witolda Riegera: W niczym nie wyprzedziła. Gdyby nie te badania nie byłoby ochrony wilka w Polsce. Wkład Simony w naukę, najłagodniej mówiąc, był dość skromny.

Michał Ostant do Adama Wajraka: Żaden dziennikarz nie powinien powielać mitu, że te badania miały jakikolwiek wpływ na decyzję o wzięciu wilka w ochronę. To uzasadnienie było wyciągane przez ZBS PAN jako usprawiedliwienie wysokiej śmiertelności zwierząt w pierwszych latach badań.

Adam Wajrak do Michała Ostanta: Oczywiście, że miały, bo chociażby pierwszy raz pokazywały realne terytorium wilczej rodziny, a to była podstawowa informacja dla ochrony wilka.

Michał Ostant do Adama Wajraka: Sęk w tym, że poza wypowiedziami samych naukowców ZBS „że się przyczynili” nie ma żadnej wypowiedzi polityków, którzy podejmowali decyzje, że brali wyniki tych badań pod uwagę.

Rafał Kowalczyk do Michała Ostanta: a skąd ma pan te sensacyjne i oszczercze informacje? W artykułach naukowych zamieszczaliśmy informacje o losie zwierząt. Żaden ryś czy wilk nie tylko nie zginął w wyniku odłowu czy noszenia obroży, ale też nie doznał żadnych obrażeń.

Jacek Podsiadło do Rafała Kowalczyka: Prof. Jędrzejewski mówi o jednym wilku, który uciekł z odłowu z potrzaskiem na nodze, zatem niewątpliwie wkrótce potem zginął, i o jednym, któremu obroża telemetryczna przecięła skórę na szyi. Te oszczercze informacje przytoczyła Regina Skibińska w artykule „Broniła zwierząt czy im szkodziła? Kontrowersje wokół Simony Kossak nie gasną” opublikowanym 5 kwietnia 2026 r. na OKO.press, artykuł nie jest za paywallem. Podlinkować Panu Profesorowi czy znajdzie Pan sam?

Rafał Kowalczyk do Michała Ostanta: Legenda Simony jako wybitnej naukowczyni i obrończyni Puszczy to mit.

Michał Mazurkiewicz: Czas na powrót do regulacji populacji żubrów prowadzonej przez BPN przy współpracy z ZBS.

Rafał Kowalczyk do Michała Mazurkiewicza: Na szczęście dzięki m.in. Instytutowi Biologii Ssaków PAN udało się to ukrucić.

Jacek Podsiadło do Rafała Kowalczyka: Panie Profesorze, to będzie wyglądało na off topic, ale da się związać z tematem prof. Kossak jako miernej naukowczyni. Pierwsze „u” w „ukrócić” jest otwarte, ale drugie chyba już powinno być zamknięte: „ó”.

Rzucić się w dziesięcioro na nieboszczkę i dostać bęcki to jednak wyczyn

Nie jestem naukowcem, wykształcenie mam jeszcze o stopień niższe niż Adam Doskonale Pamiętam Wajrak, nie znam się na gospodarce leśnej, nie znam co do milimetra grubości kości w wilczej łapie, żaden ze mnie ekolog. Jestem pisarzem i znam się na słowach. Artykuł Skibińskiej zawiera bardzo dużo niedopowiedzeń, naciągnięć, uproszczeń i stronniczości oraz kilka ewidentnych kłamstw. Dla przeciętnego internauty są one prawdopodobnie niezauważalne, mnie nie pozwalają przejść nad nimi do porządku.

 Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Simona Kossak bardzo kochała zwierzęta i w ogóle przyrodę. Poświadczyła to całym swoim życiem. Czasami Miłość ta przybierała formy, które mogły niektórych razić, kiedy np. traktowała oswojone zwierzęta jak własne dzieci. Ludzie, którzy dobrze znali ją i historię jej życia, jak Lech Wilczek czy Joanna Kossak, swoimi wspomnieniami pomogli nam zrozumieć taką postawę. Wszyscy oni podkreślali też, że prof. Kossak była „trudna” w tzw. współżyciu. Sama widziała się jako typ „wrażliwy na swoim punkcie”, cytowałem przecież. Można się domyślać, że nieraz zdarzyło jej się być przesadną w swoich reakcjach, zbyt wymagającą, niesprawiedliwą nawet. Łatwo sobie wyobrazić, że mogła niesprawiedliwie potraktować albo i upokorzyć np. Rafała Kowalczyka czy Adama Wajraka w czasach, kiedy górowała nad nimi pozycją. Gdybym znał takie fakty, napisałbym o nich, nie bacząc, że Kossak nie żyje, bo fakty trzeba ujawniać, tylko przed interpretacją wypada się czasem powstrzymać. Są epizody kładące się na jej biografii cieniem, ale nie ma ani jednego dowodu na to, aby w choć jednym przypadku dobro własne przedłożyła nad dobro zwierząt lub innych ludzi i jest ogromna ilość świadectw wskazujących, że było wprost przeciwnie.

 Miłość do drzew i zwierząt, ponieważ była prawdziwa, potrafiła ją zaślepić. W uczciwym filmie „Simona” uczciwie się opowiada, jak niemądrze przeciwstawiała się wycince grupy naprawdę starych drzew, które groziły tym, że prędzej czy później się obalą i kogoś zabiją. Uczciwie się tam przyznaje, że dopiero po bardzo długich dyskusjach przyznała oponentom oczywistą rację. I na pewno jej ośli upór miał prawo ich zirytować.

Od początku używania przez naukowców potrzasków na zwierzęta zwalczała je. Jest oczywiste, że zwierzę schwytane w potrzask ogromnie cierpi w każdym przypadku; to, że ze zmiażdżoną kością prawdopodobnie bardziej niż ze zmiażdżoną tylko tkanką wokół kości, nie może być podnoszone jako argument za używaniem potrzasków, tym bardziej że można było sobie poradzić bez nich, co czas bardzo szybko pokazał. Kto by temu zaprzeczał, kłamie i wie, że kłamie albo jest pozbawionym wrażliwości kretynem, którego powinno się trzymać z daleka od zwierząt.

Kossak nie była wrogiem radiotelemetrii jako źródła wiedzy o zwierzętach, natomiast była wrogiem powodowania cierpień przy odłowie; w przypadku rysi uważała też, że samo życie z obrożą na szyi przysparza im cierpień. Ja nie mam zdania na ten temat, bo nie tylko nie znam się na rysiach, ale też nie udaję, że się znam. Wiem, że kiedyś obroże zakładane rysiom były cięższe niż dzisiaj zakładane i wiem, że prof. Kossak nie zgadzała się na obrożowanie rysi, bo dbała o ich dobro, a nie dlatego że „waliła” w telemetrię czy w Jędrzejewskiego. Czy się myliła, niech oceni ktoś mądrzejszy ode mnie a jej dorastający przynajmniej do pięt.

Fragment filmu “Simona” z 2022 r., reż. Natalia Koryncka-Gruz

Walcząc z potrzaskami, musiała czasem walczyć z propagującymi je naukowcami. Głównym ich zwolennikiem był chyba prof. Jędrzejewski, zarazem twórca – wraz z żoną – projektu objęcia parkiem narodowym całej polskiej Puszczy Białowieskiej. Znalazłem tylko jedno świadectwo, całkowicie mi ono zresztą wystarcza, potwierdzające, że w 1996 r. (więc zapewne i wcześniej) Kossak była przeciwniczką idei całościowego parku, w 1997 r. wahała się w tej kwestii a od 1998 do końca życia żarliwie ją popierała. Brak poparcia dla objęcia Puszczy parkiem narodowym trwający choćby miesiąc uważam za niewybaczalny błąd, ale nie wiem, co za nim stało w tym przypadku. Jedną z niewielu szans dowiedzenia się tego zaprzepaściła red. Skibińska, nie wykazując odpowiedniej dociekliwości i zaniedbując obowiązek sprawdzania informacji pochodzących ze źródła nie bezstronnego i w związku z tym nie w pełni godnego zaufania.

Konflikt Jędrzejewski-Kossak chyba nie zaczął się tak, jak go za jedynym żyjącym z tej pary przedstawia Skibińska. Rzekomy (i rzekomo niezrozumiały) „atak” Kossak to był kontratak, zresztą mistrzowski i zapisany złotymi zgłoskami w puszczańskich norach i dziuplach. W grudniu 1992 r. zespół naukowy miłośników potrzasków Jędrzejewskiego skazał na śmierć w męczarniach wilka, który uciekł ze źle zamocowaną pułapką na nodze. Kossak jakoś mu to darowała, może nie miała wystarczających argumentów przeciw potrzaskom, może miała gorszy dzień, nie wiem. Kiedy więc w potrzask Jędrzejewskiego wpadł strażnik, zgłosiła to na policję i chwała jej, że miała odwagę, od tej chwili jest moją Bohaterką Europy. Jędrzejewski nie poprzestał na zgłoszeniu kradzieży pomocy naukowych, ale pozwał Kossak do sądu. Sąd ją przesłuchał i od razu umorzył postępowanie. Dopiero wtedy nastąpił „atak” Kossak: zgodnie ze stojącą u fundamentów prawa zasadą “jak ty tak, to ja tak” pozwała Jędrzejewskiego o znęcanie się nad wilkiem z 1992 r., sąd Jędrzejewskiego jak najbardziej skazał, a uniewinnił dopiero w postępowaniu odwoławczym.

Tak to opisywała prasa i jeśli się mylę w szczegółach, proszę prof. Jędrzejewskiego w Wenezueli o te szczegóły dopytać. Ale, skoro pozwoliła mu Pani rzucać kalumnie na nie żyjącą naukowczynię, proszę mu też zadać pytanie, które powinna Pani zadać na samym początku, zwłaszcza że “czas pokazał” to, co od dawna było wiadome – że łapanie zwierząt w potrzaski jest zbędnym ich dręczeniem. Ma Pani ołóweczek? Dyktuję.

Szanowny panie profesorze. O prof. Kossak mówi pan „Simona”, zatem byli państwo na „ty”. Czy w tych pamiętnych dniach, kiedy otworzyło się jedyne w dziejach okienko pozwalające objąć Puszczę parkiem narodowym, poszedł pan do niej i powiedział: „Słuchaj, Simona. Zgódźmy się, że absolutnie najważniejszą sprawą jest teraz uratowanie Puszczy. Historia nam nie wybaczy, jeśli to spieprzymy. Ba, ludzkość nam nie wybaczy. Zapomnijmy na chwilę o osobistych animozjach i zróbmy tak. Ja zrezygnuję z potrzasków. Nawet z nakładania rysiom obroży telemetrycznych dla dobra Puszczy na jakiś czas zrezygnuję, choć uważam że bardzo się mylisz w tym względzie. Na obroże u wilków to wiem, że się zgadzasz. Jak uratujemy Puszczę, wrócimy do naszych wojenek. No jak, Simonka, zrobimy to?”?

Sprzeciw Kossak wobec telemetrii nie był „fanatyczny”, jak twierdzi Żmihorski. Fanatyczny był jej sprzeciw wobec potrzasków. Fanatyczne było też umiłowanie potrzasków przez Jędrzejewskiego (trwa w nim do dziś mimo że to narzędzie kłusownicze) i zamiłowanie do telemetrii (skoro warto dla niej skazywać na śmierć w torturach pojedyncze zwierzęta). Całe życie Kossak wskazuje, że dla dobra zwierząt zrobiłaby wszystko. Nie jestem tego pewien w przypadku Jędrzejewskiego, choć jego deklaracja, że dla dobra zwierząt jest je gotów w razie potrzeby zabijać, robi wrażenie.

Pozwalając mu nadawać na Kossak bez jakiejkolwiek kontroli ze swojej strony, Skibińska nie dała sobie – a więc i czytelnikom – szansy na dostrzeżenie złożoności ich konfliktu. Jeden jej wymiar odkryłem, pisząc ten tekst. Usytuowanie zawodowe, typ edukacji i wizja ochrony przyrody prawdopodobnie lokują Kossak bliżej, skorzystam z terminologii Grzegorza Okołowa, „ciemnej strony mocy” (np. Lasów „Państwowych”), Jędrzejewskiego bliżej „jasnej” (środowiska przyrodników nowego w Polsce typu?). Z kolei osobowościowo to Kossak jest, dla mnie przynajmniej,  „jaśniejsza”: chce uchronić od cierpień każde zwierzę, nie ochronić gatunek dla przyjemności czy pożytku człowieka. Może on lepiej liczy, a ona bardziej kocha, nie wiem. W każdym razie na przykładzie sprawy potrzasków tę różnicę osobowości widać bardzo wyraźnie i udając, że jej nie widzi, Skibińska zamazuje obraz, zamiast nam go uporządkować. Oczywiście że Jędrzejewski nie znęcał się nad zwierzętami w pierwszym, jakie przychodzi na myśl, znaczeniu: żeby celowo zadawał im ból i znajdował w tym upodobanie. I oczywiście znęcał się w znaczeniu słownikowym: zadawał ból. Zadawał go tylko „przy okazji” badań, ale zadawał i pozostawał na niego obojętny.

Kiedy dobry złodziej kłóci się ze złym dobrodziejem, niezwykle trudno wyważyć ich racje i cokolwiek definitywnie wyrokować. Zawsze trzeba im patrzeć na ręce i usta, widzieć co robią i słuchać co mówią. Jeśli kłamią – zatykać im buzie.

W przypadku kilku ze znanych mi decyzji podjętych przez Simonę Kossak oceniam je negatywnie, dwie nawet bardzo. Gdyby żyła, chętnie bym z nią o tym porozmawiał, może nawet ośmieliłbym się podnieść zarzut. Ponieważ nie żyje, nie będę jej teraz pouczał. Atak na nią i jej mistrzowska obrona zza grobu uświadomiły mi jeszcze jeden wymiar jej wielkości i potwierdziły coś bardzo dla mnie ważnego. Że warto zawsze mówić to, co się myśli, nawet jeśli to niepopularne. Że warto starać się pięknie, uczciwie i w zgodzie ze sobą żyć. Jeśli nam się uda, to żadni zawistnicy, kłamcy i nieudacznicy nawet sto lat po naszej śmierci niczego na nas nie znajdą. Na profilach prof. prof. Kowalczyka i Żmihorskiego oraz red. Skibińskiej i w innych miejscach obok zadowolonych z siebie obalaczy mitów spotkałem w ostatnich dniach wielu zasmuconych ludzi. Niektórzy z bezsilności pisali tylko to, co i ja na koniec napiszę: dziękuję Pani, Pani Profesor.

Nieprawdziwe oblicze Simony Kossak, fotomontaż sporządzony przez Lecha Wilczka dla zmylenia Adama Wajraka i Elizy Kowalczyk, obok Kossak makieta rysia, którego Wilczek zmasakrował polanem a Kossak dobiła strzałem w tył głowy

Jac Po
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z plików cookie, abyśmy mogli zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o plikach cookie są przechowywane w Twojej przeglądarce i wykonują takie funkcje, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje strony internetowej są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.