Hoduję dla ciebie żurawia w kenozoicznym ogrodzie, wytresowany Czukcza karmi go pchłami. Mam Wisłę sztuczną jak uśmiech skazańca, mam płaskodenne łodzie, mieszkanie w mydlanej bani, ach, w snach, które lekko prysły.
Tam Eugeniusz i Herkus pławią się w Pseudobałtyku, a Estonia wygrywa z Boliwią bitwę o Litwę. Żmije łykają kije, śmierć serce ma na patyku a tonącemu podaje się płyn po goleniu, nie brzytwę.
Zaciągam się papierosem i puszczam dla ciebie nosem jedwabne wstęgi Möbiusa, znikome nieskończoności. Karaibskie dziewczyny snują się wokół, bose. I Karaibkę na bibkę zapraszam ku obopólnej radości.
I jeszcze przerabiam na prąd smutne, minione stulecia. Bo wiesz, w historii jest wielki, niewykorzystany potencjał. Żuraw jest z gąbki i octu, żeby mi nie odleciał. A Czukcza, choć kastrat, chce nawiać do Inowrocławia, więc ja,
kiedy już tego żurawia zapuszczam w ten ogród, to myślę, jak trudno jest stworzyć stworzenie, które by nie uciekło. Choć Wisła jest ci potrzebna, bo lubisz przyglądać się Wiśle, to wiem: wymyślając ci raj, zgotowałem ci piekło.