
Tłum spragnionych lirycznej krwi kibiców przelewał się przez gościnne progi Wypożyczalni Muzycznej w Rzeszowie, gdyśmy w rocznicę Zwycięskiego Remisu na Wembley wyjaśniali sobie z Basią Klicką, Januszem Radwańskim i Darkiem Padą, po jaki człon nam poezja. Tego właśnie wymagało od nas uczestnictwo w panelu dyskusyjnym pt. „I po co nam poezja”, którego moderatorem miałem zaszczyt być.
Pierwszy raz w życiu byłem moderatorem i nie bardzo wiedziałem, jak się za to zabrać. Na początek spytałem, po co komu poezja, a potem to już uczestnicy panelu wyrywali sobie mikrofon, prąc ku wyrażeniu własnych na zadany temat przemyśleń. Krótko mówiąc, poszło z górki.
W byciu moderatorem fajne jest to, że może on wybierać sobie rozmówców, przynajmniej rzeszowski casus tym właśnie się charakteryzował. Ponieważ lubię gadać z Basią i Januszem, a dawno ich nie widziałem i ponieważ nie znałem dotąd Darka, potykaliśmy się werbalnie w tym właśnie składzie. Oto krótkie streszczenie wygłoszonych przez nas referatów, zdjęcia zaczerpnąłem z profilu WiMBP w Rzeszowie.
W byciu mną fajne jest to, że na wszelkich spotkaniach w okolicy Dębicy zjawiają Marta i Irek Sochowie, ludzie kultury co się zowie. Dość powiedzieć, że z Irkiem tworzymy takie uwspółcześnione Dwa Plus Jeden pod nazwą Najduchy a Marta jeździ do Drohobycza, chociaż Irek kręci na to nosem. I na kolacyjkę to poszliśmy potem w takim właśnie składzie Dwa Plus Cztery.
Ale jeszcze przedtem, w bibliotece, to podeszła do mnie pani Barbara i poprosiła o podpisanie „Podwójnego wahadła”, najlepszej z moich książek. Zacząłem się rozwodzić, a nawet rozpływać, że o, jaki piękny tomik pani posiada, jak pani go zdobyła i w ogóle.
Tomik pański jest do dupy, powiedziała pani Barbara, cytuję z pamięci, ale podoba mi się w nim jeden wiersz. Wiem który, odpowiedziałem. I rzeczywiście zgadłem. I opowiedziałem pani Barbarze, jak pierwszy raz w życiu czytałem publicznie wiersz *** Schodzimy w głąb swoich ciał…, a było to w Berlinie, a w Berlinie byli też akurat Dorota i Tomek Różyccy i Dorota była na tym spotkaniu. I zaraz potem mi powiedziała, cytuję z pamięci, że ten wiersz ją dotknął. Ale tak wiesz, jako kobietę, od środka. I to mi sprawiło ogromną radość, bo osobiście dotknięty jestem samokrytyczną traumą od czasu, jak Ania Spólna jeszcze jako nieopierzona pani magister napisała, że Podsiadło nie rozumie kobiet, cytuję z pamięci.
Lubię, kiedy podchodzi do mnie ktoś nieznajomy i mówi, że jakiś mój wierszyk jest dla niego ważny.
Z dwojga dobrego wolę być prowadzonym niż prowadzącym, ale ostatnio los chce inaczej. I 30 października prowadziłem w Opolu spotkanie z Serhijem Żadanem. Miało być poświęcone „Arabeskom”, ale wyszło trochę inaczej. Trzeba Wam wiedzieć, że Serhij jest żołnierzem ukraińskiej bohaterskiej armii i nie może ot, tak sobie mówić wszystkiego, co byśmy chcieli wiedzieć. Kiedy go więc pytałem, dlaczego żołnierze na błokpostach pytają w kolejności alfabetycznej, czy przewozi się alkohol albo broń, to nie dlatego, że tego nie wiedziałem, ale że byłem ciekawy, co powie.
Trzeba Wam też wiedzieć, że znam, czytam i tłumaczę Serhija nie od dziś. Niech będzie mi wolno przypomnieć w tym miejscu nasz głośny rajd z butelkami na ruskie tanki w 2022, zakończony niepowodzeniem tylko dlatego, że ruskie tanki strasznie szybko przed nami spierdzielały, a nam się nie chciało biegać w upale.

A tu możecie obejrzeć moją impresję filmową „I znowu Charków”, w której Serhij gra jedną z głównych ról.
Od dawna podziwiam Serhija i jego twórczość, od dawna uważam go za super faceta, ale dopiero podczas lektury „Arabesek” uznałem/zrozumiałem, że to naprawdę wielki pisarz. Poważnie. Nie wytrzymam i wrzucę tutaj jedno z opowiadań z „Arabesek”, najwyżej Serhij albo tłumacz Michał Petryk albo wydawca mnie zajebią, ale co tam. W końcu przyjaźnię się i z autorem, i z tłumaczem, i z wydawcą, więc chyba niezręcznie by im było mnie zajebywać. Czytając „Arabeski”, dostałem odpowiedź na prawie wszystkie pytania, jakie zamierzałem zadać autorowi. Na szczęście wśród licznych zalet Serhija jest i ta, że jest on świetnym rozmówcą, a pani Iryna Kostiuk tak znakomicie i szybko go tłumaczyła, że chyba nikt się nie nudził. Zdjęcia autorstwa Agnieszki Koniecznej i Sławomira Mielnika.
Opowiadam o tym wszystkim w lekkim tonie, bo tak się przyzwyczaiłem w rubryczce „Tu i tam”. Ale spotkanie z Żadanem to było poważne spotkanie z literaturą wielkiej wagi. Nie ma w „Arabeskach” huku wystrzałów ani jęków rannych, ale i bez tego Serhij przenosi nas bardzo, bardzo blisko wojny. W sam środek zranionej duszy ludzkiej, o ile taka istnieje. A ta książka przekonuje, że istnieje.
Jak bardzo ważną postacią dla wszystkich Ukraińców jest Żadan, można było się przekonać także w Opolu. Okazywały to albo wprost o tym mówiły wszystkie Ukrainki od pani Iryny Kostiuk począwszy, a na pani kelnerce przy kolacji w restauracji skończywszy. Po spotkaniu ustawiła się do Serhija długa kolejka pragnących rozmowy albo chociaż autografu, a do mnie podszedł jeden tylko młody człowiek z prośbą o udostępnienie wiersza, który Serhij napisał już w Polsce i wrzucił na fb, a ja na potrzeby spotkania przetłumaczyłem go na kolanie. Zatem wrzucam go tu, już z poprawionymi błędami translatorskimi, które Serhij mi wytknął.
POLONEZ NR 13
Nie zazna spokoju ten, kto nie schowa zawczasu serca.
Droga będzie długa, noc będzie ciemna.
Nad granicą wisi słońce – jak jabłko przecięte na pół.
Pół dla ciebie, pół dla kobiety, która całą noc czekała przy oknie.
Będzie niebo – jedno dla wszystkich, będzie ziemia – zjednoczona przez martwych.
Śnij mi się, śnij, głębokie okno naprzeciw,
zagubiony kwiecie cudzej rozłąki
w kolorze martwego serca,
w kolorze ciemnej ojczyzny.
Nie znajdzie się słów, które zapełniłyby przepaść
między tym, co straciłem, a tym, czego nigdy nie miałem.
Nie stanie deszczu nad kolumną wychodzącą z miasta
tak jak męstwo wychodzi z duszy.
Ogrzewaj się teraz wśród ludzi rozlokowanych w barakach za miastem,
ogrzewaj się przeszłością,
szeptem,
własnym płomieniem.
Ci, którzy opuścili miasto, ci, którzy ocaleli, zejdą się rano na placu,
sięgną po książki, zaczną śpiewać.
Śpiew niczym sukno rwie się na wietrze,
przebija się przez czarne kamienie spadające z nieba.
Deszczu ognia, deszczu smutku, deszczu jesiennych liści –
pozbawiłeś nas ojczyzny, ale zostawiłeś nam pamięć.
Płyń więc, płyń, śpiewie bezdomnych, przez których domy
przeszedł bezdomny pies pogromu.
Śnij mi się, śnij, bezlitośnie i nieznośnie.
Śnij mi się o świcie, podczas przesiadki, w mroku korytarza,
dłoni ojczyzny szczodra i kobieca, rękopiśmienny załomie granicy.
I nie stanie sumienia milczeć temu, kto jest naznaczony głosem.
Przestrzeń zemsty została z tyłu,
z tyłu pozostała radość.
Nie pozostanie z boku ten, który potrafi zaświadczyć.
Jesteśmy pozbawieni oczekiwań.
Oczekiwania żyją w przeszłości, jak jesienne kwiaty.
Wspomnij, wspomnij też mnie, gdzieś pośród wieczoru, pośród ciszy.
W domu zostało tylko okrucieństwo. I nie ma co szukać mu innej nazwy.
Tylko zimny gniew po każdej spalonej książce.
Tylko nienawiść gryząca jak kołdra,
którą przykrywa się łóżko w wojskowym szpitalu.
Tylko pragnienie powrotu do domu, aby podlać kwiaty.
Ponieważ sam będę czytał wierszyki w tej samej Bibliotece Miejskiej 6 listopada, to na koniec ustami dyrektora biblioteki zaprosiłem na to spotkanie tym śmielej, że czytał będę wskazane mi przez Pawła Próchniaka utwory z nowej książki „Echo wydarzeń”, w której Żadan pojawia się aż dwa razy.
Bo to był październik, a teraz będzie listopad. Dobrze, że książka Serhija wprawiła mnie w taki nastrój, w jaki wprawiła, bo już jutro jadę do Lublina na bardzo poważne seminarium „Szoa i wiersze / słupy ze słów, stelle”. 3 i 4 liściowca będziemy chodzić po Lublinie i rozmawiać, o „Słupie ze słów”, ale też o przesmutnym wierszu Julii Hartwig „Koleżanki”.













