„Batalia z bezwzględnymi »metodami badawczymi« trwała kilka lat. Simona ostatecznie wygrała ją w imieniu zwierząt, ale okupiła to ciężką traumą i frustracją”. To zdania Joanny Kossak usunięte z jej wypowiedzi przez Reginę Skibińską. Dlaczego sprzeciw wobec okrutnego traktowania zwierząt przez naukowców z Zakładu Badania Ssaków (dzisiejszego Instytutu Biologii Ssaków) w Białowieży był dla Simony Kossak doświadczeniem traumatycznym? M. in. dlatego, że była straszliwie osamotniona, w swoim środowisku zawodowym nie miała w tej walce żadnych sprzymierzeńców.
Zrozumiałem to, próbując dociec, według jakiego klucza Skibińska wymyślała „mity” dotyczące Simony Kossak, które następnie „obalała”. Jednym z nich jest nieistniejący mit o samotności Kossak jako badaczki „w męskim gronie”. W prostych żołnierskich słowach wyjaśniłem to w sprostowaniu, którego redaktor naczelna OKO PRESS Magdalena Chrzczonowicz nie zechciała opublikować: „Nie funkcjonowała i nie funkcjonuje legenda o Kossak jako jedynej kobiecie w męskim gronie. Nie ma też dostępnych informacji na ten temat”.
Obalenie „legendy” o samotności Kossak jako kobiety-naukowca przysłużyłoby się sprawie zatarcia jej rzeczywistego osamotnienia, gdybyśmy zapomnieli na czym ono naprawdę polegało. A polegało głównie na tym, że była jedyną wrażliwą na cierpienie zwierząt w naukowym środowisku Białowieży. Jeśli tę wrażliwość zobaczymy także jako jeden z aspektów postrzegania nauki i roli naukowców, to zobaczymy, że Kossak była też jedyną w swoim środowisku zwolenniczką minimalizowania ingerencji w przyrodę, jedyną, która mówiła: zostawmy zwierzęta w możliwie największym spokoju, badajmy tylko to co najniezbędniejsze. Dlatego tak ją bulwersowało odławianie wilków i rysi do badań naukowych za pomocą potrzasków kłusowniczych podniesionych do rangi „aparatury badawczej” w ścisłym rezerwacie, gdzie zwierzęta te miały przecież być szczególnie chronione.
Jak podaje Muzeum HERstorii Sztuki, kiedy stawiła czoła tym odłowom, „Środowisko naukowe zarzuciło biolożce zawiść i sabotowanie prac, co z pewnością było dla niej bolesne”. Owo środowisko to przede wszystkim wspomniany Zakład Badania Ssaków (dzisiejszy Instytut Biologii Ssaków). Sama Simona Kossak w czasie, kiedy broniła zwierząt przed praktykami naukowców ZBS, pracowała w Zakładzie Lasów Naturalnych Instytutu Badawczego Leśnictwa, którego działalnością zaczęła z czasem kierować.
Dyrektorem Instytutu Biologii Ssaków (byłego ZBS) jeszcze kilka miesięcy temu był prof. Michał Żmihorski, ten sam, z którego profilu dowiedziałem się o artykule Skibińskiej. Żmihorski, jak sam się chwali, jako student kłócił się z Simoną Kossak „na temat roli badań w ochronie przyrody” i dopiekł jej okrutnie propozycją, żeby „migrację orlików na afrykańskie zimowiska też spróbowała ustalić na podstawie tropień na śniegu”. To na jego profilu przez sześć dni wisiał i nikomu nie przeszkadzał, dopóki nie przeszkodził mnie, śmiało nakreślony przez Bartłomieja Janczarka portret prof. Simony Kossak jako „szkodliwego pojeba”.

Wskutek mojej interwencji komentarz ten znikł na jeden dzień, po czym pojawił się ponownie. Z niezmienioną datą publikacji, czyli nie został wpisany ponownie przez Janczarka, ale… Albo zadziałał jakiś nieznany mi mechanizm Facebooka, albo prof. Żmihorski nie usunął tego wpisu, a jedynie tymczasowo ukrył go przed niepowołanymi.


Ale np. wpis Wojciecha Szumskiego „Biedna kobieta, która zdziwaczała w głuszy!” do dziś widnieje na profilu Żmihorskiego i w ogóle ani jemu, ani nikomu nie przeszkadza. Może to wynikać z ogólnej niedbałości autora wpisu o treść komentarzy, bo komentarz w którym on sam został nazwany „opluwczym trollem” także pod jego wpisem dynda.
Wśród obecnych pracowników i współpracowników Instytutu Biologii Ssaków wciąż są pamiętający Simonę Kossak. Należy do nich Karol Zub, który u Żmihorskiego napisał: „Simona była słabym naukowcem i niestety to też przekładało się na jej przekaz, bo poza emocjami, czasami było tam niewiele prawdy”. Należy do nich przewodniczący Rady Naukowej Instytutu Biologii Ssaków Henryk Okarma, odłowiony właśnie do Rady Klimatu i Środowiska prezydenta Nawrockiego z postaciami tej miary co Możdżonek, Swinarski i Bzdyk. Należą do nich oczywiście atakujący pośmiertnie naukowczynię Jędrzejewski i Kowalczyk, ponadto Bogumiła Jędrzejewska, Nuria Selva, Krzysztof Schmidt…
Co tak bardzo boli białowieskich badaczy ssaków, że po dwudziestu latach od śmierci Simony Kossak nagle postanowili ukazać jej mroczne oblicze zwierzobójczyni i wrogini przyrody ojczystej? Co boli Adama Doskonale Pamiętam Wajraka, że z twórcy peanów na cześć prof. Kossak, która jego i Nurię Selvę ugościła Jajecznicą Wiecznej Przyjaźni przeistoczył się w świadka „akcji, które wyprawiała”?
Odpowiedzi mogą być dwie. Pierwsza bardzo trudna. Coś za tym stoi, ale nie wiadomo co. Może ktoś bardzo pragnie zająć miejsce na cokole, z którego rękami Skibińskiej zrzucony zostanie „pomnik” Kossak, nie wiem.
Druga możliwa odpowiedź jest bardzo łatwa, wręcz jako pierwsza przychodzi na myśl. Wiadomo, co za tym stoi: zwyczajna ludzka małość i zazdrość. Takiej przyczyny upatruje np. Adam Szymoniak, kiedy pisze do Żmihorskiego na jego profilu: „O niej będą mówić wtedy, gdy o Panu nie wspomni nikt i chyba to boli najbardziej – nieprawdaż?”.
W 1994 r. w artykule „Granice swawoli w badaniach dzikich zwierząt”, który w tajemniczych okolicznościach zniknął z internetowych archiwów, Simona Kossak i poddawała w wątpliwość potrzebę prowadzenia części badań naukowych, i piętnowała okrutne metody podczas nich stosowane. Żartobliwie zdefiniowała odmianę ekologii stosowanej w Puszczy Białowieskiej jako swawolologię: „badania planowane i przeprowadzane z całkowitym lekceważeniem konsekwencji ponoszonych przez badane obiekty”. Przykłady badań „swawolologicznych” podawane przez nią są tak absurdalne, że z początku wydawały mi się niewiarygodne: „Wycięcie lasu na powierzchni jednego oddziału w rezerwacie ścisłym. Problem badawczy: »zobaczymy co się stanie«”. Albo: „Problem badawczy: czy przy braku osiadłych samców dojdzie do rozrodu. Metoda swawolologiczna: na wydzielonej części rezerwatu ścisłego wystrzelanie z wiatrówki wszystkich strzyżyków płci męskiej”.
A jednak przykłady do swojego artykułu brała z życia. Wśród nich znalazł się również znany nam „przypadek swawolologii stosowanej w badaniach telemetrycznych rysiów i wilków w rezerwacie ścisłym BPN”. W 1994 r., dokładnie w środku badań zakrojonych na lata 1991-97, Kossak proroczo przewidziała ich wynik: „Problem badawczy: poznać naturalne zachowania dużych drapieżników i udowodnić, że przyczyną ich nagłego ginięcia jest »kłusownictwo«”. I proszę bardzo, w artykule Skibińskiej napisanym tak poprawnie, że nie wiadomo czy to zdanie pada z ust jej czy prof. Kowalczyka, pada niezawodnie: „Wykorzystanie telemetrii pozwoliło wykryć, że główną przyczyną ich [wilków i rysi – J.P.] śmiertelności w Puszczy Białowieskiej było wtedy kłusownictwo”.
Wśród niewiarygodnych a jednak prawdziwych metod prowadzenia badań na zwierzętach Simona Kossak wymieniła „metodę TO PROŚCIEJ”, która kazała naukowcom obcinać palce schwytanym zwierzętom, aby je później rozpoznawać. „Żeby mysz odróżnić od myszy, znakuje się je osobniczo – pisała Simona Kossak. – Nożyczkami obcina się: a to jeden paluszek w prawej przedniej łapce, a to cztery – w lewej tylnej”. Sprawdziłem i rzeczywiście, zamiast znanej już w czasach Kossak i postulowanej przez nią metody znakowania gryzoni plamkami tatuażu, w Białowieży obcinano zwierzętom palce, bo tak było „prościej i szybciej”.
W.F. Blair określił tę metodę znakowania (po angielsku toe clipping), właśnie jako „tanią, szybką i trwałą” w pracy Techniques for the study of mammal populations z 1941 r., którą przyczynił się do jej popularyzacji. Do lat 90. stosowano ją powszechnie i Simona Kossak „wyprzedziła swój czas” także wrażliwością, która kazała jej zaprotestować przeciw tym okrutnym praktykom.
Jak one konkretnie wyglądały, zobaczymy na przykładzie. W 1984 r. w Acta Theriologica opublikowano wyniki badań przeprowadzonych przez Zakład Badania Ssaków w Białowieży i radziecki Institut Biołogii Razwitija im. Kolcowa. Oto skrócony opis tych przykładowych badań zaczerpnięty ze wzmiankowanego czasopisma fachowego.
Naukowcy już dawno stwierdzili, że zarówno w warunkach naturalnych, jak i w niewoli gryzonie z miotów wiosennych prawie dwa razy szybciej osiągają swój pełny wzrost niż gryzonie z miotów jesiennych. Dlatego badacze białowiescy z pomocą badaczy moskiewskich postanowili sprawdzić, czy z nornikami burymi też tak jest.
Nornik bury wygląda tak:

W celu sprawdzenia, czy norniki bure rosną tak samo jak inne gryzonie, naukowcy nasi zbadali 105 młodych norników z hodowli laboratoryjnej. Badania trwały ponad rok. Wiosną i jesienią czterotygodniowe norniki odbierano matkom i znakowano je poprzez obcięcie im palców, przy czym jesienią zabierano potomstwo tych samych par, czyli rodzeństwo norników zabranych do badań wiosną. Co miesiąc pięciu nornikom „wiosennym” i czterem „jesiennym” wstrzykiwano chlorowodorek tetracykliny, a po dwóch tygodniach uśmiercano chloroformem. Następnie pobierano ich kości i badano ich wielkość i inne parametry.
Dzięki torturowaniu i uśmierceniu 105 norników wykazano niezbicie, bo z dużą ilością tabelek i wykresów, że norniki bure rosną tak samiutko jak inne gryzonie i tak, jak się spodziewano: wiosną szybciej, jesienią wolniej. Wyszły wprawdzie na jaw pewne drobne różnice „spowodowane wpływem dużej liczby różnych czynników”, ale nie miały istotnego znaczenia dla wyniku badań.

Simona Kossak mówiła o etyce badań naukowych dokładnie to, co przebijało się w jej czasach do świadomości publicznej na Zachodzie i w krajach skandynawskich, a w zapóźnionej Polsce wyglądało na fanaberię przewrażliwionej samotnicy. The Guide for the Care and Use of Laboratory Animals wydawany przez National Research Council i uznawany jeszcze dziś np. przez rząd polski za wyznacznik etycznego traktowania zwierząt stwierdzał w 1996 r.: „obcinanie palców jako metodę identyfikacji można stosować wyłącznie w przypadku, gdy nie jest możliwa żadna inna metoda identyfikacji indywidualnej i powinno być wykonywane wyłącznie u noworodków gatunków gniazdujących”. Teraz, 30 lat później, w świetle obowiązującej ustawy o ochronie zwierząt status tej „metody” w Polsce jest właśnie taki: można ją zastosować za zgodą lokalnej komisji etycznej opiniującej doświadczenia na zwierzętach, ale należałoby wykazać, że nie ma możliwości innego oznakowania zwierząt. To też można uznać za jedno ze zwycięstw Simony Kossak, ale zarazem kolejne, którego musimy przypilnować, kiedy jej zabrakło. Pokusa dla badaczy jest duża: obcięcie zwierzęciu palca lub palców to 10 sekund pracy, tatuaż jako mniej bolesna praktyka wymaga dwóch minut na zwierzę, najbardziej dziś zalecane „mikroczipowanie” to od minuty (wszczepienie do ogona) do nawet 7 minut (wszczepienie do ucha), co w przypadku setek zwierząt do oznakowania naprawdę robi różnicę.
Alarm podniesiony przez Simonę Kossak nie od razu przyniósł skutek w postaci zaniechania obcinania palców. Najpierw zaowocował zmową milczenia wokół tej okrutnej praktyki.
Pisząc swoje prace na temat jak szybko rosną norniki i ile procent drzewa stanowi jego korona, naukowcy wskazują metody swoich badań. W przypadku badań wymagających znakowania drobnych zwierząt, do lat 80. metoda obcinania palców wskazywana była często. Nie przeprowadziłem dokładnych obliczeń, ale wydaje mi się, że tytuł polskiej królowej obcinania palców należałby się Joannie Gliwicz, wybitnej ekolożce i byłej członkini m. in. Komitetu Ochrony Przyrody PAN. Tyle przyrody, ile ona ochroniła, obcinając zwierzętom palce, nikt nie ochronił.
W latach 90. obcinanie palców znika z opisów metodologicznych badaczy ssaków z Białowieży i nie tylko. Ale to nie znaczy, niestety, że przestaje być stosowane.
Najczęściej znakowanie zwierząt jest potrzebne podczas badań wymagających rozpoznawania zwierząt uprzednio schwytanych i wypuszczonych na Wolność. Ten rodzaj badań określa się skrótem CMR, od angielskich słów capture, mark, recapture, czyli złów, oznacz, odłów. W latach 80. ich opis wyglądał mniej więcej tak, jak w opisie badań Gliwicz, Babińskiej-Werki i Goszczyńskiego, którzy obcinali palce i pobierali wymazy z waginek myszy na Cmentarzu Prawosławnym w Warszawie, bo chcieli sprawdzić, czy myszy na cmentarzu prawosławnym pieprzą się i umierają podobnie jak myszy na terenach niegrzebalnych, czy trochę inaczej: „The CMR method was employed. The captured animals were weighed, sexed and marked with individual numbers by toe-clipping”. Zagadkowe „individual numbers” oznaczają tutaj numery powstające przy odczytaniu ze specjalnych tabel kombinacji odciętych palców przy różnych łapkach jednej myszy. Dla lat 90. charakterystyczny staje się opis, który unika wskazywania konkretnego sposobu znakowania, jak w pracy Mazurkiewicz i Rajskiej-Jurgiel z 1998 r.: „The capture-recapture method (CMR) was used. All rodents were individually marked”. Ilekroć mowa o metodzie CMR bez wskazania metody znakowania możemy się domyślać, że chodzi o obcinanie palców. Ale nie możemy mieć całkowitej pewności.
Z całą pewnością za to można powiedzieć, że jeszcze w latach 2000-2005 podczas sześcioletnich badań w Puszczy Białowieskiej obcięto palce 667 nornikom. Badania te z czworgiem badaczy polskich prowadził, zapewne dla podkreślenia iż obcinania palców dokonuje się w imię czynienia sobie ziemi poddaną, przedstawiciel Uniwersytetu Katolickiego w Louvain.
Dlaczego Skibińska uparcie powtarza, że Kossak „atakowała” badaczy ssaków za telemetrię, a pomija milczeniem, że atakowała ich także za obcinanie palców gryzoniom? Pozwólcie mi udawać, że nie wiem. Na pewno wolno przypuszczać, że z tych samych powodów, dla których nie wyjaśnia, że potrzaski stosowane przez naukowców Zakładu Badania Ssaków / Instytutu Biologii Ssaków były narzędziami kłusowniczymi, których stosowania prawnie zakazano na początku 1997 r.
Gdyby naprawdę chciała ująć istotę konfliktu między Kossak i pozostałymi naukowcami, musiałaby przyznać, że chodzi o fundamentalną różnicę w postrzeganiu zwierzęcia. Dla badaczy ssaków zwierzę było „badanym obiektem”, zgoła jednostką telemetryczną, dla Kossak było cierpiącą istotą – to jest ta różnica.
Zdaniem Skibińskiej „naukowcy ostrożnie podchodzą do jej naukowych osiągnięć”. Na pewno nieostrożnie podchodzi do nich Karol Zub, ten, którego zdaniem „Simona była słabym naukowcem i niestety to też przekładało się na jej przekaz”. Mając w pamięci „Sagę Puszczy Białowieskiej” Simony Kossak rzućmy okiem na „przekaz” Zuba dotyczący ochrony smużki stepowej w czwartym tomie „Monitoringu gatunków zwierząt”: „Wskaźnikiem stanu populacji jest liczebność odłowionych osobników na stanowisku w przeliczaniu na 100 pułapko-nocy. Wskaźnik ten uzyskuje się przez pomnożenie całkowitej liczby odłowionych zwierząt przez 100 i podzielenie jej przez liczbę dni odłowów pomnożoną przez liczbę użytych pułapek”.
Boże, jakie to piękne. Od razu widzę Karola Zuba w samym środku jednej ze stu białowieskich pułapko-nocy, jak zaopatrzony w „torebki strunowe i pęsetę do wyjmowania zwierząt z pułapek”, wpatrzony w niebo gwiaździste nad sobą i prawo moralne w sobie samym liczy i liczy, mnoży i dzieli, drapiąc się jednocześnie wskaźnikiem populacji po plecach, gdyż czuje tam romantyczny dreszczyk emocji badawczych.



