Jac Po zakochuje się w Ukrainie (2)

IMIONA WOJNY, c. d.

Sjoma

Horiszni Pławni to dziwna nazwa. Oznacza Rozlewiska, ale Górne.

– A to Sjoma – Dasza przedstawia mi pokrakę w typie charta. Osowiały, połamany, z nienaturalnie wygiętym grzbietem, psi wielkolud podchodzi do mnie z podkulonym ogonem i doprasza się pieszczot. Kiedy Dasza opowiada, Sjoma nadal trzyma ogon między tylnymi łapami, ale coraz bardziej napiera na moją rękę, żeby mocniej go drapać za uszami i po piersi. Miał w życiu strasznego pecha. Jest chodzącym, i to niezgrabnie, katalogiem psich nieszczęść. Jego choroba to skutek awitaminozy. Kiedy Dasza dochodzi do tego, jak był bity drewnianymi pałkami, nie trzeba mnie zachęcać, sam wbijam paluchy głęboko w ciepłą sierść i czochram, czochram, czochram. Gadam mu coś do ucha, ale nawet to nie uruchamia jego ogona. Opiera się tylko o mnie całym ciałem, jakby nie mógł ustać na nogach. Zachowuje się tak, jakby psie ciało mnie akceptowało, a psi rozum nie. Dasza opowiada, że kiedy już był bezdomny, dzieci kilka razy budowały mu prowizoryczną budę, w której się chronił, ale za każdym razem ktoś mu tę budę rozwalał. Do przytułku Daszy trafił dzięki tym dzieciom.

– Ale Sjoma jest wyjątkowy – mówi Dasza. – Jedyny. Po tym wszystkim, co przeszedł, ciągle nie stracił wiary w ludzi. Nadal jest ufny. Do każdego podejdzie i zobacz, jak patrzy na człowieka. Z takim przekonaniem, że będzie lepiej.

Luda i Misza

Misza też był bity drewnianymi pałkami i też porusza się niezgrabnie. To się wydarzyło sześć lat temu. I napastników było sześciu. Chyba chodziło o samochód. Mógł się rzucać w oczy, bo był to samochód Ihora Surkisa, związanego z nieszczęsnym Medwedczukiem biznesmena i oligarchy znanego przede wszystkim jako właściciel i prezes Dynama Kijów. Misza był jego ochroniarzem i kierowcą, ale wtedy jechał sam. Kilka czy kilkanaście dni leżał w śpiączce, wydawało się że nie przeżyje, ale przeżył. Zostały mu do dziś kłopoty z chodzeniem i mówieniem. Wypowie jedno słowo i utknie, widać, jak się męczy, szukając następnego. Najlepsza w odgadywaniu tych dalszych ciągów jest oczywiście Luda. Są ładną parą i dużo się do siebie uśmiechają.

Na spacerze z Miszą mogę sobie pobyć trochę oligarchą. Jest ujmująco uprzejmy, otwiera przed Olhą i mną wszystkie drzwi i furtki i nie ma szans przepuścić go przodem.

Mieszkają na granicy Buczy i Irpinia. Są znajomymi znajomych Olhy, która wcześniej nie widziała ich na oczy. Byli punktem noclegowym na trasie z Kremenczuka umówionym na wypadek potrzeby odpoczynku. Kiedy byliśmy o dwie godziny od Kijowa, Olha podziękowała za gotowość przyjęcia i poinformowała Ludę, że jedzie się dobrze i nie skorzystamy z noclegu. Kiedy jednak auto zdechło i Serhij Dobry Człowiek odholował nas do Kijowa, korzystaliśmy z gościny Ludy i Miszy przez dwa dni.

Luda podwoziła nas, pozbawionych samochodu, gdzie było trzeba. Siłą rzeczy, kiedy przejeżdżaliśmy przez Buczę i Irpiń opowiadała, co się tu działo. Kilka razy płakała. „Nie nadaję się na przewodnika”. Misza tylko pokazywał palcem i wypowiadał po jednym słowie w rodzaju „ruscy”, „spalone” etc.

Jeszcze mniej mówił taksówkarz, który odwoził mnie do Kijowa na pociąg. Nie mówił w ogóle nic, tylko pokazywał to na prawo, to na lewo: ślady po pociskach, ogromne hałdy wypalonych skorup samochodów, zburzone budynki.

Wojna powoduje, że mam czelność zadawać pytania, z którymi w innych okolicznościach nie śpieszyłbym się. Kiedy Luda wyliczyła, że już 20 lat są z Miszą, spytałem:

– A jak się poznaliście, to co ci się bardziej u Miszy spodobało, uśmiech czy dżentelmeneria?

– Nie widzę powodu, żeby nie przyznać się, jak było – zaczęła Luda. I opowiedziała, że oboje byli już po rozwodach, ona z facetem, który uczucia okazywał jej za pomocą prezentów, na przykład dyndając jej obleśnie przed nosem kluczykami od lexusa (pokazuje, jak obleśnie). Chodziła do pracy i zabierała ze sobą córeczkę, której nie miała z kim zostawić. A w pracy córka od razu biegła „do Miszeńki”, z którym się bardzo polubili. I Luda mogła spokojnie pracować, podczas gdy wujek Miszeńka zajmował się jej dzieckiem. Potem Misza zaczął dawać dziewczynce słodycze, potem coraz więcej słodyczy, tak że i dla mamy starczało, potem do słodyczy dołożył kwiaty, a potem to już wszystko samo się potoczyło, jak to w życiu.

Bardzo mi się ta opowieść spodobała. Zachowuję ją w pamięci jako jedną z najbardziej romantycznych opowieści wśród wielu historii romantycznych inaczej, jakie usłyszałem na Ukrainie.