Imiona wojny, c. d.
Wałentyna
Poznaliśmy się na schulzowskim festiwalu w Drohobyczu w 2018 r. Poprosiłem Wirę Meniok, żeby znalazła mi kogoś dwujęzycznego do pomocy przy nagrywaniu drohobyckich dzwonów, a ona poleciła mi „swoją najlepszą studentkę”. Od razu się ogromnie polubiliśmy. Wałentyna twierdzi, że język ukraiński ustępuje polskiemu tylko w jednym: nie ma w nim określenia „Przyjaźń od serca”, a bardzo by się przydało, bo właśnie tego rodzaju uczucie nas łączy.
Gdyby nie ona, nie zacząłbym jeździć na Ukrainę zaraz po wybuchu wojny w 2022 r. Kiedy o tym opowiadam (np. w rozdzialiku Imion wojny znacząco zatytułowanym Jacek), podkreślam, że bałem się tylko ewentualnej logistycznej kompromitacji na międzynarodowym forum i że miałem szczęście przypadkiem znaleźć się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Przypadek ów miał na imię Wałentyna, bo akurat kilka dni wcześniej odwoziłem ją, studiującą już w Polsce, do jej mamy. I kiedy w lutym 2022 pojechałem bez większego sensu na granicę z Ukrainą i odkryłem, że jestem całkiem blisko przejścia w Budomierzu, to naturalną koleją rzeczy było ją przekroczyć. W mniejszym bowiem stopniu jechałem „w nieznane” i „na tereny ogarnięte wojną”, niż dobrze sobie znaną trasą do braci Ukraińców. Wałentyna stała się też moim człowiekiem na Ukrainie, kiedy trzeba było mnie pilnować, żebym nie zapomniał paszportu, nie zabłądził, nie wjechał niechcący do Rosji… Do dzisiaj, choć od dłuższego czasu mieszka za oceanem, służy mi pomocą, kiedy nie wiem gdzie jestem na Ukrainie, kiedy trzeba mi doładować ukraiński telefon albo auto się rozkraczy i trzeba mi kupić przez Internet bilet na pociąg, czego na razie nie opanowałem. Zresztą, po co opanowywać, skoro Wałentyna jest niezawodna.
Właśnie: nigdy się na niej nie zawiodłem.

Przyszła na świat w rodzinie wojskowego. Całe dzieciństwo spędziła w wojskowym miasteczku. Praktycznie wszystkich chłopców stamtąd wysłali na front. Dlatego częściej niż „statystyczna” Ukrainka dowiaduje się o śmierci kolegów z dzieciństwa.
Dlatego bardziej niż „przeciętna” Ukrainka boi się o mamę i o swój dom.
Płacze częściej, niż wskazuje i tak wysoka wojenna średnia krajowa.
Z jej wiadomości łatwo wywnioskować, jaka obecnie jest sytuacja na Ukrainie. Już przed przeczytaniem wiem, że jeśli wśród emotikonów są pęknięte serca, to jest źle. Jeśli są żółte i niebieskie, to zaświtała gdzieś jakaś nadzieja.
Podziwiam ją z wielu powodów, ale najbardziej dlatego, że ma siłę żyć.
Dzień po tym, jak pomarańczowa małpa pochwaliła się światu czerwonym zadkiem w owalnej oborze, Wałentyna napisała (korespondujemy po polsku z ukraińskimi wtrętami, które dla Was przełożyłem):
Poniedziałek przeżyłam.
Piątek chyba też sobie zaliczę, bo już 10:36 pm.
Ciężki dzień. Obudziłam się o 5 i wiedziałam, że już nie będę mogła zasnąć. Jak wzięłam telefon do rąk, to przeczytałam że zginął Wasyl Ratusznyj, brat Romana Ratusznego, który zginął w 2022 roku.
Zabrakło mi powietrza. Wciąż brakuje mi powietrza na myśl, że mama, Switłana Powalajewa, straciła dwóch synów…
A ktoś inny całą rodzinę. Takich historii są tysiące.
To jest wiersz Wiktorii Ameliny, który napisała po śmierci młodszego syna Switłany, Romana:
ona ma syna i ja też mam syna
przed wojną miała ich dwóch
mój to od zawsze był jednak jedynak
i nie wiem jakich użyć słów
żeby wyjaśnić że wciąż ma dwóch synów
że ten jasnooki nie znikł nie zginął
że co dzień go rodzi i krzyczy i prze
lecz nie wtóruje jej krzyk noworodka
bo chłopczyk nijak nie krzyczy w ogóle
choć ona codziennie rodzi go w bólu
on tylko patrzy z ciemności ze środka
jak gdyby błagając o pomoc dla niej
lecz ona rodzi go jedna jedyna
ciemność pomiędzy nią a mną stanie
bo ona ma syna i ja też mam syna
przed wojną miała ich dwóch
a mój to zawsze był jednak jedynak
i nie wiem jakich użyć słów
żeby wyjaśnić że my we dwie
mamy tych synów nie dwóch ale trzech
A teraz już nie ma Romana, nie ma Wiktorii, nie ma Wasyla.
Podczytywałam zawsze posty Switłany i myślałam tylko, aby Wasyl żył, bo nie mogłam sobie wyobrazić tego, że on też może zginąć… No a potem już chyba wiesz, w ciągu dnia ta pomarańczowa małpa kolejny raz wylizała dupę rosji. Fuj.





