KOGUT CEBULI
– Połóż się na mnie – poprosiła. Grawitacja,
nasza ostatnia siła. Pociągnięte pokostem
oczy w oczodołach nie przestają wołać.
Brnę ku jej brzegowi przez bezbrzeżną połać.
Zbiegają się linie. Rozchodzą się koła.
Odmienia moje imię przez swoje przypadki.
Żeby w żadnym przypadku nie umierać osobno.
– Gdyby się nie udało... – zaczynam i nie kończę.
Zapada zręczna cisza. Kra napiera na przęsła.
Ktoś przerzuca kartkę jakby przeładowywał broń.
– Zapamiętajmy tę kruchość i niech przypomni ją sobie
to z nas, które by miało, po prostu, no, wiesz,
gdyby przyszło nam kiedyś leżeć w pojedynkę.
Zapiszmy sobie wszystko. Ciszę. Jak ważą nasze ciała.
Mój szept i to ledwie słyszalne pianie koguta teraz.
– To kogut Cebuli – mówi. – Ostatni kogut we wsi.
Mój łeb jak odcięty spoczywa na jej piersiach,
nie odróżniam jej pulsu od własnego tętna. Pojętna,
wie: książki pójdą na przemiał a Domy pod wynajem.
Zachłysnę się własnym oddechem. Wolnością się najem.