Kształcisz kalectwo interdziedzinowe

Staję przed Wami na baczność i w patriotycznej bieliźnie, gdyż hymn państwowy mam na końcu języka. Wpierw jednak uspokajam, że zapowiedziana przez p. Czarnka kolejna konserwatywna kontrrewolucja (dalej: ko-ko-ko) nie powiedzie się. Sam się z tym zdradził, ogłaszając, że orężem ko-ko-ko będą m. in. „znakomite komiksy dla dzieci i młodzieży pięknie pokazujące w pozytywny sposób historię Polski również”. Już ja widzę te komiksy! Już teraz, przed ko-ko-ko, jest nieźle, o czym wiem, odkąd pandemiczna zapaść szkolnictwa uczyniła mnie guwernerem własnej córki i zaglądam do aktualnych podręczników. Pochylmy się choćby nad tym, czego w podręcznikach ko-ko-ko ma być więcej i więcej: nad liryką patriotyczną. Wiadomo: oświecenie, rozbiory, ojczyzna w potrzebie, pisarze do piór. Hymn do miłości ojczyzny Krasickiego równie głośny wyznaniem, że dla ojczyzny „Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać”, co enigmatyczny we fragmencie „Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny”. Autorzy Sztuki wyrazu Gdańskiego Wydawnictwa Oświatowego przytaczają legendę, wg której Krasicki napisał swój hymn po tym, jak pędził biskupią taradajką w terenie zabudowanym i potrącił żołnierza, który w ostatnich swych słowach, zamiast opierdzielić woźnicę, który go właśnie zabił, zaczął dłuższą nawijkę „o miłości i poświęceniu dla ojczyzny”. I dodają: „Współcześnie pieśń jest śpiewana przez podchorążych szkół wojskowych podczas uroczystości inauguracji roku akademickiego”. Powołują się na legendę, a przemilczają znany fakt, że pieśń jest fragmentem Myszeidy, w związku z czym podchorążowie dzisiejsi wyśpiewują myśli Gryzomira, samca myszy wracającego z emigracji do ojczystej mysiej dziury. Przemilczają, że w artykułach w „Monitorze” Krasicki wyraźnie i dobitnie przedkładał życie dla ojczyzny nad umieranie dla niej, że z niegotowej jeszcze Myszeidy wyjął jedną oktawę i dla zabawy opublikował ją w numerze „Zabaw Przyjemnych i Pożytecznych” i że potem nawet sparodiowanie własnej parodii w Monachomachii, gdzie ojczyznę zastąpił szklanicą, nic nie pomogło. Zanim autor zdołał cokolwiek wyjaśnić, przemyślenia Gryzomira stały się „odmawianą jak pacierz patriotyczną modlitwą i nieoficjalnym hymnem narodowym”, jak podaje Małgorzata Strzałkowska w książce „Mazurek Dąbrowskiego”.            

Tę przezabawną monografijkę hymnu poprzedził złożoną w pięknej polszczyźnie („Kiedy zaczynało braknąć siły państwu…”) przedmową prof. dr hab. Jan Żaryn. W poincie jej prof. dr hab. kładzie imprimatur: „Jest to rzetelne kompendium wiedzy. Dziadkowie i rodzice mogą z czystym sumieniem czytać do poduszki kolejne zwrotki hymnu i wspólnie z dziećmi, jak w przypadku modlitwy, analizować ich głęboką treść”. Siusiu, Mazurek, spać! Napisaną na kolanie przez Józefa Wybickiego żołnierską piosenkę p. Strzałkowska przytacza zarówno w wersji oryginalnej, jak i w tej okrojonej i przerobionej na potrzeby państwowego hymnu. Analizując z córką głęboką treść, posiłkowaliśmy się podręcznikiem „Przeszłość i dziś” Krzysztofa Mrowcewicza (wydawnictwo Stentor i Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne), odpowiadając na zadawane przez niego pytania. Zabawa przyjemna i pożyteczna. „W jaki sposób tekst Pieśni Legionów nawiązuje do folkloru?” „Tekst utworu w ogóle do folkloru nie nawiązuje”. Największą frajdę sprawił nam autor podwójnym pytaniem: „Jakie formy czasowników dominują w refrenie? W jakim celu poeta je zastosował?”, na które odpowiedzieliśmy samowtór, że w refrenie dominuje forma czasownika „złączym się”, gdyż innego czasownika w refrenie nie ma, i że poeta zastosował go w celu, żeby zdanie przez niego zbudowane posiadało orzeczenie. Tego ostatniego nie byliśmy pewni, bo koślawością swych zdań Wybicki wybitnie się nie przejmował. Za to p. Strzałkowska przejmuje się bardzo i wszelkimi sposobami próbuje jego nieudolność usprawiedliwić. Wyjaśnia, że Wybicki każe legionistom przejść najpierw Wisłę, a dopiero potem Wartę, bo „trasa marszu Legionów Dąbrowskiego miała prowadzić od południa, znad Adriatyku, na północ”. Moja córuś wyraża opinię, że polskie oddziały nie stacjonowały nad Adriatykiem, ale w Lombardii, na północy Włoch, i że gen. Dąbrowski prosił Napoleona o pozwolenie przedzierania się na wschód przez Chorwację i Węgry, żeby zaatakować Galicję od strony Bukowiny, ale to i tak nieistotne, bo w tekście Wisła tylko dlatego wyprzedza Wartę, że nie rymuje się z Bonapartem. A Bonaparte był Wybickiemu niezbędny, bo podlizywanie mu się było jedyną nadzieją na wybicie się na niepodległość; nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że wielki kurdupel zamiast ku Wiśle i Warcie rzuci Legiony Polskie na Haiti Czarnej Kitty na pożarcie. W mojej ulubionej strofie Pieśni Legionów, tej, w której „hasłem wszystkich zgoda będzie”, ale dopiero po uprzednim jęciu się pałasza, p. Strzałkowska zauważa pewną nieskładność składni, ale usprawiedliwia ją, bo „i dziś mamy kłopoty z imiesłowami” (jak macie, to nie piszcie książek, zwłaszcza adresowanych do uczniów). Nie zauważa natomiast, że w ostatniej linijce ostatniej strofy Wybicki popełnił poetyckie samobójstwo tragicznie gubiąc metrum („Kościuszkę Bóg pozwoli”). Krótko mówiąc, p. Czarnek, który właśnie odkrył rodzinę jako nową gałąź nauki („Zastanawialiśmy się, gdzie ją umiejscowić, czy w dziedzinie nauk społecznych, czy nauk teologicznych, a może powinna to być nauka interdziedzinowa”), winien od razu odkryć hymnopedię, by móc wzmóc żądz moc i kolejne zwrotki czytać do poduszki interdziedzinowo również.