Jak co roku, pojechałem do Świdnicy na Biesiadę Literacką, czyli ogólnopolski zlot biesów powiązany z premierą książki nagrodzonej w konkursie, w którym mam przyjemność od kilkunastu lat jurorować, a czasem nawet jurorzyć. W tym roku nagrodzona została książka Jacka M. Hohenseego „Czatbot. Liryki społecznościowe”. Wiersze frapujące, nadążające, chwilami wyprzedzające. Na kuperku (nie mylić ze skrzydełkiem) napisałem: „W nowych formach komunikacji Hohensee wskrzesza tradycyjną formułę Du-lyrik i na naszych oczach rodzi się coś, czego jeszcze nie było: liryki społecznościowe. W każdym z nich jakieś »my« mówi do jakiegoś »ty« w sposób, który wywołuje tęsknotę za jakimś »ja«. Ale gdzie tego »ja« szukać?”
Jacek M. Hohensee pisze wiersze takie jak ten:

Odbył się też wernisaż pana Jacka, który tworzy wielkiej urody drobiazgi z kamieni, i to nie byle jakich, bo apropo… atropos… a-po-tro-pa-icz-nych. Właśnie, apotropaicznych. Ponadto biesowanie połączone było z bisowaniem Jadwigi Tomczyńskiej i Łukasza Matyasika, którzy wystąpili na skwerze z dzikami, tzn. skwer był z dzikami, bo tak się go w Świdnicy nazywa, a artyści wystąpili bez dzików, za to z harfą i gitarą i m. in. „Hallelujah” Cohena pięknie wykonali. Podczas ich koncertu podszedł do mnie człowiek z brodą i zaczęliśmy rozmawiać. Okazał się być sympatycznym siostrzeńcem czy innym prapociotkiem Ryszarda Milczewskiego-Bruno. Uczciwie przyznałem, że chociaż mam szacunek dla osób nie żyjących, to z wierszy Milczewskiego pamiętam tylko początek wiersza poświęconego żonie: „ty jesteś dla mnie taka umarła / leżysz obok zimna jak astra”.
Nie pamiętam, choroba, autora powyższych zdjęć, ale przepraszam go i pozdrawiam.
Za rok dwudziesta biesiada w Świdnicy, więc przyjadę znowu. A teraz jak wracałem, to stara baba Natura zapewniła mi takie waruny do słuchania Aleksandra Wata, że daj Boże każdemu. Ale to chyba jednak szczęście trzeba mieć i poetą trzeba być.
A w Opolu poszedłem na spotkanie z Szymonem Ogłazą i Zbigniewem Kubalańcą. Ogłaza opowiadał, jak to jeździł po różnych takich Albaniach i że raz był też w Szwecji i poprosił, żeby mu pokazali, co mają rozpierdolonego, i Szwedzi niczego takiego dla niego nie mieli. A Kubalańca opowiadał, jak jeździł śladami Ogłazy i że na własne oczy widział, że rzeczy kiedyś rozpierdolone obecnie już takie nie są. Słuchałem jak urzeczony i widziałem, że było to dobre.
A potem pojechaliśmy z Agnieszką i Tomkiem Różyckim do Drohobycza na mój ukochany Schulzfest. Jak Żadan z Michnikiem rozmawiali, to Marharytka tak wspaniale tłumaczyła ich rozmowę, że nikt nie słuchał co oni mówią, tylko wszyscy słuchaliśmy, jak ona przekłada. A w alei poległych na wojnie z putinem Drohobyczan tak strasznie przybywa zdjęć pięknych chłopców. I z Hałynką Kruk sobie wreszcie trochę więcej pogadaliśmy i ona tak ciekawie opowiadała o roli krowy w jej życiu. I zahaczyliśmy o Lwów, i Tomek pokazał tam wszystkim Dom, w którym urodził się jego Ojciec, a mieszkał Andrij Bal. Ojciec Tomka pamiętał czereśnię, której owoce zrywał stojąc na balkonie. I ta czereśnia wciąż stoi we Lwowie, i leżą pod nią owoce, i kiedy je zobaczyłem, to powiedziałem Tomkowi, że jego staremu się pomyliło, bo to wiśnie, a nie czereśnie. Ale potem się okazało, że się nie znam i to mnie się pomyliło, bo to drzewo czereśniowe, tylko trochę zdziczało.
A potem polecieliśmy z Marianką do Bergen na koncert Patti Smith. Marzyłem o jednym: żeby zaśpiewała „Ghost Dance”. Ale to taki staroć, że nie spodziewałem się, że go zaśpiewa. A ona właśnie od niego zaczęła koncert. Jakby wiedziała, że jestem tam pod sceną i czekam.
Tyle mam wspomnień z „Ghost Dance”! Zbyszek „Majk” Osmulski, ten co już nie żyje, miał w Toruniu płytę „Easter” z tym utworem i innymi też wspaniałymi, ale nie aż tak. Skopiowałem ją na kasetę i katowałem siebie i innych. Dobromira Kożucha i Zbyszka Derdę katowałem „Tańcem Ducha” na imprezach „młodoliterackich”, jeszcze komuszych, w latach 80.! Tak, za sprawą Patti Smith duch Manitou unosił się młodymi poetami późnego PRL-u i nie żałował im ani ognia, ani wody ognistej. A paręnaście dni temu syn Zbyszka Derdy napisał do mnie, że Zbyszek też umarł.
A ja żyję i żyję. Marianka mówi, że w przyszłym roku Patti Smith wystąpi na openerze, to znów pojedziemy. Żeby tylko termin nie kolidował z biesiadą w Świdnicy. A w listopadzie znów pojadę do Drohobycza, na Drugą Jesień Wiry Meniok i Brunona Schulza. Już szykuję ukraińskie wersje swoich przebojów, Natalka Tkaczyk pięknie mi je przetłumaczyła.
A na pogrzeby to raczej nie będę jeździł, nawet mnie nie zapraszajcie.





