Mikołów forever

Wypełniona do ostatniego miejsca sala Instytutu im. Desmonda Tutu w Mikołowie zatrzęsła się od oklasków, kiedy wkraczałem na scenę, aby zapoznać społeczeństwo Mikołowa z najnowszą swoją twórczością. To jedno puste miejsce, które widzicie na zdjęciu, nie liczy się, gdyż jest to miejsce obok kierowcy. Kierowcą był pan Tomasz Molitor, który bardzo zgrabnie wszystkim pokierował. Np. zaproponował, żebym wszystko przekreślił w druku PIT-2, którego nie rozumiałem. A Wy, zamiast wytykać mi jedno rzekomo puste miejsce, zwróćcie lepiej uwagę, że dopiero wchodzę, a już mi biją brawo. To dlatego, że jestem bardzo lubiany w Mikołowie.

Podczas spotkania poświęconego pamięci Arka Kremzy skromnie zająłem miejsce stojące z tyłu pojazdu, blisko cateringu. Na który nawet nie spojrzałem, bo znam ja te wszystkie cateringi, jebać ścierwojadów. Poza czytaniem wierszy Kremola był wyświetlony montaż jego filmików z netu, z którego jasno wynikało, że Kremol był bardzo dowcipny. Już teraz mówię, że jak umrę, to też chcę żeby w Mikołowie zrobili montaż z moich filmików. Już teraz zapraszam, wstęp wolny.

Spotkanie było bardzo fajne, naprawdę. Czytałem wiersze i ludzie naprawdę słuchali. Wyłapuję bezbłędnie, kiedy słuchają a kiedy tylko udają, że słuchają. Pani Agnieszka Włoka pytała mnie, co ja sobie myślę w ogóle. Pytania z sali też były. I wyjątkowo dużo było pytań trafionych. Pytania trafione to pytania nie tylko próbujące dociec czegoś, czego warto dociekać, ale też zadane w odpowiedniej chwili. Np. pani Agnieszka spytała o dawne czasy, kiedy byłem dzikim włóczęgą, wędrowałem na kraj świata i wiatr dreadlocki mi zaplatał i rozplatał. I czy czasem dzisiaj nie jestem dzikim włóczęgą, choćby metaforycznie, bez wiatru zaplatającego dreadlocki i węzełka na ramieniu. A spytała o to akurat chwiluńkę po tym, jak czytałem wiersz bez tytułu zaczynający się od „»Wychodzę«. / Powiedziałem to na próbę i teraz muszę”. I mogłem odpowiedzieć, że tak, że ten wiersz przed chwilą był właśnie także i o tym. Dlatego w połowie bohater liryczny mówi: „Orientuję się w bezprawiu po swojemu, według gwiazd”, a na końcu stoi: „Pies, żeby być przydatnym, musi tu być złym psem. / Biskup wśród nocnej ciszy pisze Myszeidę. / Glut monitoringu kołysze się pod gzymsem. / Patrzcie, jak idę”. Tak odpowiedziałem.

Kiedy zwierzyłem się, jak ciąży mi obowiązek mówienia chrześcijanom, że są kretynami a mięsojadom, że są nekrofagami, podobny do Marcina Sendeckiego ale niebędący nim człowiek który na pierwszym zdjęciu bije brawo pani, której patrzy w oczy, udając że bije brawo mnie, zapytał, czy zdarza mi się spotkać z ripostą ze strony publiczności. Odpowiedziałem szczerze, że nie, i że lubię na początku tzw. wieczorku poetyckiego wypowiedzieć kilka oczywistych Prawd w celu wstępnego odcedzenia z publiczności osób zbulwersowanych, które ostentacyjnie wychodzą dzięki czemu można się dalej dobrze bawić już we własnym gronie.

Ktoś pamiętał, że Kremol prowadził kiedyś spotkanie ze mną w Tychach. Ja pamiętałem, że ukradł kiedyś dla mnie w barze kufel do piwa, który długo mi służył. Ogromną przyjemność sprawił mi człowiek, który pamiętał, jak w czasach radia prawdziwego, znaczy się nadawanego za pośrednictwem fal radiowych, słuchano w okolicy, czyli na granicy zasięgu fal, mojej “Studni” nadawanej z Opola. On też pamiętał, że sto lat temu powiedziałem, że chcę się przestawić z wege na wegan i zapytał mnie o zwierzęta. I to znów było bardzo trafione pytanie, bo akurat miałem przy sobie wiersz „Próba zwierząt (res curiosa)”, który już się drukuje w książce „Echo wydarzeń” w A5 i w którym dokładnie wyjaśniam, co trzeba. A ponieważ to jest bardzo długi wiersz, to tylko kawałki przeczytałem, np. taki:

Człowiek jest to zwierzę, które się wyrwało
i zaszło za daleko. Płochliwość zmienił w płochość,
głód wymienił na czczość. Nauczył się też szczuć.
Stuningował świat tak, żeby się nim otumaniać.
Ziemia skrwawiona rosą wydaje mu się zroszoną krwią.
Wszechstronne konkursy konia zdziwionego,
strzelanie do sylwetki nieuzasadnionego dzika,
romantyczne wzloty via sentymentalne gnioty,
człowiek miarą wszechrzeczy, pieprzenie uszlachetnia,
śmiech na sali, wycie z bólu na rozlewiskach
i „środki irytujące”, żeby nie powiedzieć: imbir.
Tak, panie i pannice trwające w zachwycie
nad „odsadą” ogiera: to imbir w odbycie!

Potem spotkanie się skończyło. Następnie okazało się, że catering przygotowali Marcin Bies i jego narzeczona, w związku z czym był absolutnie wegański. I niebiański, bo na szczęście nie wszystko jeszcze było zjedzone. Potem był koncert „Hańby!” podczas którego pogadaliśmy chwilę z Bartłomiejem Dyduchem, który w ogóle mnie zaprosił do tego Mikołowa i chyba nawet jest jakimś dyrektorem czegoś, chociaż nie jestem pewien, bo teraz jesteśmy już na ty, bo okazał się gościem siedzącym w klimatach i o RUTĘ nieszczęsną mnie pytał, więc mogłem mu opowiedzieć, jak mnie z niej wyrzucali katapultą, którą sam uruchomiłem.

Potem spytałem Bogdana Prejsa, który wydał mi się smętny albo zmęczony, czy zrobimy pół litra, ale tylko się zaśmiał. Pewnie wiedział, że pytam żartem. Te zdjęcia, co tu wrzucam, wziąłem ze strony Gazety Mikołowskiej i chyba właśnie Bogdan je zrobił, chociaż chyba nie wszystkie, bo na tym powyżej sam jest przecież uwieczniony między Bartkiem a Marcinem.

Uwieczniony, ładne słowo. A ładne słowa lubimy, nawet gdy są nieprawdziwe.

Jac Po
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z plików cookie, abyśmy mogli zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o plikach cookie są przechowywane w Twojej przeglądarce i wykonują takie funkcje, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje strony internetowej są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.