Tak bardzo pragnę zawładnąć Waszą wyobraźnią, że zacznę w stylu, którego nie lubię. Wyobraźmy sobie końcówkę marca 1980 r. W powietrzu czuć wiosnę i może to „coś”, co poprzedza sierpień ’80. Kilka dni temu odbyły się wybory do sejmu i rad narodowych, w których naród wykazał „powszechne poparcie dla programu i kandydatów Frontu Jedności Narodowej”. Jesteśmy w Opolu. Za trzy miesiące festiwal, podczas którego powiew nowego dadzą nam odczuć Kora i Izabela Trojanowska, ale też Kaczmarski z „Obławą”. Nie wystąpi w opolskim amfiteatrze Anna Jantar, dwa tygodnie temu zginęła w katastrofie „Kopernika”. Ale festiwal piosenki nie jest jedynym, jaki odbywa się w Opolu. Włączamy radio i ponieważ po południu czwarty program nadaje produkcje lokalnej rozgłośni, trafiamy w środek audycji zdającej relację z zakończonych przed tygodniem VI Opolskich Konfrontacji Teatralnych.
Tak rozmawiały o teatrze w 1980 r. dwie młode dziennikarki Redakcji Literackiej opolskiego radia, autorka audycji Magda Blimel i jej redakcyjna koleżanka Regina Wasiak. Chcę uzmysłowić Wam tym nagraniem, jak ciekawa ekipa musiała stanowić wówczas Redakcję Literacką. Jeszcze po półwieczu audycja potrafi wciągnąć. Opolskim dziennikarkom udało się ją zrobić profesjonalnie, nie tracąc nic ze szlachetnego zaangażowania charakterystycznego raczej dla amatorów. Słuchałem też innych, charakterystyczne dla PRL-u drętwe rozmowy z urzędasami od literatury również się wśród nich pojawiały, ale niezmiennie mam wrażenie, że zawiadującemu Redakcją Literacką Kazimierzowi Kowalskiemu trafił się prawdziwy skarb. Dziennikarka rugająca jurorów festiwalu teatralnego za niesprawiedliwy werdykt i promująca nazwę Opolskie Kompromitacje Teatralne to jednak jakiś ewenement w usypiającym eterze tamtych lat. Z taką załogą chciałoby się podbijać świat! Niestety, moja dzisiejsza opowieść traktowała będzie o tym, jak Kazimierz Kowalski i esbecja Jaruzelskiego nie tylko rozwalili tę redakcję, ale też wleźli z buciorami w życie osobiste młodych dziennikarek, odciskając ślad, którego nigdy nie uda im się całkiem zetrzeć.

Kazimierz Kowalski wciąż bywa wspominany w Opolu jako zasłużony jego obywatel (otrzymał zresztą taki oficjalny tytuł), wybitny pisarz i znakomity dziennikarz; rzadziej i ciszej słyszy się określenia: karierowicz, komuch, grafoman. Nawet dzisiaj, w marcu 2026 r., kiedy przychodzę do Biblioteki Wojewódzkiej po jego stare książki, mijam go na tableau czczącym komunistyczny Związek Literatów Polskich, którego opolski oddział zakładał. Za moich radiowych początków w 1991 r. jeszcze nazywano go „mistrzem”, ale już słyszalny był cudzysłów, w jaki brano to określenie. Chodzącą legendę opolskiej rozgłośni odsuwano wtedy na boczny tor. Piastował funkcję „sekretarza programowego”; odnosiłem wrażenie, że stworzoną specjalnie dla niego, żeby nie wiedział, na jakim torze i kursie faktycznie się znajduje. Dla mojego pokolenia sekretarz znaczył tyle co sekretarka, jemu kojarzył się pewnie z pierwszym sekretarzem. W 1992 r. dostał zawału i trafił do szpitala, a po powrocie czekało już na niego przygotowane przez red. nacz. Witolda Nowickiego wypowiedzenie z powodu osiągnięcia wieku emerytalnego. Kiedy się spotykaliśmy w późniejszych latach, wielokrotnie wspominał tę wyrządzoną mu przez Nowickiego krzywdę.
Wśród niepotwierdzonych domysłów na temat Kowalskiego miałem i ten, że był kobieciarzem. W „męskich” rozmowach sam się na takiego kreował, ale jako mitoman-gawędziarz i samochwała nie do końca zasługiwał na zaufanie. Jednak w historii opolskiej rodziny radiowej złotymi zgłoskami zapisało się zdarzenie, o którym kilkakrotnie mi przy papierosku lub w innych sprzyjających okolicznościach opowiadano. Mój pierwszy szef w Placówce Macierzystej, wzmiankowany Witold Nowicki, miał ugodzić Kowalskiego sierpowym sprawiedliwości w związku z faktem, że Kowalski na terenie rozgłośni Polskiego Radia w Opolu emablował żonę Nowickiego, również dziennikarkę, w sposób znacznie przekraczający dopuszczalne granice w tym względzie. Historia wydawała się o tyle nieprawdopodobna, że Kowalski już jako nastolatek w partyzantce pińczowskiej za jednym zamachem nieuzbrojonej pięści kosił cały zagon niemieckiego najeźdźcy, co widział na własne oczy i o czym chętnie opowiadał. Byli jednak świadkowie, którzy zza firan obserwowali jednostronny pojedynek pięściarski i notowali w pamięci, co trzeba. I oni potwierdzali, że Nowicki najwyraźniej trafił na słabszy dzień byłego „bechowca”.
W czasach, do których wracamy, oprócz Magdy Blimel i Reginy Wasiak w Redakcji Literackiej pracował Bogusław Nierenberg. Zapytałem, jak on zapamiętał Kowalskiego.
Kowalski urodził się w 1926 r. w podgrudziądzkim Chełmnie. Podczas wojny mieszkał z rodzicami w Kieleckiem, pod Pińczowem. Od 1942 r. walczył w partyzantce Batalionów Chłopskich, był żołnierzem oddziału specjalnego Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. W marcu 1945 wrócił do Chełmna, w czerwcu przystąpił do tajnej organizacji zbrojnej „Niezwyciężona” Jerzego Zounera. „Niezwyciężona” działała raptem miesiąc lub dwa, w październiku Kowalski z czternastoma kolegami i jedną koleżanką stanął przed sądem wojskowym w Toruniu oskarżony o dążenie do obalenia ustroju państwa. Dostał pięć lat, ale nie odsiedział ich, bo wyszedł w grudniu 1945 r., prawdopodobnie na mocy „przedłużonej” amnestii sierpniowej. Inaczej niż skazany na karę śmierci, ale też amnestionowany Zouner, który wybrał los „żołnierza wyklętego” i zakładał kolejne organizacje niepodległościowe, Kowalski zapisał się do ZWM i PPR. Ukończył przyśpieszone kursy szkolnictwa średniego. Od 1947 r. studiował we Wrocławiu, w 1948 ożenił się, został działaczem SD i na jego polecenie przeniósł się po studiach do Opola. Od 1954 r. pracował w tutejszej rozgłośni. Udzielał się w ZLP i w ZBoWiD-zie, dostał strasznie dużo nagród i odznaczeń, zrobił 130 słuchowisk, napisał 30 książek, bohaterem co najmniej kilku z nich uczynił własne alter ego. Jesienią 1979 r. pracował nad zamówionym przez telewizję scenariuszem wieloodcinkowego serialu o Batalionach Chłopskich pod oryginalnym tytułem „Żywią i bronią”. Chyba nie bardzo mu wyszedł, bo serial nie powstał. A może czasy przestały sprzyjać kręceniu gniotów.
Ponieważ obaj byliśmy pisarzami, sądził, że to nas łączy, a ja nie dawałem po sobie poznać, jak bardzo nas to dzieli. Byłem zbuntowanym poetą świeżo po debiucie, on konformistycznym prozaikiem z ogromnym dorobkiem. Wyrażał przesadny podziw dla moich wierszyków wydawanych przez Brulion, ja z kolei, kiedy rozmowa schodziła na jego twórczość, od razu wychwalałem pod niebiosa film „Piękny był pogrzeb, ludzie płakali” na podstawie jego scenariusza, żeby nie musieć się przyznać, że nie przebrnąłem przez żadne jego dzieło piśmienne.
Dziś częściowo nadrabiam te zaległości, ale idzie mi ciężko. Pióro miał Kowalski tępawe, dowcip nadzwyczaj ciężki, język poprawny, ale niewyrazisty, fabuły tworzył od czapy. Spróbowałem ugryźć trzy jego dzieła, których autobiograficznemu charakterowi za życia nie zaprzeczał. W „Partyzant nie składa broni” alter ego Kowalskiego, wracając z partyzantki Batalionów Chłopskich w Kieleckiem, wjeżdża na sowieckim tanku do rodzinnego miasta leżącego między Grudziądzem a Toruniem. Jego zadaniem jest m. in. strzec miasta przed szabrownikami. W liście do rodziny chwali się, że udało mu się wyszabrować całe umeblowanie mieszkania, nawet pianino. Tylko pościeli nie ma – żali się, że będzie ją musiał kupić „od tych cholernych szabrowników”. W hotelu, w jedynym nierozszabrowanym – z powodu krwi na ścianach – pokoju, szabruje poniemiecką lampę. Każe ją potem nieść za sobą Niemcowi, którego przerażeniem się delektuje. Następnie alter ego Kowalskiego idzie organizować Związek Walki Młodych. Po Drodze ratuje z rąk polskich dziewczynę, córkę Polki i Niemca, którą ręce polskie zamierzały zgwałcić i zabić. Niedługo potem alter ego Kowalskiego trafia do aresztu, bo ujął się za więzionym kolegą szkolnym, akowcem. Zostaje zwolniony. Wszystkie dziewczyny, jakie pojawiają się w książce, lecą na niego z półniemką na czele. Alter ego Kowalskiego wącha ich włosy. „Poczułem ciepło jej ciała, zapachniały włosy”. „Czuję zapach jej włosów, puszystych, jasnych, lekko sfalowanych”. „Przysunęła się bliżej. Zapach włosów, łaskotanie”.
W „Przygodach dawnego partyzanta” alter ego Kowalskiego zapisuje się do szkoły. Wspomina partyzantkę pod Pińczowem. Na lekcji odważnie wygłasza pogląd, że AK walczyła z Niemcami i że nie wolno „stawiać znaku równości między Armią Krajową a dzisiejszym podziemiem”. Wspólnie z kolegami tropi i katuje drewnianymi pałami chłopców z dzisiejszego podziemia, którzy zbezcześcili cmentarz żołnierzy radzieckich. Ponieważ dziewczęta lecą na niego, alter ego Kowalskiego wiąże się z Isią. Kiedy Isia puszcza się ze szkolnym lekarzem, alter ego Kowalskiego puszcza się z Helą i rozmyśla nad kobiecą naturą, w którą wpisana jest niewierność. Zaleca się też do całkowicie mu obojętnej Zosi, tylko po to, żeby sprawdzić, czy potrafi zdobyć dziewczynę w 10 minut. Ale przez całe pół książki, które przebrnąłem, ani razu nie wącha włosów. Kowalski zyskuje w moich oczach jako pisarz także dzięki romantycznym dialogom, np. Isia mówi w łóżku do alter ego Kowalskiego: „Masz takie oczy, jak mój dziadek, kiedy się dobierał do babci, żeby spłodzić mojego tatę”.
W późniejszych o wiele lat (napisanych w 1993, wydanych w 2003 r.) „Nocnych mgłach” Kowalski na wstępie przeprasza wszystkich, których w tej książce „mimowiednie” urazi lub dotknie. O ile poprzednie dwie książki, które nadgryzłem, były głupie i zwyczajnie nudne, ta jest tak źle napisana, że aż wciąga. Tym razem alter ego Kowalskiego leczy się w szpitalu po zawale jako mężczyzna „po sześćdziesiątce”. Już na pierwszych stronach w szpitalnej kaplicy wącha włosy odwiedzającej go siedemnastoletniej pasierbicy, „które zmierzwił wiatr, albo które nasiąknęły poduszką, na której kładła głowę w nocy”. Potem pasierbica siada na parapecie tak, że widać jej majtki. Alter ego Kowalskiego zwraca jej na to uwagę, ona odpowiada, że przecież nie są brudne, i alter ego Kowalskiego przyznaje jej rację: „majtki miała bardzo czyste, zawsze o to dbała”. Następnie alter ego Kowalskiego ma erotyczny sen, w którym występują i pasierbica, i żona. Pomaga mu to zapomnieć o bliżej nieokreślonym „internowaniu w więzieniu”. Następnie wspomina studenckie ognisko pod Wrocławiem, na którym jego przyszła żona Elżbieta całowała się i znikła w mroku z jednym chłopakiem, potem gryzła w ucho innego chłopaka, a potem tańczyła z nim, po czym „wyszliśmy w cień, ona mnie pocałowała, a ja eksplodowałem”. Następnie oboje „rzygali”, a potem ona wyszła za mąż za Eryka z Opola.
Alter ego Kowalskiego pracuje w radiu, w mieszkaniu ma tysiące kaset i taśm, a na nich m.in. „wszystkie słuchowiska, które stworzyłem”, „niezwykłe w swej szczerości wyznania kobiet i młodych dziewcząt o najintymniejszych sprawach”, „nagrania wszystkich ważnych wydarzeń. Poznański Czerwiec, Październik 56, wydarzenia węgierskie, Sierpień w stoczniach”, a także „Rozmowy telefoniczne, interwencje w obronie kolegów, co szybko obróciło się przeciw mnie”. Wspomina dziewczęta i kobiety, które na niego leciały. Nie ukrywa, że całymi chmarami leciały na niego bibliotekarki z bibliotek, w których miał spotkania autorskie. Wspomina dwa razy od niego młodszą, „może nieletnią nawet” ślicznotkę, z którą umówił się na nagranie wywiadu… w lesie. Widać partyzantem zostaje się na całe życie. Jeszcze na starość nie może zrozumieć, dlaczego wtedy nie dotknął „jej gołych nóg znajdujących się tuż pod moim nosem”. W ogóle to lajtmotyw życia erotycznego alter ego Kowalskiego: ciągle jakaś kobieta pcha mu się do łóżka lub na ściółkę leśną, lecz on z tego nie korzysta a potem długimi akapitami snuje jałowe rozważania, dlaczego nie skorzystał i nie eksplodował. Czytelnik miałby pełne prawo pomyśleć sobie, że coś mu nie stało na przeszkodzie.
Kiedy alter ego Kowalskiego wraca ze szpitala, pasierbica przygotowuje mu kąpiel, nie zapominając, że jego ulubione mydełko to Fa. Po kąpieli puszcza mu film wideo z urodzin jej Matki a jego żony i komentuje zachowanie gości: „Zobacz! To pani Nowicka. Zaraz będzie się całować z naszym Zdzichem Lewandowskim. A mąż tymczasem, o, zaraz go zobaczysz. Widzisz, siedzi za stołem kompletnie zawiany”. Po obejrzeniu filmu alter ego Kowalskiego robi się smutno, że urodziny żony pod jego nieobecność były udane. „Przecież w tych samych minutach ważyło się moje życie, lekarze co chwila podchodzili, kontrolowali monitor, szeptem pytali, jak się czuję. Elżbieta musiała o tym wiedzieć”. Tymczasem na kilkudziesięciu wcześniejszych stronach w ogóle nie było mowy o kontrolach monitora i pytaniu szeptem, od początku mowa była o myszkach, cipkach, kobietach w ujęciu bardziej ogólnym i wszystkim, o czym gadają wynudzeni starzy pierdziele w wieloosobowych salach szpitalnych.
Potem alter ego Kowalskiego wspomina, jak trafił do radia. Przyjechał do Opola odwiedzić przyjaciela w czasach, kiedy „zaczęła pracę państwowa wyższa szkoła pedagogiczna” (powstała w 1954 r.). Razem odwiedzili pracującego w radiu znajomego przyjaciela, który akurat oprawiał muzycznie poezję Leśmiana. Alter ego Kowalskiego wygłosił wtedy uwagę, że do Leśmiana pasowałoby coś mniej patetycznego, np. Vangelis. Obecny przy tym redaktor naczelny radia tak się tym spostrzeżeniem zachwycił, że od razu zaproponował alter ego Kowalskiego przeprowadzkę do Opola, posadę kierownika działu programów artystycznych i mieszkanie, z tym że mieszkanie dopiero za pół roku. Alter ego Kowalskiego przyjął propozycję. „Mieszkanie dostałem szybciej. Trzy spore pokoje plus łazienka, kuchnia, przedpokój, jakaś spiżarka”.
W 1954 r. Vangelis, którego muzyką alter ego Kowalskiego chciał ilustrować Leśmiana, miał 11 lat, od wydania pierwszej płyty dzieliło go jeszcze lat 19. Może to przeszkadzać czytelnikowi, ale nie kobietom, które na alter ego Kowalskiego niezmiennie lecą. Poetka, która przyniosła mu do radia swoje wiersze, zdobyła jego adres i nieproszona odwiedziła go w mieszkaniu. Wypili butelkę likieru i bez zbędnego wąchania włosów alter ego Kowalskiego eksplodował trzykrotnie, o czym z dziennikarskiego obowiązku informuje. Rano poetka gwałci go na odchodne, kiedy on jeszcze śpi.
Po tych wspomnieniach wracamy z alter ego Kowalskiego do szpitala. Śni, że odwiedza go pasierbica i włazi mu do łóżka. Czyta „Lolitę”. Nieuważnie, bo konsekwentnie nazywa jej bohatera „Humpertem”. Nie może się od „Lolity” oderwać, a jednocześnie nie potrafi zrozumieć fascynacji bohatera dwunastoletnią pasierbicą. Ostatecznie konkluduje: „ta powieść rozgrzesza mnie; cokolwiek uczynię, zostanie usprawiedliwione”.
Następnie alter ego Kowalskiego wspomina, jak jego przyszła żona zaczęła go z rzadka odwiedzać i narzekać na przyszłego byłego męża Eryka, że ją bije i pali papierosy. Wspomina, jak się dziwił, kiedy wydał książkę i ta książka leżała na wystawach wszystkich księgarni, została nagrodzona, omawiano ją w gazetach, tymczasem jego przyszła żona nie przychodziła i „zachowywała się tak, jakby w ogóle gazet nie czytywała”. Potem jednak przyszła i zamieszkali razem. Rozwiodła się z Erykiem, któremu zły sąd przyznał opiekę nad ich córką. Eryk wyjechał z tą córką, przyszłą pasierbicą alter ego Kowalskiego, do RFN-u. I kiedy przyszła żona alter ego Kowalskiego pojechała do Eryka odwiedzić córkę, do czego sam ją namawiał, to jego bolało serce. Zaczął nawet pić. „Innego dnia przywiozłem z odległego miasteczka, gdzie zbierałem materiały do reportażu, młodą i ładną dziewczynę. Okazało się, że jest głupia, niczego nie czyta. Nad ranem zbudziłem dziewczynę, kazałem się ubierać i powiedziałem, ze zaraz tu pojawi się żona. Później czułem do siebie obrzydzenie” – wyznaje alter ego Kowalskiego, do którego czytelnik czuje obrzydzenie już od dziewięćdziesięciu stron.
Alter ego Kowalskiego wraca też wspomnieniami do 1945 r., wspomina aresztowanych kolegów i koleżankę, która zakapowała ich na UB. Został skatowany przez „prymitywnych funkcjonariuszy” i sekretarza PPR, ale nie podaje jak. Następnie alter ego Kowalskiego ma sen, który opisuje, niestety, szczegółowo: „Wygrzebałem małego, który zrobił się duży i przystawiłem go do bardzo wilgotnej szczeliny. I od razu pchnąłem. Wszedł bez kłopotu w wilgoć i ciepło”.
Następnie pasierbica alter ego Kowalskiego wyznaje mu miłość, a on wspomina, jak się wreszcie ożenił ze swoją przyszłą żoną, machnął dwie powieści miłosne i kupił za nie malucha. Wspomina, jak napisał genialną książkę „o Wielkiej Rewolucji Francuskiej” (Kowalski w 1988 r. napisał dramat „Jeden dzień z życia Robespierre’a”), którą jakiś zawistnik niemiłosiernie zjechał. W związku z tym alter ego Kowalskiego urządził awanturę domową, podczas której żona powiedziała: „inni też mogą mieć słuszność, zanadto zaufałeś pochlebcom, nie dostrzegasz własnych błędów”. Doprowadziło go to do następującej konkluzji: „To bardzo przykre, gdy najbliższa osoba zawodzi w krytycznym momencie. Zacząłem wychodzić z domu, czego w gruncie rzeczy nie lubiłem, ale siedzenie obok milczącej, nieprzyjaznej kobiety stawało się gorsze od siedzenia w dymie, wśród pijackiego hałasu w klubie. Tam szczególne zrozumienie dla moich frustracji zaczęła okazywać przyjaciółka awangardowego poety, nieustannie pijanego, czarnowłosa Lidka. Była ode mnie młodsza przynajmniej o dwadzieścia lat. (…) Awangardowy poeta przysiadł się raz do nas, powiedział, że może mi Lidkę odpalić za pół litra”. W ten sposób „stałem się posiadaczem ślicznej, młodej dziewczyny, która miała samodzielne mieszkanie, która dała mi klucz” i która „oświadczyła, że jest moją niewolnicą”. Alter ego Kowalskiego zapewnia, że nigdy z klucza do niewolnicy Lidki nie skorzystał i przez bite pół stronicy zastanawia się, dlaczego. „Tymczasem sytuacja w domu wyklarowała się. Przyjąłem Elżbietę taką, jaka jest, pogodziłem się z myślą, że nie będzie czytać moich książek, nie będzie słuchać choćby i najbardziej wyszukanych audycji”.
Następnie alter ego Kowalskiego wypisują ze szpitala. Pierwszy dzień spędza z pasierbicą („Czułem ciepło ręki, zapach włosów, oddech”), ale noc już z żoną („wcisnąłem twarz w chmurę jej jasnych i pachnących włosów”). Następnego dnia idzie do radia, gdzie przez parę tygodni jego nieobecności „ludziom się bardzo poprawiło”, bo na parkingu stoją auta, które wcześniej nie stały. Same fordy i volkswageny, i to nówki. Oczywiście poprawiło się „nie wszystkim, swojakom”. Szef radia, Lewicki, odsyła go jako nieswojaka po dwóch zawałach na emeryturę. Daremnie alter ego Kowalskiego wypomina Lewickiemu, że do radia przyjęli go dzięki jego poręczeniu, czemu całe radiowe kolegium było przeciwne.
Żona, która nie czyta jego książek, szef radia, który wyrzuca z roboty tego, który go do roboty przyjmował… Dla schorowanego serca alter ego Kowalskiego jest tego stanowczo za dużo. Chwyta się za klatkę piersiową, zarzuca podwójną nitroglicerynę i zamiast eksplodować, jedzie do pasierbicy i zabiera ją maluchem „w Polskę”. Dojeżdżają do Olsztyna, a tam w hotelu pasierbica zwierza się alter ego Kowalskiego, że jej Matka a jego żona odbiła jej chłopaka. Następnie książka się kończy. Kończy się słowami „Poczułem jej drżące ciało” i datą „grudzień 1993”.

We wspomnieniach swoich radiowych początków napisałem, że moje domysły dotyczące prawdziwego oblicza Kazimierza Kowalskiego potwierdziła m.in. Magda Blimel, była dziennikarka opolskiej rozgłośni. Czyli autorka tej audycji, której słuchaliśmy na początku. Jej nazwisko niezbyt często, ale regularnie obijało mi się o uszy w rozmowach ze starszyzną radiowego koleżeństwa. Ewa Lubowiecka i sam Kowalski, a może też Nowicki, wspominali ją jak najlepiej: jako dziennikarkę utalentowaną, uczciwą, pracowitą, ambitną i, co dla mnie miało największe znaczenie, zadziorną. Zapamiętałem też, choć słabo, przelotne spotkanie z nią w drugiej połowie lat 90, przy okazji jakiegoś wydarzenia kulturalnego, nie pamiętam dokładnie kiedy ani gdzie. Zapamiętałem przede wszystkim, że na wzmiankę o Kowalskim, ostrzegła mnie przed nim. Nie pamiętam, czy użyła osławionego skrótu TW, czy jakiegoś kolokwializmu w rodzaju „gumowego ucha”, ale dawała do zrozumienia, że Kowalski to współpracownik władzy wtedy całkiem niedawno odepchniętej od koryta. A może każdej władzy?
Odnalazłem teraz red. Blimel. Już jako Magdalena Ziętkiewicz mieszka na wsi na Pomorzu Zachodnim, dziennikarstwem nie para się od dawna. Odniosłem wrażenie, że rozpamiętywanie opolskiego epizodu jej życia jest dla niej trudne i przykre, ale też że potrzebuje rozmówić się z dobrymi i złymi duchami własnej przeszłości. Rozmowy z nią spowodowały znaczne poszerzenie moich zainteresowań; stałem się ciekawy nie tylko Kowalskiego, ale całej czteroosobowej Redakcji Literackiej pozostającej pod jego skrzydłami i pazurami w przełomowych latach 1980-81, a potem to już wręcz całego opolskiego radia. Zanim przejdę do wspomnień, które Ziętkiewicz z siebie wydusiła, dla większej jasności przedstawię obraz Placówki Macierzystej podczas karnawału Solidarności wyłaniający się z badań Zbigniewa Bereszyńskiego, a jeszcze przedtem podzielę się kolejnym własnym wspomnieniem dotyczącym Kowalskiego.
W pośmiertnej laurce prof. Wiesław Olkusz przypisał Kowalskiemu na łamach lokalnej prasy „pasję penetrowania psychiki kobiecej”. Gdybym był kobietą, stanowczo wolałbym, żeby Kowalski mojej psychiki nie penetrował. Ładnych parę lat po sparringu z Nowickim powiedział on mojej ówczesnej narzeczonej komplement, po którym, jako osoba wrażliwa, przez dwa dni płakała. Należała do środowiska dziennikarsko-literackiego i kiedy Kowalski dowiedział się o naszym romansie, powiedział jej:
– No tak, ten Podsiadło, wiadomo… Wiadomo, z panią można się pokazać!
Tyle ploteczek. Były mi potrzebne, bo właśnie takie drobne epizody, a było ich wiele, mówiły o jego znajomości psychiki kobiecej i nie pozwalały mi polubić Kowalskiego, który – nie przestanę tego podkreślać – był moim sprzymierzeńcem i sympatykiem. Aczkolwiek Hanna Jamry, pisząc w laurce na jego 80-lecie, że „skutecznie pomagał zadebiutować wielu młodym poetom i prozaikom, m.in. Irenie Wyczółkowskiej, Jackowi Podsiadle”, podała nieprawdę w stylu Radia Erewań, podsuniętą jej zapewne przez samego jubilata.
Wiele prywatnych i publicznych wypowiedzi Kowalskiego zdawało się trącić fałszem, ale tylko czasem dawało się go na tym fałszu przyłapać. Kiedy w wywiadach rozpływał się nad dawnym radiem, w którym wszyscy byli jedną rodziną, wiedziałem, że kłamie. Pewnie siebie samego też okłamywał. Czy to stanowi okoliczność łagodzącą? Nie wiem.
W opolskim grajdole zagotowało się w latach 2009-2014, kiedy Bereszyński opublikował kilka artykułów, w których przedstawił świat naukowych, dziennikarskich i artystycznych elit grajdołu widziany esbeckim okiem. Przypomniał, że w pierwszych tygodniach stanu wojennego Kowalski tworzył struktury służalczego wobec Jaruzelskiego OKON, za czym przyszło do mnie zrozumienie, że nie miało sensu werbowanie na tajnego współpracownika kogoś, kto był współpracownikiem jawnym. Blimel wymienił Bereszyński w zaszczytnym gronie pierwszych 25 osób wytypowanych przez opolską milicję do „izolacji prewencyjnej” już jesienią 1980 r.
W 2012 r. ukazała się książka „Komunistyczny aparat represji i życie społeczne Opolszczyzny w latach 1945-1989”, a w niej rozdział „Służba Bezpieczeństwa i media informacyjne w województwie opolskim” autorstwa Bereszyńskiego. Czytamy tam:
O pierwszych reakcjach pracowników opolskiej rozgłośni Polskiego Radia na wydarzenia z lata 1980 r. tak pisał por. Jan Smoliński z Wydziału II KW MO w Opolu w datowanej 5 września 1980 r. notatce ze spotkania z kontaktem operacyjnym „R.W.”: „W okresie ostatnich wydarzeń w kraju jedynie pion techniczny [opolskiej rozgłośni PR] zgłosił swoje postulaty, w następstwie czego doszło do wielogodzinnej »narady« pracowników technicznych z red. naczelnym. Chodziło o stan zaplecza technicznego (…), zrównanie zarobków pracowników obsługi z dziennikarzami, większe docenianie ich pracy, gdyż czują się ludźmi drugiej kategorii w radiu. Przy tej okazji sporo mówiono o złej atmosferze, pijaństwach po godzinach, jak i w czasie pracy, co ostatnio jest zjawiskiem nagminnym”.
Jesienią 1980 r. w opolskiej rozgłośni PR powstała zakładowa organizacja związkowa NSZZ „Solidarność”, skupiająca niemal wyłącznie pracowników pionu technicznego obsługi. Na jej czele stanęli dwaj inżynierowie radiowi: Piotr Rybajczyk (przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ „S”) i Jan Żegleń (wiceprzewodniczący). Z grona dziennikarzy radiowych przystąpiła do „Solidarności” początkowo tylko Magdalena Blimel, pochodząca z Poznania młoda pracownica redakcji literackiej opolskiej rozgłośni PR.
O początkach opolskiej „Solidarności” radiowej tak pisał por. Jan Smoliński (…) po odbytym 22 października 1980 r. spotkaniu z kontaktem operacyjnym „R.W.”: „na fali ostatnich wydarzeń w kraju utworzyła się w rozgłośni grupa założycielska NSZZ »Solidarność«, do której należy ok. 20 osób, w tym tylko jeden dziennikarz radiowy – Magda BLIMEL, reszta to pracownicy techniczni i obsługi. (…) Red. [ naczelny Roman] PILLARDY (…) stosowną rozmowę przeprowadził też z Magdą BLIMEL, dając jej do zrozumienia, że jest jeszcze młoda, ma przed sobą przyszłość, a zbytnie angażowanie się w »niepewny interes« może jej zaszkodzić”.
Fakt zaangażowania się Magdaleny Blimel w działalność „Solidarności” zaniepokoił Służbę Bezpieczeństwa, która przeprowadziła z nią rozmowę profilaktyczno-ostrzegawczą. Działania te obróciły się jednak przeciwko SB, ponieważ Blimel „głośno komentowała [je] w miejscu pracy jako próbę jej zastraszania”. (…)
W czerwcu 1981 r. Wydział III KW w Opolu podzielił się z Wydziałem II KW MO informacjami o reorganizacji i najnowszych zmianach personalnych w opolskiej rozgłośni (…). Informacje te dotyczyły w szczególności wypowiedzenia umowy o pracę Jackowi Grunwaldowi. Wypowiedzenie miało nastąpić na wniosek Kazimierza Kowalskiego, kierownika redakcji literackiej, i wśród pracowników rozgłośni panowało przekonanie, że Grunwald jest kolejną ofiarą „krwawego Kazia”. Wydział III KW MO informował również o wstąpieniu do „Solidarności” trójki opolskich dziennikarzy radiowych: Zdzisławy Błażkowskiej, Bogusława Nierenberga i Danuty Starzec. (…)
W początkach października 1981 r. Wydział II KW MO w Opolu otrzymał od towarzyszy z Wydziału III informacje o charakterze personalnym, odnoszące się do trzech młodych dziennikarek z opolskiej rozgłośni PR: Reginy Wasiak, Eweliny Rusin i Magdaleny Blimel, z podkreśleniem faktu, że ta ostatnia jest związana z „Solidarnością”. (…)
SB próbowała podejmować także działania o charakterze destrukcyjnym polegające na skrytym inspirowaniu niesnasek i wzajemnej podejrzliwości wśród członków „Solidarności”. Przykładem tego mogą być działania podjęte w maju 1981 r. przez por. Jana Smolińskiego (…) w odpowiedzi na przystąpienie Zdzisławy Błażkowskiej, Bogusława Nierenberga i Piotra Wróblewskiego do opolskiej „Solidarności” radiowej. W rozmowie z kontaktem operacyjnym „Kasia” (Regina Wasiak) funkcjonariusz ten sugerował, że wymienieni dziennikarze mogą wykonywać dywersyjne zadanie na zlecenie PZPR. „Moją sugestię – pisał por. Smoliński w odnośnej notatce służbowej – że może to być działanie ukierunkowane zadaniem partyjnym, »Kasia« w lot uchwyciła, stwierdzając, że przy najbliższej okazji podpowie Rybajczykowi, że będzie miał teraz u siebie aż trzy »konie trojańskie«”.
Już od jesieni 1980 r. opolska SB planowała działania o charakterze represyjnym wobec wybranych osób ze środowisk związanych z lokalnymi mediami informacyjnymi. Pod koniec 1980 r. w Wydziale III KW MO w Opolu sporządzono imienny wykaz 21 osób przewidzianych do izolowania (internowania) „na wypadek poważnego zagrożenia bezpieczeństwa publicznego kraju”. Wśród osób tych znalazła się Magdalena Blimel z redakcji literackiej rozgłośni Polskiego Radia w Opolu, wytypowana do izolacji z następującym uzasadnieniem: „podczas studiów na Uniwersytecie w Poznaniu utrzymywała bliski kontakt z działaczami SKS, aktualnie poszukuje kontaktów z osobami prezentującymi postawy antysocjalistyczne, sympatyzuje z KOR-em, jako jedyny dziennikarz w Rozgłośni PR wstąpiła do NSZZ „Solidarność”. (…)
Z początkiem stanu wojennego (…) zostali internowani czołowi działacze „Solidarności” w opolskiej rozgłośni Polskiego Radia: inż. Piotr Rybajczyk (…) oraz inż. Jan Żegleń. (…)
W pierwszych tygodniach stanu wojennego (…) władze komunistyczne przeprowadziły na Opolszczyźnie polityczną weryfikację dziennikarzy. (…)
Dość surowo potraktowano (…) niektórych opolskich dziennikarzy radiowych. Dwaj z nich, Piotr Wróblewski i Bogusław Nierenberg, zostali czasowo zawieszeni w pełnieniu obowiązków redaktorów (…) i skierowani na półroczny staż zawodowy, organizowany przez kierownictwo Komitetu Rady Ministrów ds. Radia i Telewizji. Komisja weryfikacyjna postanowiła, że po ukończeniu stażu ponownie przeprowadzi się z nimi rozmowę i określi „dalszą ewentualną przydatność do pracy w rozgłośni”. (…)
Wróblewski przez pół roku nie miał styczności z mikrofonem. W późniejszym czasie pozwolono mu robić audycje, ale tylko nagrywane wcześniej, bez możliwości prowadzenia programów „na żywo”. Również Bogusław Nierenberg po półrocznym okresie odsunięcia od pracy redakcyjnej nie mógł prowadzić programów „na żywo”. (…)
Magdalenę Blimel, korzystającą w tym czasie z urlopu wychowawczego, postanowiono jako „aktywną działaczkę »Solidarności«” skierować do pracy poza opolską rozgłośnią PR. Taką samą decyzję podjęto w stosunku do Reginy Wasiak, która na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego wyjechała w ramach urlopu do Wielkiej Brytanii. Tej ostatniej zarzucano, że jest „pracownicą niezdyscyplinowaną i miała powiązania z »Solidarnością«”. (…)
Do najdłużej funkcjonujących współpracowników SB w opolskim środowisku dziennikarzy radiowych należał TW ps. „Witold”. Pod pseudonimem tym był zarejestrowany Krzysztof Dzięciołowski (…). Po spotkaniu z „Witoldem” 20 listopada 1980 r. ppłk Zarębski, opierając się na jego słowach, opracował obszerną notatkę informacyjną dla I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Opolu na temat sytuacji w Rozgłośni Regionalnej Polskiego Radia. W notatce tej zawarte zostały m.in. następujące informacje na temat radiowej „Solidarności”: „Działająca w rozgłośni organizacja NSZZ »Solidarność« grupuje w swych szeregach wszystkich pracowników technicznych i jedną dziennikarkę (Magdalena Blimel), która nie jest jednak poważnie traktowana ani przez »Solidarność«, ani przez resztę zespołu redakcyjnego”. (…)

Jesienią 1979 r. Ewelina Rusin (…) podjęła pracę w Rozgłośni Regionalnej PR w Opolu (…). Wkrótce potem, wiosną 1980 r., opolska SB postanowiła przekwalifikować ją z kontaktu operacyjnego na tajnego współpracownika. (…) Odtąd funkcjonowała ona jako TW ps. „UFO”. (…)
Teczka pracy TW ps. „UFO” zawiera m.in. dość ogólnikowe informacje o działalności opolskiej „Solidarności” radiowej w latach 1980-1981. W informacji przyjętej 4 października 1980 r. (…) czytamy: „W powstałych NSZZ przy Rozgłośni Regionalnej PR w Opolu kierującą rolę w tej chwili sprawują Jan Żegleń, Wolański oraz Magdalena Blimel. (…) Magdalena Blimel chodzi w tej chwili między młodymi redaktorami i namawia ich do wstępowania do NSZZ, używając m.in. takich argumentów, jak ten, aby młodzi redaktorzy wstępowali do NSZZ celem przeciwstawienia się starszym; używała nawet takich słów jak »my im pokażemy«”. (…)
Analogiczna informacja z 14 listopada 1980 r. mówiła m.in. o zawieszeniu aktywnej działalności związkowej przez Magdalenę Blimel. Powodem tego miały być „osobiste kłopoty (nie związane z pracą)” owej dziennikarki, która w tym czasie poszukiwała mieszkania. (…)
Postawa TW ps. „UFO” znacznie zmieniła się w okresie stanu wojennego. Ewelina Rusin bardzo przeżyła ówczesne wydarzenia (…). Nie zerwała formalnie współpracy z SB jako TW ps. „UFO”, ale zaczęła uchylać się od spotkań z funkcjonariuszami tej służby, a przekazywane przez nią informacje stały się jeszcze bardziej zdawkowe. (…)
Ostatecznie, po blisko trzech latach od faktycznego ustania kontaktów z Eweliną Rusin, SB zdecydowała się na formalne rozwiązanie współpracy z TW ps. „UFO”. Wnioskował o to nowy oficer prowadzący „UFO”, por. Dariusz Wróbel, starszy inspektor Sekcji III Wydziału III WUSW w Opolu. (…)
Przykład TW ps. „UFO” pokazuje, że nawet osoby głęboko uwikłane w relacje z SB były w stanie wyrwać się z objęć tej służby, jeżeli tylko naprawdę tego chciały.
Szczególnie ciekawym źródłem do historii opolskich mediów informacyjnych w latach osiemdziesiątych XX w. są wytworzone przez Wydział II KW MO/WUSW w Opolu akta Reginy Wasiak (…). Dziennikarka ta była traktowana formalnie przez SB jako kontakt operacyjny „RW”, „R.W.” bądź „Kasia”. Nie zachowały się żadne dokumenty z jej podpisem, poświadczające w bezpośredni sposób nawiązanie przez nią współpracy z SB. Wszystkie dokumenty z teczki personalnej KO „RW”/„Kasia” zostały wytworzone przez samych funkcjonariuszy SB, w związku z czym nie ma absolutnej pewności co do tego, jak naprawdę wyglądały relacje między Reginą Wasiak a Służbą Bezpieczeństwa. Przypuszczalnie nigdy nie doszło do jej formalnego zwerbowania w charakterze osobowego źródła informacji. Sama zainteresowana potwierdziła jednak fakt osobistych kontaktów z oficerem SB, co można by zaliczyć do kategorii tzw. dialogu operacyjnego. (…)
Wasiak zaczęła (…) myśleć o wyjeździe do RFN, zamierzając zebrać materiał na temat mieszkających tam przesiedleńców z Polski. Z tego względu zainteresował się jej osobą ppor. Jan Smoliński (…). 30 maja 1979 r. (…) miał on przeprowadzić pierwszą rozmowę operacyjną z Reginą Wasiak w celu wysondowania jej planów oraz jej stosunku do SB. W wyniku owej rozmowy ppor. Smoliński doszedł do wniosku, że Regina Wasiak „zasługuje na zainteresowanie operacyjne, zwłaszcza w kontekście jej planów na najbliższą przyszłość”. W jego odczuciu mogła ona okazać się „kandydatem na pozorowaną odmowę powrotu do kraju”.
Zamiarom ppor. Smolińskiego sprzyjały niezdrowe stosunki w redakcji literackiej PR w Opolu, którą kierował Kazimierz Kowalski. Regina Wasiak była ostro poróżniona z tym ostatnim na tle bezceremonialnych prób ingerowania przez Kowalskiego w jej życie osobiste. Oficer SB, pod pozorem pomocy dla młodej dziennikarki, sprytnie wykorzystał tę sytuację dla wciągnięcia ją w zaawansowany dialog operacyjny [przypis Bereszyńskiego: „W korespondencji mailowej (…) Regina Wasiak-Taylor (…) wskazała na niezdrowe stosunki w opolskiej rozgłośni Polskiego Radia, mając na myśli dziwną tolerancję kierownictwa rozgłośni dla negatywnie postrzeganych przez nią praktyk (nadużywanie władzy i zależności służbowej), jakich miał dopuszczać się Kazimierz Kowalski w kierowanej przez niego redakcji literackiej. Stosunki te mogły faktycznie wytwarzać złą atmosferę w redakcji, wykorzystywaną przez SB do nawiązywania bliższych relacji z niektórymi pracownicami rozgłośni (pod pretekstem okazywania im pomocy)]. (…)
Pierwszym dokumentem, w którym pojawiają się informacje przypisywane w bezpośredni sposób kontaktowi operacyjnemu „RW”, jest sporządzona przez ppor. Smolińskiego notatka służbowa z 27 maja 1980 r. dotycząca spotkania z „RW” w tymże dniu. Dokument ten zawiera w szczególności wstępną charakterystykę Magdaleny Blimel (…).
Do kolejnego spotkania z KO „RW” miało dojść 23 lipca 1980 r. W odnośnej notatce służbowej por. Smoliński (awansowany do tego czasu o jeden stopień) opisał „sprawę konfliktu, jaki wyniknął pomiędzy »RW« a redaktorem Kazimierzem Kowalskim na tle nachalnego wtrącania się tego ostatniego w życie osobiste k.o.”. Sprawa osobistego konfliktu między Reginą Wasiak i Kazimierzem Kowalskim pojawia się ponownie w notatce służbowej z 5 września 1980 r. dotyczącej kolejnego spotkania z KO „RW” w tymże dniu. Z dokumentu tego dowiadujemy się, że „RW” przeszła do pracy w redakcji młodzieżowej PR i „dzięki intensywnej pracy ponownie zyskała uznanie kierownictwa rozgłośni”. Nie stykała się już bezpośrednio z Kowalskim, ale nadal miała znajdować się „pod stałą »opieką« osób z nim zaprzyjaźnionych”. Temat konfliktu z Kazimierzem Kowalskim był poruszany wielokrotnie również podczas następnych spotkań por. Smolińskiego z „RW”/”Kasią”. (…)
W notatce z 8 stycznia 1981 r. por. Smoliński tak pisał (…): „W rozmowie z k.o. »KASIA« dowiedziałem się, że red. K. Kowalski uczynił kolejny krok na drodze do pozbycia się ze swej redakcji następnej dziewczyny – Magdy Blimel. Spowodowało to reakcję k.o. i jej koleżanki Magdy, która objawiła się wysłaniem wniosku do Sądu Koleżeńskiego przy Zarządzie Głównym SDP w Warszawie”. Dalsze informacje o konflikcie między Kowalskim i Magdaleną Blimel pojawiły się w analogicznej notatce z 10 marca 1981 r.
Z notatki tej dowiadujemy się, że Magdalena Blimel „po perypetiach z red. Kowalskim wylądowała w Redakcji Interwencji i Łączności ze Słuchaczami”. Według „powszechnej opinii, którą przy każdej nadającej się do tego celu okazji stara się kształtować K. Kowalski”, miała ona być „osobą konfliktową, zachowująca swoją pozycję jedynie dzięki przynależności do NSZZ »Solidarność«”. W omówieniu uzyskanych informacji por. Smoliński sugerował wykorzystanie trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się Magdalena Blimel, dla nawiązania z nią dialogu operacyjnego. (…)
Na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego Regina Wasiak wyjechała na pobyt czasowy do Wielkiej Brytanii, gdzie ostatecznie osiedliła się na stałe. Miała ona powrócić do pracy w opolskiej rozgłośni PR z początkiem 1982 r„ ale zamiast tego otrzymano w styczniu tegoż roku jej prośbę o udzielenie urlopu bezpłatnego. Kierownictwo rozgłośni zareagowało na to wypowiedzeniem umowy o pracę.

Regina Wasiak-Taylor odpowiedziała na rewelacje Bereszyńskiego w styczniu 2015 r. w liście otwartym opublikowanym przez Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie, któremu dziś prezesuje i przez opolski „Indeks”. Napisała m.in.:
Na wstępie zaznaczam, że nie będę polemizowała z konkretnymi artykułami, ani atakowała kogokolwiek. Nie chcę walczyć z ludźmi, ponieważ jest to sprzeczne z moją naturą. Pragnę natomiast w „Liście” opowiedzieć tę część osobistej historii, która wyzwala tyle niezdrowych emocji, niedomówień i oskarżeń. (…)
W Opolskiej Rozgłośni Radiowej spotykałam m.in. Jana Smolińskiego, widywałam go wielokrotnie w czasie rozmów z dziennikarzami i pracownikami na dziedzińcu, przy innych okazjach w studio, czy też w radiowej taśmotece. Wykazywał duże zainteresowanie sprawami radia, imponował znajomością spraw technicznych emisji programów. Był osobą znaną mi już wcześniej; poznałam go bowiem w katedrze folklorystyki WSP, jako męża mgr Teresy Smolińskiej. To właśnie ta pani magister (dzisiaj profesor o liczącym się dorobku naukowym) przedstawiła nam swojego męża jako pracownika działu gospodarczego (sic!) w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. A on żartował z młodymi studentkami i zwierzał się, że ma „chody w paszportach i może służyć pomocą!”.
Moje kontakty z tym zakamuflowanym, jak się okazało po latach, pracownikiem Służby Bezpieczeństwa były przypadkowe (nie aranżowane jak podawał w swoich raportach), ale widywałam go często, ponieważ budynki milicji i radia mieściły się na sąsiednich ulicach. (…) Smoliński nigdy nie należał do moich bliskich znajomych, nasze rozmowy zazwyczaj toczyły się w obecności innych pracowników, a dotyczyły spraw radiowych, literackich, uczelnianych, rzadko rodzinnych. (…) Pisał on na mnie donosy, albowiem nie można inaczej nazwać streszczeń zasłyszanych rozmów, których był świadkiem a czasami uczestnikiem. Zapisywał je i umieszczał w swoich służbowych raportach, tak jak bym była na jego usługach. Relacjonował, dodawał od siebie, przeinaczał, konfabulował, a z tych raportów wynikało, że rozmawiał ze mną w protekcjonalnym tonie: instruował, strofował, doradzał w jaki sposób mam najlepiej osiągnąć wyznaczone przez niego zadania. Potrafił też wymyślić całe spotkanie i nadać mu określony temat. (…) Spłodził łącznie 38 raportów. (…)
Dr Zbigniew Bereszyński, historyk-lustrator, pochylił się nad raportami funkcjonariusza SB z prawdziwym nabożeństwem i zrobił swoje, tzn. opisał dokumenty odnalezione w IPN, opatrując je komentarzem, który uwiarygodniłby jego trud. Ale zgodnie z kwerendą musiał odnotować: „Nie zachowały się jednak żadne dokumenty z jej podpisem, poświadczające w bezpośredni sposób nawiązanie przez nią współpracy z SB. Wszystkie dokumenty z teczki KO „RW”/”Kasia” zostały wytworzone przez samych funkcjonariuszy SB, w związku z czym nie ma absolutnej pewności co do tego, jak naprawdę wyglądały relacje między Reginą Wasiak a Służbą Bezpieczeństwa”. (…)
Nigdy nie byłam tajnym, jawnym, ani jakimkolwiek innym współpracownikiem służb specjalnych w PRL, nie należałam do PZPR, nie podpisałam żadnego dokumentu n.t. współpracy, nie brałam pieniędzy od bezpieki, nie byłam świadomym informatorem SB, nie donosiłam na nikogo. (…) Odpisywać na kolejne ataki nie zamierzam (…).
Nie tylko na ataki Regina Wasiak-Taylor nie odpisuje. Nie odpisała też na wysłaną e-mailem prośbę o kontakt w celu powspominania Redakcji Literackiej z czasów Kowalskiego, z poruszeniem wątków esbeckiej inwigilacji lub bez. Szkoda, bo jej wyjaśnienie sprzed lat tyleż wyjaśnia, co zaciemnia. Uściślenia wymaga nie tylko faktografia, ale i geografia. Siedziby radia i MO rzeczywiście mieściły się na sąsiednich ulicach, ale są to ulice długie i po dziś dzień rozdzielone kanałem Młynówka. Żeby przejść z milicji do radia albo odwrotnie, trzeba było tak czy owak pół kilometra przejść. Nie było to więc sąsiedztwo tak bliskie, żeby Wasiak i Smoliński mogli wpadać na siebie przypadkiem, np. wychodząc o tej samej godzinie z pracy. Przedziwnie wygląda też i aż prosi się o wyjaśnienie częsta obecność w radiu, i to w takich jego matecznikach jak fonoteka, niezwiązanego z nim nijak „pracownika działu gospodarczego” MO, z którym niezobowiązująco gawędziło się o literaturze, studiach i technicznych sprawach związanych z emisją programów.
Ziętkiewicz w ogóle sobie kogoś takiego jak Smoliński nie przypomina, ani w radiu ani nigdzie indziej. Na Facebooku profil byłego esbeka łatwo znaleźć. Nie wiem, jak dokładnie działają osławione algorytmy, ale wśród 82 jego znajomych na pierwszym miejscu wyświetla mi się Dariusz Wróbel, wielokrotnie wymieniany przez Bereszyńskiego współtowarzysz Smolińskiego w dziele „opieki” nad opolskimi dziennikarzami. Figurują też wśród tych znajomych dwie moje byłe koleżanki radiowe, Teresa Zielińska i Halina Nabrdalik. Na moją prośbę o rozmowę Smoliński nie odpowiedział, ale nie wiem, czy w ogóle ją przeczytał – jego widoczna dla osób postronnych aktywność ogranicza się do zmiany zdjęcia „profilowego” raz na kilka lat.


Jeśli dobrze rozumiem język ojczysty w wydaniu esbeckim, można się w nim doszukać poszlak potwierdzających, że Wasiak zgrzeszyła „tylko” ogromną naiwnością i gadatliwością. Przypomnijmy zdanie z notatki Smolińskiego sporządzonej po spotkaniu z Wasiak, na którym sugerował jej, że Błażkowska, Nierenberg i Wróblewski mogą być agentami partii w radiowej Solidarności. „Moją sugestię, że może to być działanie ukierunkowane zadaniem partyjnym, »Kasia« w lot uchwyciła, stwierdzając, że przy najbliższej okazji podpowie Rybajczykowi, że będzie miał teraz u siebie aż trzy »konie trojańskie«”.
Z tak sformułowanego zdania wynika, że Wasiak zwierzyła się esbekowi, że zamierza ostrzec szefa radiowej Solidarności przed nowymi dziennikarzami w jej szeregach. Czyli rozmowa musiała być toczona w klimacie opozycyjnego spisku, a gra Smolińskiego wyciągającego informacje od Wasiak polegałaby na udawaniu, że to on jej poufną wiedzę przekazuje, i oczernianiu przy okazji Nierenberga, Wróblewskiego i Błażkowskiej (która TW została, ale dopiero pół roku później). Innego wyjaśnienia nie widzę. Na korzyść Reginy Wasiak zdaje się też przemawiać „zła” opinia wystawiona jej przez komisję weryfikacyjną („jest pracownicą niezdyscyplinowaną i miała powiązania z »Solidarnością«”), choć jakie gry i gierki prowadzili z kolei weryfikatorzy, tego może i oni sami do końca nie wiedzieli.
Pora oddać wreszcie głos Magdalenie Ziętkiewicz, dawniej Blimel. Muszę przedtem zaznaczyć, że rozmawialiśmy, kiedy ani ona, ani ja, nie znaliśmy cytowanego wyżej artykułu Bereszyńskiego. Znaliśmy inne, nie tak drobiazgowo omawiające temat, a ja nie przeczytałem „Komunistycznego aparatu represji…”, który od lat miałem na półce. Zakładałem, że artykuł w nim zawiera to samo, co te opublikowane w Internecie pliki pdf Bereszyńskiego i dopiero pracując nad niniejszym tekstem, wiedziony dziennikarską rzetelnością, zajrzałem i do książki. Inicjując rozmowę, nie miałem zatem pojęcia ani o argumencie na obronę Wasiak mimowolnie zawartym przez esbeka w jego notatce, ani o tym, co zaszło – i że w ogóle zaszło – między Blimel a Kowalskim. Zaczepiona przeze mnie i zapytana, czy mogliśmy się kiedyś przelotnie spotkać i plotkować o Kowalskim, Magdalena Ziętkiewicz potwierdziła.
– Tak, mogliśmy plotkować na temat Kazimierza Kowalskiego, bo był w Opolu moim szefem i niezbyt dobrze zapisał się w mojej pamięci.
– Zechce Pani opowiedzieć, dlaczego zapisał się „niezbyt dobrze”? I w ogóle podzielić się wspomnieniami z czasu pracy w opolskim radiu? Kowalski we wspomnieniowej książce z 2002 r. (w której poświęcił Pani ćwierć zdania: „przebojowa Magda Blimel, z sukcesem pracująca dzisiaj w publicznym radiu w Poznaniu”) napisał, że 14 grudnia o świcie naszło go dwóch esbeków. „Wypytywali o różne sprawy, także o takie, o których rozmawiałem z tylko jedną osobą. Wiedziałem więc już, kto z radia sypał. Funkcjonariusze kazali się ubrać i iść z nimi. Kiedy się goliłem, zrobili krótką naradę i pozwolili pozostać w domu”.
– Może zacznę od tego, w jaki sposób nawiązałam współpracę z Kazimierzem Kowalskim. Poznałam go w 1978 roku na ogólnopolskim festiwalu słuchowisk radiowych w Łańcucie. Byłam wówczas studentką ostatniego roku polonistyki na UAM w Poznaniu ze specjalnością dziennikarstwa radiowego. Miałam już za sobą praktyki w rozgłośniach PR w Krakowie i w Warszawie i pierwsze samodzielne reportaże radiowe, zgłoszone nawet do ogólnopolskich konkursów. Pisałam pracę magisterską o słuchowisku radiowym i mimo że mój promotor, prof. Edward Balcerzan nalegał, abym została na uczelni, nie wyobrażałam sobie pracy po ukończeniu studiów nigdzie poza radiem.
Bardzo chciałam podjąć pracę w rozgłośni krakowskiej, w której dwukrotnie byłam na miesięcznych praktykach, ale tam nie było wolnego etatu. Przystałam więc na propozycję pana Kowalskiego i zaraz po ukończeniu studiów, we wrześniu 1979 roku rozpoczęłam pracę w Redakcji Literackiej PR w Opolu.
Mówię o tych okolicznościach dlatego, że pan Kazimierz nie wyświadczył mi łaski, zatrudniając mnie. Jak mi się wówczas wydawało, nie zatrudnił mnie też dlatego, że byłam atrakcyjną dwudziestotrzylatką. Tymczasem już od samego początku koledzy z rozgłośni opolskiej to właśnie mi sugerowali i kiwali ze współczuciem głowami, powtarzając, że nie będę miała łatwego życia. Jako argument przytaczali historię mojej poprzedniczki, żony znanego Panu Witolda Nowickiego (miała chyba na imię Danusia), która z powodu braku uległości wobec Kowalskiego musiała odejść z redakcji.


– Moje początki w redakcji literackiej zdawały się zaprzeczać tym radiowym plotkom, więc niezbyt w nie wierzyłam. Oprócz mnie i pana K. w redakcji pracowała jeszcze tylko starsza ode mnie o kilka lat Regina Wasiak, która nazywała go mistrzem i we wszystkim mu się podporządkowywała. Rok później nasze grono powiększył jeszcze Boguś Nierenberg. Atmosfera była sympatyczna, stały podział obowiązków redakcyjnych uwzględniający umiejętności i kompetencje i spora swoboda w doborze tematów audycji. Byłam zadowolona i czułam, że się tam rozwijam.
Do pierwszej scysji z „mistrzem” doszło pod koniec roku, kiedy zażądał, abym zrobiła relację z sylwestrowego wieczoru w Teatrze im. Jana Kochanowskiego. Bardzo chciałam pojechać na Sylwestra i Nowy Rok do Poznania, gdzie miałam rodzinę i przyjaciół, ale nie wyraził zgody, mimo że bardzo go o to prosiłam. W Opolu nie miałam jeszcze wówczas znajomych, czułam się samotna i trochę zagubiona. Impreza w teatrze skończyła się przed 22, więc całą sylwestrową noc przepłakałam siedząc samotnie w pustym wielkim domu, bo ludzie, u których wynajmowałam pokój, wyjechali. Czułam do niego wówczas wielki żal, bo dziesięciominutowa relacja z teatru na antenie nie była warta tych moich łez, a pan K. powiedział później, że chciał jedynie sprawdzić moją lojalność i przywiązanie do redakcji.
Do kolejnego konfliktu doszło, gdy koniecznie chciał napisać słowo wiążące do mojego reportażu o nocy w mieście i nalegał, abym wieczorem przyszła do niego do domu, gdzie mieliśmy ten tekst wspólnie stworzyć (jak się dowiedziałam – pod nieobecność jego żony). Odmówiłam, bo miałam już gotową koncepcję audycji i wcale nie chciałam wprowadzać do niej żadnego „słowa wiążącego”, tylko oddzielić poszczególne sceny muzyką. Obraził się wówczas i przez tydzień się do mnie nie odzywał, a mój reportaż wycenił najniżej, jak się tylko dało. Te „Nocne impresje” nie wyszły tak jak chciałam, bo posłuchałam w końcu „Mistrza” i wstawiłam narrację, tyle że własną, a nie, tak jak chciał, jego. Ale jest tam jedna bardzo dobra scena, która udało mi się nagrać w sali porodowej.
– Trochę chyba schrzaniłam „Nocne impresje” zbyt sentymentalną narracją, ale dobrze przeczytana przez Bogusia ta narracja nie jest aż tak zła, jak sądziłam. Odnoszę wrażenie, że daje się jeszcze dzisiaj posłuchać ich bez znudzenia, choć wydają mi się zbyt ckliwe. Ale cóż, miałam wówczas 23, najwyżej 24 lata. Co mogę dzisiaj z dystansu czasu powiedzieć o sobie sprzed lat? Na pewno nie brakowało mi odwagi i kochałam nowe wyzwania. Byłam osobą bardzo łatwo nawiązującą kontakty, potrafiącą słuchać innych i bardzo empatyczną. To niewątpliwie predestynowało mnie do zawodu dziennikarskiego i czasami żałuję, że do niego nie wróciłam, choć co najmniej dwukrotnie miałam ku temu okazję.
– W „Nocnych impresjach” jeszcze bardziej niż scena porodu wstrząsnęła mną rozmowa z dziewczynką, która uciekła z domu, bo pijany tata krzyczał na mamę i teraz dziewczynka nie może się nauczyć cyferek na jutro do przedszkola. Pamięta Pani może, gdzie ją nagrała? W Milicyjnej Izbie Dziecka?
– Nie, nie. W tle słychać przecież odgłosy domowej awantury dobiegające zza drzwi. Od tej scenki się zaczęło. To był przypadek. Dziewczynkę spotkałam wieczorem na klatce schodowej jakiegoś bloku idąc do koleżanki. Zaczęłam z nią rozmawiać i tak zupełnie odruchowo włączyłam magnetofon, który miałam przy sobie. Przez kilka tygodni zastanawiałam się, do czego wykorzystać to nagranie, aż wymyśliłam że zrobię całą audycję o nocy w mieście. Spędziłam potem na nagraniach wiele nocy. W porodówce przesiedziałam całą noc i nagrałam trzy porody, aby potem wybrać z kilku godzin nagrań jeden najlepszy fragment.
– Domyślam się, że spór o tę audycję nie był ostatnim starciem z Kowalskim…
– Do wybuchu prawdziwej bomby doszło późną wiosną lub latem 1980 roku. „Mistrz” uznał, że moje audycje warte są publikacji poza lokalną anteną i postanowił zabrać mnie do Warszawy, aby przedstawić mnie w radiowej „Trójce” i pomóc mi tam nawiązać kontakty. W przededniu wyjazdu dowiedziałam się, że zarezerwował dla nas obojga w hotelu wspólny pokój dwuosobowy. Wyraziłam szczere zdumienie. Facet by ode mnie starszy o 30 lat, był rówieśnikiem mojego ojca i nie łączyły nas żadne relacje inne, niż zawodowe. Nie zgodził się na zmianę rezerwacji. Zaproponowałam wobec tego, że przenocuję w Warszawie u znajomych. Na to również nie wyraził zgody. Powiedziałam wprost, że nie ma sobie robić złudzeń, bo mu nie ulegnę. Do Warszawy pojechała Regina.
– W oczywisty sposób Kowalski dopuścił się wobec Pani tego, na co mamy już dziś nazwy: mobbing, nadużywanie zależności służbowej itp. Ale czy było to też molestowanie, jakieś gesty, które odebrałaby Pani jako próby „podrywania”? I czy w Pani mniemaniu on sobie zdawał sprawę, że obleśność jego postępowania jest widoczna? Bo chyba była, skoro na dzień dobry ostrzegano Panią przed nim. I Wasz wyjazd do Warszawy miał przecież być służbowy – nikogo nie zdziwiło, że red. Kowalski miał jechać do stolicy z red. Blimel, a pojechał z red. Wasiak? Ktoś w rozgłośni w ogóle to zauważył, skomentował to jakoś?
– Tak, dzisiaj nazwano by to mobbingiem albo nawet molestowaniem. Wtedy o takich sprawach nie rozmawiało się w tak otwarty sposób. Dlatego też nikt nie opowiedział mi historii związanej z panią Nowicką, ale koledzy, wyłącznie faceci, dawali mi wyraźnie do zrozumienia, że przyczyną jej odejścia z redakcji był konflikt o podłożu erotycznym. Wspominali też, że ona nie była pierwszą, która taki los spotkał i z pewnością nie ostatnią. Nie wiem, czy komukolwiek opowiedziałam o fiasku mojego wyjazdu do Warszawy. Delegacje wystawiali kierownicy redakcji, a w tym czasie w red. literackiej byliśmy tylko we troje, więc poza bezpośrednio uwikłanymi w tę historię nikt się zapewne o niej nie dowiedział.
Dla mnie zaczął się wtedy okres walki o przetrwanie w redakcji. Nagle, z dnia na dzień okazało się, że wszystkie moje audycje są słabe, poniżej oczekiwanego przez szefa poziomu. Czułam, że szuka już tylko pretekstu, aby pozbyć się mnie z redakcji.
Tego pretekstu dostarczył mu mój reportaż „Dzieci szukają wzoru”. Nagrałam wypowiedzi opolskich dziesięciolatków dotyczące ich marzeń o życiu w innym świecie, niż szara, ponura i brudna Polska, w której nie można kupić nawet owoców i zwykłych cukierków, a o sukcesie i bogactwie decyduje przynależność do partii. Większość tych dzieci była już z wizytą u krewnych w RFN i marzyły, by wyjechać tam na stałe. Stanowiło to wyraźne powielenie poglądów ich rodziców, z tą różnicą, że rodzice nie odważyli by się wówczas mówić o nich głośno. Kowalski nie chciał dopuścić do emisji tej audycji. Upierałam się, że przecież to Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, który musiał zatwierdzać wówczas wszystkie audycje, zdecyduje, czy może ona zostać wyemitowana. Nie wysłał jej tam w ogóle do zatwierdzenia i puścił w jej miejsce w niedzielnym magazynie literackim jakąś swoja audycję archiwalną.
Zwróciłam się z prośbą o interwencję do Edwarda Spyrki, który był prezesem zakładowego koła SDP w rozgłośni. Dał tę audycję do posłuchania jeszcze kilku kolegom (byli w wśród nich na pewno Staszek Śmiełowski i Tadeusz Horoszkiewicz) i wspólnie uznali, że moja audycja jest znakomita i bardzo na czasie. Któryś z nich dał mi namiary na radiową „Trójkę” i polecił tam ją wysłać. Pojawiła się bardzo szybko na antenie, a dzień jej emisji był dniem mojego odejścia z redakcji, z której zostałam zwolniona za „samowolę” i „niesubordynację”. Nie oznaczało to jednak tak, jak w wypadku Danusi Nowickiej mojego zwolnienia z pracy w rozgłośni, bo wstawili się za mną koledzy z „dzienników” – Krzysiek Dzięciołowski i Piotr Wróblewski, i przygarnęli mnie do swojej redakcji, gdzie przeżyłam narodziny Solidarności, co było dla mnie prawdziwą nauką dziennikarstwa. Po kilku miesiącach zwolniła się z powodu choroby pracownika jednoosobowa malutka redakcja interwencji i powierzono ją mnie, co w okresie burzliwych protestów społecznych zapoczątkowanych przez Solidarność dało mi możliwość zdobycia niezwykle ciekawych doświadczeń.
– O postawie politycznej Kowalskiego Bereszyński pisze, że była „dwuznaczna”. Przytacza notatkę esbeka Smolińskiego z początku 1981 r.: „K. Kowalski ujawnił ostatnio chęć objęcia stanowiska prezesa opolskiego oddziału SDP i poczynił w tym kierunku pewne przedsięwzięcia. W rozmowie z sekretarzem POP, red. Puzyną zaczął kokietować go możliwością zapisania się do partii, z drugiej strony zapewniał przedstawicieli NSZZ »Solidarność«, że jeżeli zdecyduje się wstąpić w ich szeregi, to po nim zapisze się 50 proc. radiowców, gdyż taki on ma autorytet”.
– Nie wiem, czy Kazimierz Kowalski w tych burzliwych czasach przemian ustrojowych faktycznie miał powiązania z SB, o co go wówczas podejrzewałam. Odpowiedź z mojej dzisiejszej perspektywy nie jest jednoznaczna i wymaga wydobycia z mroku kolejnych wspomnień.
Na pewno to, co twierdził na temat swojej gotowości przystąpienia do „Solidarności” nie ma żadnego pokrycia z zapamiętanymi przeze mnie faktami. Radiowa Solidarność powstała z inicjatywy pracowników technicznych rozgłośni i oni się prawie wszyscy zapisali do nowopowstałego związku. Dość szybko dołączyła do nich część pracowników (a raczej pracowniczek) administracji, dwie telefonistki, niektórzy realizatorzy dźwięku i, o ile się nie mylę, jedna ze spikerek, Ewa Lubowiecka. Natomiast dziennikarze przyjęli pozycję wyczekującą i oprócz mnie nikt z zespołu dziennikarskiego się nie zapisał. Na prośbę chłopaków z działu technicznego próbowałam przekonywać koleżanki i kolegów do wstąpienia do nowego związku zawodowego, ale nie udało mi się nikogo namówić. Dopiero późną jesienią 1980 roku zdecydowali się na to nieżyjąca już Zdzisia Błażkowska nazywana przez koleżanki i kolegów Dzidką i Boguś Nierenberg. Byłam też jedyną osobą, która przystąpiła do nowego, niekomunistycznego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Było to w moim przypadku o tyle proste, że nie musiałam w tym celu występować ze starego stowarzyszenia, bo nigdy do niego nie należałam.
Z panem Kowalskim od czasu opuszczenia redakcji literackiej nie rozmawiałam, ale wielokrotnie słyszałam w radiowej kantynie jego narzekania na temat szkodliwości strajków i wszelkich protestów oraz nieodpowiedzialności ich organizatorów. Nie jest też prawdą, że miał „wielki autorytet” u pracowników rozgłośni, bo przez wielu (zwłaszcza tych młodszych, z którymi ja się kontaktowałam, a nawet przyjaźniłam) uważany był za dziwaka i nieprzystępnego, wyniosłego ekscentryka.
Korzystając z niezależności, na którą pozwalała mi praca dziennikarki prowadzącej dział interwencji, przygotowywałam nie tylko audycje na antenę rozgłośni opolskiej. W swoim miejscu pracy i na radiowym sprzęcie wyprodukowałam kilkanaście dziesięciominutowych audycji dla radiowęzłów zakładowych w całej Polsce, które były prowadzone przez „Solidarność”. Inicjatorką tego przedsięwzięcia była moja dawna znajoma i mentorka z okresu studiów, wybitna radiowa reportażystka Janina Jankowska, która pracowała w programie I PR przy Myśliwieckiej w Warszawie i działała w nowym SDP. O tej mojej działalności nie wiedział nikt z grona dziennikarskiego, bo do nikogo nie miałam zaufania. Wiedzieli o nim natomiast niemal wszyscy technicy, którzy pomagali mi zgrywać te materiały i nocami wysyłali je radiowym kablem do Warszawy. Mój mały pokoik, w którym montowałam te audycje, znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie redakcji literackiej, więc początkowo obawiałam się, czy pan Kowalski nie podsłuchuje, albo czy nie wejdzie nagle do mojego pokoju i nie doniesie na mnie. Na szczęście jednak od czasu naszego konfliktu ignorował mnie w ostentacyjny sposób i unikał kontaktów ze mną.
Gdy później, już po wprowadzeniu stanu wojennego zostałam wezwana na rozmowę z funkcjonariuszem SB, okazało się, że wiedzą o tych moich działaniach. Piotr Rybajczyk, szef radiowej Solidarności opowiadał mi później, że podobno taśmy z tymi audycjami ktoś wywiózł z Warszawy do Monachium i przekazał je polskiej rozgłośni RWE, która wyemitowała audycje. Nie było trudno ustalić, że część tych materiałów pochodziła z Opolszczyzny, bo pojawiały się w nich nazwy miejscowości, czy nawet zakładów, w których zostały nagrane. Kto jednak ujawnił, że to ja byłam autorką tych materiałów – tego nie wiem do dzisiaj. Podobno był to główny powód, który zadecydował o moim zwolnieniu z rozgłośni.
– Znalazłem w archiwum Radia Wolna Europa jedno z Pani opolskich nagrań.
– W trakcie tamtej rozmowy z funkcjonariuszem SB przytoczone zostały też moje wypowiedzi z rozmów, które w okresie pracy w redakcji literackiej prowadziłam tylko z dwoma osobami: Kazimierzem Kowalskim i moją redakcyjną koleżanką Reginą Wasiak. Przez długi czas byłam w stu procentach przekonana, że informacje o nich musiały pochodzić od mojego byłego szefa, bo przecież z Reginą byłam zaprzyjaźniona, spotykałam się z nią również prywatnie i wspierała mnie jeszcze po moim odejściu z redakcji.
– Jak to się stało, że w chwili wprowadzenia stanu wojennego nie została Pani internowana, choć od dawna była Pani w ścisłej czołówce na odpowiednich listach?
– Nie zostałam, bo nie było mnie w tym czasie w Opolu, mimo że byłam tam zameldowana. Od czerwca 1981 przebywałam na urlopie macierzyńskim, później wychowawczym. Ponieważ w Opolu miałam tylko bardzo marne mieszkanie kwaterunkowe z piecami kaflowymi ogrzewanymi węglem, postanowiłam, że razem z moim małym synkiem spędzę zimę u rodziców w Poznaniu. Tam zastał mnie stan wojenny. Nie jestem więc w stanie opowiedzieć Panu, jak zachowywał się Kazimierz Kowalski w chwili jego wprowadzenia. Nie bardzo wierzę, aby tej pamiętnej nocy funkcjonariusze SB przyszli do niego, by go internować. Bardziej możliwe jest to, że chcieli się od niego czegoś dowiedzieć. Może zapytać o moje miejsce pobytu?
W mojej ocenie on był mitomanem, który dorabiał sobie do życiorysu to, co w danej chwili było potrzebne lub wygodne. Pamiętam, że kręcił też na temat swojej przeszłości w zbrojnym podziemiu w trakcie wojny, opowiadając różne dziwne historie, które nawzajem się wykluczały.
Pojechałam do Opola kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, bo okazało się, że będąc tam zameldowana, nie mogę bez zgody opolskich urzędników przebywać w Poznaniu. Żeby zameldować się na pobyt tymczasowy u rodziców, musiałam zdobyć odpowiednie zaświadczenie z Urzędu Miasta w Opolu.
Pamiętam, że w radiowej portierni siedział żołnierz, a kilku innych z karabinami u boku przechadzało się po terenie rozgłośni. Mnie na jej teren w ogóle nie wpuszczono, a gdy domagałam się widzenia z naczelnym (był nim wierny członek partii, Roman Pillardy), powiedziano mi, że on teraz nie zarządza rozgłośnią, która została zmilitaryzowana. Powiadomiono jednak o moim przybyciu sekretariat i po chwili z budynku wyszła roztrzęsiona spikerka, Ewa Lubowiecka, która podała mi przez płot świąteczną paczkę dla mojego dziecka. Ewa na mój widok rozpłakała się, mówiąc „Dobrze, że cię tu nie ma. Tego nie da się wytrzymać”. Tyle pamiętam.
– Cieszę się, że pani Ewa pojawia się w Pani wspomnieniu, chociaż zapłakana.
– Nie łączyła mnie z nią jakaś szczególnie bliska więź, ale często z nią rozmawiałam i czułam, że jest takim człowiekiem, któremu można zaufać. Od początku budziła moją sympatię jako człowiek mający w większości spraw własne zdanie, w przeciwieństwie do wielu innych pracowników rozgłośni.
Dopiero jakiś miesiąc później wezwano mnie na rozmowę – nie do Opola, ale do komendy MO w Poznaniu – i poinformowano, że nie ma raczej szans na mój powrót do pracy w radiu. Przysługiwał mi jednak trzyletni urlop wychowawczy. Takie płatne urlopy wywalczyła zaledwie kilka miesięcy wcześniej „Solidarność”. W trakcie przesłuchania esbek, który je prowadził, cytował kilkukrotnie z akt moje wypowiedzi, które miały potwierdzać, że jestem wrogiem ludowej ojczyzny. Była wśród nich opowieść o tym, dlaczego nie poszłam w marcu 1980 roku na wybory do Sejmu. Tę historyjkę opowiedziałam podekscytowana dzień po wyborach w redakcji tylko dwóm osobom: panu Kowalskiemu i Reginie Wasiak.
Z Reginą byłam zaprzyjaźniona, bywałam często u niej w domu prywatnie. To ona pomogła mi zdobyć mieszkanie, gdy byłam w ciąży i wsparła mnie w jeszcze kilku innych ważnych życiowo sprawach. Była więc całkiem poza podejrzeniami. Przez lata żyłami w przekonaniu, że to wielki „Mistrz” był współpracownikiem SB.
Kilkanaście lat temu przeżyłam szok. Dostałam maila od Reginy Wasiak-Taylor z Londynu, w którym prosiła, abym pomogła jej uwolnić się od zarzutów współpracy z SB i potwierdziła jej uczciwość i lojalność. Miała z powodu tych, jak twierdziła niesłusznych i bezpodstawnych podejrzeń, duże kłopoty w londyńskim środowisku polonijnym, gdzie była prezeską Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Zaczęłam kojarzyć różne fakty, przypominać sobie najróżniejsze sytuacje z okresu naszej wspólnej pracy w redakcji i szperać w Internecie. Znalazłam kilka wzmianek na temat TW o imieniu Kasia, które pasowały jak ulał do Reginy. Wiedziałam też, że jej najbliższa przyjaciółka miała na imię Kasia. Nie wiem już, co dokładnie sprawiło, że uznałam wówczas podejrzenia wobec Kowalskiego za niesłuszne. Po raz pierwszy w życiu nie odpisałam na wiadomość od osoby, która kiedyś była mi bliska. Nie byłam w stanie. Z Panem musiałam rozmawiać w czasie, gdy byłam absolutnie przekonana o tym, że przekazywane SB informacje na mój temat pochodziły od pana Kazimierza.
– Rozumiem, że ta historia niepójścia na wybory to nie była opowiastka, którą pani Wasiak mogłaby opowiedzieć znajomemu milicjantowi jako ciekawostkę, w luźnej rozmowie i bez złych intencji?
– Nie wiem, w jakim celu Regina miałaby opowiadać swojemu znajomemu o tym, że jej koleżanka nie poszła na wybory i relacjonować szczegółowo okoliczności tego wydarzenia. W ogóle nie potrafię sobie takiej sytuacji wyobrazić. Ale nie chcę o tym myśleć i niczego na ten temat rozstrzygać. To jest akurat bolesny temat, bo z Reginą byłam tak blisko, jak z nikim innym z radia i rozmawiałam z nią o różnych osobistych sprawach. Żeby go zamknąć, powiem: nie wiem. Naprawdę nie wiem.
– Wspomniała Pani o przykrym Sylwestrze 1979. Czy kiedykolwiek później wyraziła Pani żal o ten zepsuty wieczór wobec Kowalskiego? Miała Pani z nim w ogóle jakiś kontakt po 1981 r.?
– Nie, nie miałam z nim później kontaktu. Jeśli spotkaliśmy się przypadkiem w radiu, to z daleka i chłodno powiedzieliśmy sobie „dzień dobry”. Uraz spowodowany tym, że bez powodu usunął mnie z redakcji, był zbyt duży.
– A czy może Pani opowiedzieć o swoim Sylwestrze o rok późniejszym?
– Sylwestra 1980 chyba spędziłam w Opolu. Coś mi świta w pamięci, że byłam na jakiejś imprezie u Krzyśka Dzięciołowskiego, gdzie byli też inni ludzie z radia, m. in. Piotr Wróblewski z żoną, Janek Żegleń z działu technicznego i inni. Ale nie jestem pewna, że to było w Sylwestra, nie przy innej okazji. Minęło już ponad 45 lat!
– Spieszę z wyjaśnieniem, czemu o to dopytuję. W 2012 r., dwa dni przed śmiercią Kowalskiego, wspomnieniową rozmowę z nim przeprowadził Adrian Chimiak. Trwa 80 minut i, jak to wspominki „mistrza”, jest straszliwie nudna, więc nigdy nie przesłuchałem jej całej, dopiero teraz, kiedy z Pani pomocą od nowa się Kowalskiemu przyglądam. I proszę posłuchać, na co się natknąłem pod koniec:
– Uderzyło mnie, że Pani bardzo źle wspomina Sylwestra, którego Kowalski Pani spaprał, a on w swoim wspomnieniu mówi o innym Sylwestrze, kiedy Pani sama wręcz pchała się do pracy i pojechała autostopem nagrywać wiejską zabawę noworoczną.
– Uśmiałam się, słuchając tego. Faktycznie zrobiłam taki reportażyk z zabaw w dwóch różnych wsiach. W jednej była nuda, tylko pijaństwo i rozróby a w drugiej – wspaniała zabawa wielopokoleniowa. Ale na pewno nie był to Sylwester. To, że jeździłam po wsiach stopem z ciężkim magnetofonem na ramieniu, to prawda. Kochałam tę pracę i robiłam to z zapałem. Uśmiałam się również dlatego, że Kowalski świetnie mnie scharakteryzował. Pamiętam, że jeszcze będąc w zaawansowanej ciąży, jeździłam po opolskich wsiach rozklekotanymi żukami i nyskami. Przygoda. To było to, co rajcowało mnie chyba najbardziej w pracy dziennikarskiej.
– Zapamiętam na zawsze: zabawy w Wawelnie lepsze niż w Mechnicach. I cieszę się, że mogę Pani audycje uwiecznić na mojej stronie internetowej.
– Byłam początkującą dziennikarką i z pewnością nie wszystkie są tego warte. Chociaż reportażu „Dzieci szukają wzoru” bym się chyba dzisiaj nie powstydziła. Została mi w pamięci opinia Edwarda Spyrki, że byłby to dobry materiał do kabaretu i w latach 80-tych korzystając z tego, że miałam nagranie tej audycji zrobiłam w oparciu o nią z grupą młodzieży, z którą pracowałam w domu kultury w Poznaniu, spektakl teatralny. Dużo emocji i czasu włożyłam z pewnością w reportaż „Będą się odwoływać wyżej, coraz wyżej”, bo to była przejmująca historia rodzinnej nienawiści, która mnie wtedy bardzo poruszyła. To może być nawet dzisiaj aktualne. „Koń w mieście” to jedyne w moim życiu słuchowisko, które zrealizowałam tylko dzięki temu, że moi przyjaciele aktorzy nie wzięli od radia ani grosza honorariów, a Renata Szybka zgrywała ze mną tę audycję nocami, bo w dzień wszystkie studia były zajęte. Więc „Konia…” sama bym chętnie posłuchała, ale wątpię, czy ta historia człowieka samotnego wśród ludzi kogoś dzisiaj zainteresuje. Pamiętam jeszcze „Życie we troje” o trudnym życiu samotnej matki wychowującej dwóch synów. Zrobione na pewno z emocjami, bo robiąc ten reportaż sama byłam w ciąży, ale nie sądzę, żeby było to coś ambitnego. „Lepiej niech siedzi w domu” to, o ile pamiętam, o szalonej i niezwykle zaangażowanej działaczce Solidarności z podopolskiej wsi. Pamiętam ten reportaż, bo jego bohaterka była chyba trochę podobna do mnie.
Innych nie pamiętam. Część to z pewnością dzisiaj śmieci. Ale to Pan zdecyduje, które „uwiecznić”. Może lepiej i poręczniej byłoby „Ty zdecydujesz”, skoro już tyle zdań i myśli wymieniliśmy?
– Bardzo dziękuję, przestawić się z „Pani” na „Magdo” będzie ciężko, ale spróbuję.
– O ile pamiętam, chciałeś napisać na swojej stronie o Kowalskim, a nie o mnie.
– Chciałem i o Kowalskim, i o Tobie. Choć gdybyś była nieprzystępna i odpowiadała monosylabami, to na Kowalskim by się skończyło.
– Trochę się dziwię, że chce Ci się tym aż tak drobiazgowo zajmować.
– Ale nie masz mi tego za złe?
– Nie, dlaczego miałabym mieć Ci za złe? (śmiech) To Twój wybór.
– Wydaje mi się, że i diabeł, i anioł tkwią w szczegółach. Czyli w drobiazgach. Np. Kowalski był dla mnie nadzwyczaj miłym facetem. W drobiazgach ujawniało się coś, co mnie od niego odpychało. Po drobiazgach też widać, czyja wersja wydarzeń inaczej postrzeganych przez różne osoby jest bardziej naciągana. Itd., itp. A że, wracając do tematu, nie wszystkie audycje z tamtych lat są arcydziełami sztuki radiowej, to oczywiste. W przypadku takich „Ich dróg do partii” już tytuł mówi sam za siebie.
– Zupełnie nie mogłam sobie przypomnieć, że w ogóle coś takiego mogłam popełnić. Ale już pamiętam. To było całe niedzielne „Studio literackie” przygotowane przez Kowalskiego. Ja nagrałam jedną z kilku wypowiedzi, które się na tę audycję złożyły. To druga wypowiedź z kolei, a mówi Włodzimierz Sokorski, komunistyczny dziennikarz i publicysta, minister kultury w latach 50-tych, później prezes Komitetu ds. Radia i Telewizji, wtedy już emeryt. Kowalski wysłał mnie do niego do Warszawy, bo samemu zapewne nie chciało mu się jechać. Nie miałam pojęcia, że to ma być audycja o działaczach partyjnych. Nagrałam z Sokorskim ponad dwugodzinną rozmowę na różne tematy (głównie związane z kulturą, mediami i cenzurą). Pamiętam, że przebieg rozmowy był dla mnie zaskoczeniem, bo Sokorski się otworzył, rozgadał i opowiadał mi rzeczy, których nie spodziewałam się od niego usłyszeć. Ale „Mistrz” wybrał z nagrania tylko to, co było mu potrzebne. Dlaczego w ogóle zrobił taką audycję – nie mam pojęcia. Był to czas, kiedy PZPR coraz bardziej się kompromitowała, wychodziły na jaw różne przekręty i nadużycia partyjnych towarzyszy. Może chciał więc udowodnić, że wśród członków partii są też prawdziwi ideowcy? Poza fragmentem z Sokorskim pozostałe robili Kowalski i Regina. Kowalski, jak to miał w zwyczaju, z pewnością na żywo komentował poszczególne wypowiedzi i oddzielał je muzyką. Inaczej nie dałoby się tego słuchać.
– To opowiedz teraz, proszę, jak na te wybory nie poszłaś.
– Jest marzec 1980 roku i w Teatrze im. Kochanowskiego odbywają się Opolskie Konfrontacje Teatralne. Jestem tam każdego dnia, oglądam wszystkie przedstawienia, piszę recenzje, uczestniczę w codziennych dyskusjach z udziałem publiczności, nagrywam rozmowy z twórcami i z widzami. Poziom jest średni. Dużo spektakli o niczym. Nagle pojawiają się „Dziady” z gdańskiego Teatru Wybrzeże w reżyserii Macieja Prusa i zdaniem większości oglądających jest to absolutne arcydzieło i faworyt do głównej nagrody. Bardzo ascetyczny spektakl z ograniczoną niemal do minimum oszczędną scenografią wywołuje niezwykłe emocje i zostaje oczywiście odczytany w kontekście politycznym. Każde słowo o niewoli i o cierpieniu narodu publiczność odbiera jako nawiązanie do bieżącej sytuacji politycznej, bo atmosfera w kraju jest bardzo napięta. Zaledwie kilka miesięcy dzieli nas od wybuchu strajku w Stoczni Gdańskiej. Wielka Improwizacja staje się czymś w rodzaju „mszy narodowej”, a w jej trakcie na widowni panują taka cisza i skupienie, jakich chyba nigdy wcześniej i nigdy później nie przeżyłam w teatrze. Wszyscy w napięciu czekają na ogłoszenie werdyktu jury. Wbrew oczekiwaniom nie przyznano w ogóle głównej nagrody, ale dwa wyróżnienia. Na otarcie łez Maciej Prus dostaje nagrodę za reżyserię, co jest w oczywisty sposób werdyktem nieadekwatnym do skali tego, co pokazał na scenie. Po zakończeniu festiwalu idę z Magdą Raszewską, ówczesną kierowniczką literacką teatru do jej pokoju, by tam porozmawiać z Maciejem Prusem i nagrać jego komentarz do wydarzenia. Nagrywam krótką rozmowę. Jesteśmy wszyscy wściekli. Magda wyjmuje z biurka butelkę brandy, którą wypijamy we troje. Rozmawiamy jeszcze długo; nie tylko o teatrze i zajściu na festiwalu, ale o sytuacji w Polsce. Wychodząc z teatru uświadamiam sobie, że moje nagranie nie ma szans na emisję. Jeżeli nawet radio zdecyduje się je wyemitować, to z pewnością wstrzyma je cenzura. Wzrasta też moje przekonanie o bezsensowności mojego udziału w mających odbyć się nazajutrz wyborach do Sejmu. Wyjmuję z portfela świstek uprawniający mnie do głosowania w Opolu, który mama przysłała mi z Poznania, staję na jakimś mostku nad kanałem, z dziką satysfakcją drę go na strzępy i puszczam z wiatrem, patrząc jak moje „uprawnienie do współdecydowania o losach kraju” wpada do wody.
– Jeśli to był mostek, a nie most, to na pewno Most Groszowy zwany Zielonym, nad Młynówką, bardzo blisko radia.
– Nazajutrz zapytana przez szefa o przebieg zakończenia Konfrontacji Teatralnych, relacjonuję ze szczegółami całe zdarzenie, włącznie z podarciem uprawnienia do głosowania. W redakcji są tylko Kowalski i Regina. Kilka miesięcy później, po wprowadzeniu stanu wojennego zostaję wezwana na rozmowę do Komendy Wojewódzkiej MO w Poznaniu, gdzie wówczas przebywam. Przesłuchujący mnie funkcjonariusz informuje mnie, że po zakończeniu urlopu macierzyńskiego nie będę miała możliwości powrotu do pracy w radiu. Jako jeden z argumentów podaje fakt mojej „nagannej postawy obywatelskiej polegającej na świadomym i celowym zignorowaniu obowiązku wyborczego”. Gdy pytam, dlaczego sądzi, że było to z mojej strony działanie świadome i celowe, odczytuje z moich akt dokładny przebieg wydarzenia z Opola. Jestem pewna, że nie opowiadałam o nim nigdzie poza redakcją. Pamiętam też do dziś, że fakt zapisania w milicyjnych aktach mojej rozmowy z ludźmi, których nie podejrzewałam o złe intencje, był dla mnie wówczas większym szokiem, niż wiadomość, że nie będę mogła już wrócić do radia.
– A chciałaś wrócić? W swoich planach życiowych brałaś pod uwagę możliwość powrotu do Opola po urlopie wychowawczym?
– Nie paliłam się do powrotu, bo w czasie stanu wojennego założyłam w Poznaniu z moją siostrą i kilkorgiem przyjaciół podziemne Radio Solidarność. Nadawało tylko na Poznań z górnych pięter wieżowców, ale i tak miało niezłe zasięgi. Potem założyliśmy agencję fonograficzną, która wydawała na kasetach materiały tzw. drugiego obiegu. Piosenki Kaczmarskiego i Gintrowskiego, cykl kabaretowy Jacka Fedorowicza itp., ale też nasze własne materiały – reportaże i wywiady.


– Wspaniała Ci wyszła ta relacja z Konfrontacji. Rozumiem, że przeszła przez cenzurę bez cięć?
– Nie pamiętam już. Bardzo dobrze pamiętam obawę, że to wstrzymają, ale nie pamiętam, czy była jakaś ingerencja. Być może jakiś fragment kazali usunąć, bo często mi się to zdarzało.
– Jak działała radiowa cenzura? Jakiś cenzor tam siedział non stop, czy audycje się gdzieś zanosiło?
– Cenzor nie siedział w radiu, ale wszystkie audycje zanim pojawiły się na antenie musiały zostać dopuszczone czy zatwierdzone do emisji przez Urząd do Spraw Kontroli Publikacji i Widowisk. Dlatego, o ile pamiętam, w ogóle nie było audycji na żywo. W przypadkach takich jak ten, o którym mówiłam, że być może Kowalski dodawał zapowiedzi do audycji o partyjniakach prosto ze studia, mogło być tak, że dał do zatwierdzenia przygotowane wcześniej nagrania i scenariusz swojej moderacji. Dwie panie: znana Ci Ewa Lubowiecka i pani Krystyna Poniecka zajmowały się dostarczaniem audycji do wyżej wymienionego urzędu i pozyskiwaniem wymaganych zgód na emisję. Gotową audycję trzeba było zanieść do ich malutkiego pokoiku i czekać na wiadomość w sprawie zatwierdzenia. Czasami bywało nerwowo, bo zbliżał się czas emisji, a zgoda nie nadchodziła. Podejrzewaliśmy wówczas, że cenzorzy muszą konsultować zatwierdzenie lub jego odmowę z Komitetem Wojewódzkim PZPR. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, czy wspomniane dwie panie zanosiły osobiście taśmy do urzędu cenzury, który znajdował się niedaleko rozgłośni, czy wysyłały je za pośrednictwem jakiegoś kabla łączącego budynek radia z tą instytucją.

Po śmierci Kazimierza Kowalskiego „Nowa Trybuna Opolska” napisała: „Uchodził za postać niezwykle barwną. Na zielonym mostku przystawał w drodze z domu na wyspie do księgarń, by porozmawiać o kondycji literatury i mediów, a także o muzyce, o polityce, o awansach byłych współpracowników, którzy do końca nazywali go »mistrzem«”.
Wszystko się zgadza, i to nie gorzej niż w Radiu Erewań. Zielony mostek łączy wyspę Pasieka z centrum miasta. Najkrótsza Droga, powiedzmy, z radia na komisariat tędy właśnie prowadzi. Wpadałem i ja na zielonym mostku na Kowalskiego. Do końca chodził po żołniersku wyprostowany, to pamiętam. Tak, rozmawiał ci on i ze mną o literaturze i awansach byłych współpracowników. O awansach czynionych byłym współpracownikom – nigdy. I zielony mostek nie jest już dla mnie Mostkiem, na Którym Spotykało się Kowalskiego. Teraz to Mostek, z Którego Magda Blimel Wyrzuciła Dokument Uprawniający do Głosowania.
Składam serdeczne podziękowania Regionalnej Rozgłośni Polskiego Radia w Opolu oraz osobiście pp. Adrianowi Chimiakowi i Sławomirowi Kielerowi za życzliwą pomoc i udostępnienie audycji Magdaleny Ziętkiewicz (Blimel).



