Moje życie z Opolem

Do Opola ściągnął mnie Paweł Marcinkiewicz. W 1990 r. Byłem wtedy bezdomnym dzikim włóczęgą. Prawdziwym, takim jak z bajki. Jeździłem z miejsca na miejsce, od czasu do czasu ktoś znajdował mi gdzieś jakąś dorywczą robotę, wtedy zatrzymywałem się tam na dłużej. I latem owego pamiętnego roku Paweł, adresat moich licznych wierszy lirycznych, namówił mnie na przyjazd do Opola, kusząc wizją fuchy do wzięcia w opolskim radiu. Pięć lat później opisał to, nadużywając przerzutni, w poemacie „Elegie dla żywych” w tonie tyleż elegijnym, co lekkopółłśrednioniesympatycznym: „Doił kozy, pasał gęsi i krowy. / W jakiejś stoczni tyrał (do dziś go strzyka / Pod łopatką), był tancerzem, hakowym… / (…) Spać na dworcu, krztusić się ostatnim / W paczce „popularnym”, po czym, kostniejąc / Z zimna, iść rynkiem jakichś Dolnych Malwin. / Patrzeć w niebo na nieruchomy obłok. / To życie nie było moje. Choć mogło. // Jac-Po: „Mieszkać pod chmurką to psia dola. / Ale nie chciałbym zapuszczać korzeni”. // (…) zaczął pracować / Jako cieć w Opolskim Radiu (…) solidarnościowa / Ekipa robiła czystki (…) / Wskoczył na wakat. Ponieważ miał dredy / Dali mu program dla młodzieży Studnia. / Jakże bliski był mi tamtego grudnia… // Cóż, to nie ja, lecz on ma dom (…), kobietę, / Pieska, pralkę, komputer, książek tuzin. / Ba, zdobył sławę w literackim świecie. / (… Jest środa rano. Musi wynieść śmiecie, / Obrać ziemniaki i wstawić do wody. / Później chce pisać – ma dzień wolny w środy”.

Zespół deficytu uwagi uprawnia mnie do dowolnej ilości dygresji, zatem nie będę sobie żałował ani Was oszczędzał. Wiersz Pawła zasmucił mnie i zirytował. Zasmucił, bo pierwszy raz zobaczyłem wtedy u kumpla cechę, którą później będę regularnie identyfikował wśród poetyckiej braci. Mianowicie połowa moich kolegów po piórze wyznaje pogląd, który jednocześnie skrzętnie ukrywa, że kiedy ktoś mieszka pod chmurką albo chociaż tylko patrzy w niebo na nieruchomy obłok, samym tym mieszkaniem albo patrzeniem pozbawia ich tej samej możliwości, jak gdyby zajebuje im wszystkie obłoki świata i oni nie mają pod czym mieszkać i na co patrzeć. Nie wiedziałem, że ścigamy się z Pawłem na bezdomność, samotność i nieposiadanie pralki. Tak samo przez długie lata nie wiedziałem, że ścigam się z Marcinem Świetlickim, kto jest lepszym poetą przeklętym. Dopiero w tej jego książce, która była wywiadem-rzeką, przeczytałem, że żaden z Podsiadły poeta przeklęty, bo Świetlicki wie skądinąd, że Podsiadło dba o siebie, nie pali, a jeśli w ogóle pije, to niewiele. I u Pawła pierwszego to zobaczyłem. Ale naprawdę wkurzyła mnie w jego wierszu dopiero pointa, ta z dniem wolnym w środę. W 1995 r. zapierdzielałem w radiu od południa do świtu, a najwięcej w niedziele, bo w niedziele była Studnia. Kazali mi zatem jeden dzień w tygodniu nie przychodzić do radia i dniem tym była środa. A ja w tamtym czasie stawiałem pod każdym wierszykiem datę dzienną i po jakimś czasie zauważyłem pewną prawidłowość. I podczas któregoś spotkania z Pawłem, prawdopodobnie połączonego z popijawą, zwierzałem mu się z minusów życia osiadłego. I powiedziałem też coś w rodzaju: „To strasznie głupie, ale zauważyłem, że od pewnego czasu piszę wiersze tylko w środy, kiedy nie chodzę do roboty”. A on to moje zwierzenie obśmiał, koniec dygresji.

Wracamy do roku 1990. Tamtego sierpnia, w 1990, Paweł pisał w liście niemal całkowicie pozbawionym przerzutni:

Musiałbyś się skontaktować z p. Kobiałką. Osobiście. Jest on obecnie szefem „Solidarności” na opolszczyznę. To znaczy ma władzę. Może bardzo wiele. (…) On jest z zawodu nauczycielem. Uczył mnie w studium K.O. od września 1989 do stycznia 1990. Jego lekcje były ostatnie. Nikt nie przychodził, tylko ja. Przynosiłem mu wiersze. Twoje. Goćka. Swoje. Facet jest pierdolnięty na punkcie wierszy. Taki niespełniony poeta. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy godzinami. (…)

Mógłby Ci załatwić pracę, tak jak dwa tygodnie temu załatwił Goćkowi. Nie znał wcześniej Goćka. Tylko z wierszy. Gociek stał i rozmawiał ze mną. Na moście. On przejeżdżał na rowerze i zapytał czy dostałem się na studia. I tak dalej. Potem zapytał o coś Goćka. Gociek na to, że jest bez pracy. No i za jakieś pół roku ma szanse być szefem działu literackiego rozgłośni opolskiej. Tak to w życiu bywa.

Ponieważ szczycę się zespołem deficytu uwagi, ponieważ Paweł w swoim poemacie obsmarował też Goćka jako Gucia i ponieważ Ania Spólna napisała w jednej ze swoich prac, że nie udało jej się ustalić, kim jest Gucio, wyjaśniam, że Gucio to Gociek. Piotr Gociek, poeta, najobrotniejszy z naszej hultajskiej trójki, nigdy nie mieszkał pod chmurką, najszybciej się wybił, najdalej zaszedł, pierwszy się roztył, dawał ciała na prawo i lewo, ale głównie na prawo, z Radia Opole przeskoczył do RMF-u, potem był grubą gwiazdą pisiorskiej telewizji, nie wstydził się prowadzić programu wespół z Ziemkiewiczem, ostatnio wrócił do poezji i wydał świętojebliwy tom „Milczenie Łazarza”, któremu sam Koehler błogosławił i słodził. W mojej wczesnej poezji zagrał dwa ogony jako „Łysy”, pod koniec lat 80. specjalizował się w wyciąganiu z ruchu Wolność i Pokój kasy na powielanie wierszyków naszej trójcy, wydał nawet ze dwa numery zine’a „Dobry Jaśko”. Koniec dygresji.

Swoją karierę radiową od ciecia do redaktora opowiedziałem w innym miejscu, a ten kawałek listu młodego Pawła Marcinkiewicza przytoczyłem przede wszystkim dlatego, że zapragnąłem wspomnieć Kazimierza Kobiałkę. Chyba okazało się, że do zahaczenia się w radiu rozmowa z nim nie była konieczna, ale po moim przyjeździe do Opola spotkaliśmy się ze dwa, trzy razy. Więcej nie, bo w 1991 r. niespodziewanie zmarł. Informujący o tym wyrywek gazety wrzuciłem między kartki kajetu z wierszami jak liść do zasuszenia. Przetrwał tam do dziś.

Nie mogę zatem powiedzieć, że dobrze go poznałem, ale był to ten rzadko spotykany typ, którego się lubiło i, co ważniejsze, któremu się ufało od pierwszego wejrzenia. I on chyba nigdy tego zaufania nie zawiódł, ani kiedy żył, ani po jego śmierci nie spotkałem się z nikim, kto by wyrażał się o nim inaczej jak z uznaniem i ogromną sympatią. Jeden Zbigniew Bereszyński napisał, że „odgrywał on najważniejszą rolę w działaniach strony związkowo-opozycyjnej przed przełomowymi wyborami parlamentarnymi z czerwca 1989 r. i w okresie późniejszym, gdy „Solidarność” zaczęła zbierać owoce odniesionego zwycięstwa. Odegrana wówczas przez niego rola pozostaje ciągle przedmiotem ostrych kontrowersji”, ale nigdzie śladu po tych ostrych kontrowersjach nie znalazłem. Sam z powodów wyżej wskazanych nie mam żadnych anegdot do opowiedzenia, mogę się tylko podzielić tzw. ogólnym wrażeniem. Jak najlepszym. Poznałem też żonę Kobiałki, panią Danutę, pracowała w bibliotece. Oboje byli bardzo ciepłymi ludźmi, naprawdę życzliwymi dla drugiego człowieka, zainteresowanymi i jego losem i nastawionymi na pomaganie. Wrażenie ciepła potęgowała u Kobiałki pewna jego misiowatość, w najlepszym znaczeniu tego słowa, podkręcona rysem Filipa z konopi widocznym już na tym zachowanym przeze mnie zdjęciu z gazety. Wydaje mi się bardzo charakterystyczna ta sytuacja opisana przez Pawła. Kobiałko chyba naprawdę nie potrafił obojętnie przejść czy przejechać rowerem obok kogoś, nie upewniwszy się, że wszystko u niego w porządku, że dostał się na studia i ma jakąś pracę. Był istotą społeczną. Człowiekiem, znaczy się.

No i tak. Przywykłem do pralki i szezlonga, radio też wciąga, człowiek nie papuga, serce nie sługa, w 1995 r. w Opolu urodził mi się syn i ugrzązłem tu na dobre, bez przykrości zresztą.

W tym samym 1995 r. wojewoda opolski chyba przyznał mi nagrodę. Pewności nie było i do dziś jej nie ma. Mogła to być ściema. Przyznał czy nie przyznał, na pewno jej nie dostałem.

Trzydzieści lat zleciało jak z bicza trzasł, prezydenci i wojewodowie nie zaprzestali procederu rozdawania nie swoich pieniędzy, zatem zarzuciłem odmawianie przyjmowania ich, ale przy każdej okazji protestuję przeciw nazywaniu ich nagrodami wojewody i zwracam uwagę, że nie dostałem nigdy Nagrody Kościeliskich, koniec dygresji.

W 2000 roku wyjątkowo często gościłem na łamach lokalnej prasy. W No To O pośmiałem się troszku z pisarzy Opolszczyzny i poświęconego im słownika, z którego wynika, że tylko czworo z nich należało do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a aż dwadzieścioro czworo do Związku Literatów Polskich, „z którego co przyzwoitsi pisarze wystąpili dwadzieścia, a mniej przyzwoici dziesięć lat temu. Jeden uparciuszek to wciąż jest kandydatem na członka”. Przyznam szczerze, że jeszcze dziś, czytając własne złośliwostki, uśmiecham się pod nosem. Ponieważ o jednym ze współczesnych pisarzy Opolszczyzny napisano, że tworzy „literaturę jeniecką”, pomówiłem innego o „literaturę zdrojową”, gdyż publikował zarówno w „Zdroju Cieszyńskim”, jak i w „Zdroju Ciechocińskim”. Krótko mówiąc, trudno się było nie śmiać, sami widzicie.

Uderz w stół, a kieliszki się odezwą. Mniejsza o polemiczny głos poety Aleksandra Migi, który źle zrozumiał, że nie podobają mi się życiorysy pisarzy, podczas gdy mnie życiorysy bardzo się podobały, natomiast nie podobało mi się, że dotyczą nie pisarzy. Ale potężną armatę wytoczył przeciwko mnie Zarząd Oddziału ZLP w Opolu, na czele którego stał wówczas Harry Duda, autor dedykowanego papieżowi „Jezusa Chrystusa” liczącego dziesięć tys. wersów oraz trzech książek i miliona wierszy o Katyniu. Liczne plagi, jakie spadały na Opole po 2000 r., były karą zesłaną na miasto za wystrzał z tej właśnie armaty Panu Bogu w Okno w porze sjesty, kiedy Pan Bóg spał i nie należało mu przeszkadzać. Zarząd opolskiego oddziału ZLP przypisywał mi tam „mentalność liczydłowego” i „chamstwo”, diagnozował także, iż jestem „ciężko zakompleksiony” i „bezinteresownie szyderczy” (to ostatnie było Prawdą). Ponadto zarząd w imieniu oddziału Harry’ego Dudy donosił, że wie „z czyją pomocą i jakie siły zmierzają do wszechstronnej deprecjacji opolskiej inteligencji (nie tylko środowiska literackiego). Ataki zdają się być skoordynowane i przemyślane (podobnie jak to już bywało np. w połowie lat 60., a potem w r. 1968, przy użyciu tzw. dyspozycyjnych piór oraz gościnności łamów ówczesnej »Trybuny Opolskiej«”. Już tutaj zarząd oddziału jechał ostro po bandzie, ale Pan Bóg obudził się i postanowił zalewać Opole co 10 lat powodzią tysiąclecia dopiero przy akapicie, w którym oddział Dudy twierdził o mnie: „w stanie wojennym trwał przecież na bezpiecznej państwowej posadce (i nie zamierzał jej opuszczać), a ponadto korzystał z subwencji ówczesnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych”. W następnym zdaniu narząd oddziału straszył mnie pozwem o zniesławienie, podczas gdy ja w stanie wojennym byłem nastolatkiem i uczniem.

Może pamiętacie armatę, do której zapakował swojego kapiszona Gleniu… No, ten doktor, którego raziła moja starannie obliczona, anarchistyczna anihilacja wartości. No, wtedy, jak go tak bolało w pisiorskim piśmidle, że tydzień bez mojego spotkania autorskiego był, jego zdaniem, rzadkością. A ja tu mam korpus delicji, z którego widać jak na dłoni, że prasa opolska raczej dziwiła się, że mnie NIE zapraszają, smacznego.

Życie już dawno nauczyło mnie kłamać na dzień dobry, kiedy dzwonią z lokalnych mediów, że jestem za granicą. Bardzo to ułatwia życie, polecam.

Ponieważ kończyło się tysiąclecie, w tymże dwutysięcznym roku wziąłem udział w ankiecie. Należało w niej wskazać dziesięć najważniejszych wydarzeń, jakie miały miejsce w XX wieku na Opolszczyźnie.

Komentarz nawiązujący do moich propozycji ankietowych zamieszczony w periodyku „Top Reklama” kończył się sugestią, że niedługo wyjadę z Opola. Jego autor chyba czytał mi w myślach, bo istotnie, przymierzałem się do wyjazdu jak tylko mój syn dorośnie. Wielkiego pecha miało Opole, że w przeddzień jego osiemnastki urodziła mi się córka, też w Opolu! Jak tylko dorośnie, wymiatam stąd. Muszę się tylko pilnować, żeby znów coś mi się w Opolu nie urodziło.

Na razie utknęliśmy w roku 2000. Przed świętami, ponieważ nastroje były milenijno-apokaliptyczne i spodziewano się, że może to być ostatnia świąteczna szopka przed końcem świata, postanowiłem usiąść przy wigilijnym stole, z kim mi każą. No To O wymyśliła taką akcję, żeby życzenia na jej łamach składali sobie ludzie z dwu stron różnych barykad, jakie tylko dawało się pomyśleć.

Zasada była taka, że składający sobie życzenia adwersarze nie znali wzajemnie treści swoich życzeń. Uważam, że wykorzystałem to sprytnie. Za poetą Goczołem, poprzednikiem Dudy na stolcu prezesa ZLP, nigdy nie przepadałem, ale nie chciałem czynić mu swoimi życzeniami przykrości.

Na początku 2001 roku No To O nominowała mnie do nagrody „Złota Spinka”. Z nostalgią wspominam, jak Zbigniew Górniak dopytywał konfidencjonalnie i zawczasu:

– Jakbyśmy ci tak przyznali, to byś wziął?

Znał życie.

– Mogę wziąć, byle na żadną galę nie było trzeba przychodzić.

Jako nominowany trafiłem między osoby duchowne, jak zwykle.

Dostałem potem tę nagrodę. I bardzo się cieszyłem. Nie tyle może z nagrody, złotej ale skromnej, ile z tego, że mogłem nie być na gali.

Jak mnie uznali za Wpływowego Opolanina, to już opowiadałem. Gwoli sprawiedliwości dziejowej muszę przyznać, że chociaż zasadniczo siedziałem w kącie i czekałem aż mnie znajdą, to czasem, jak się nudziłem, sam prasę lokalną niepokoiłem swoją osobą.

Skupiam się w niniejszym tekście na swoim życiu pozaradiowym, ale nie da się opisać mojego trudnego pożycia z opolską metropolią w nowym tysiącleciu w całkowitym oderwaniu od Studni i jej spraw. W 2002 r. przeczytałem w lokalnej gazecie tekst będący wspólnym dziełem Apolonii Klepacz, Andrzeja Namysły i Stanisława Niciei, mający na celu przekonanie opolan, że najlepszym gospodarzem miasta będzie były hokeista i właściciel klubów nocnych, obecny prezydent na usługach gangsterów i przyszły skazaniec za nadużycie władzy, korupcję i oszustwo, Piotr Synowiec. Utwór trojga polityków zawierający frazy „popatrzmy na Opole przez specjalne okulary zawierające filtr obiektywizmu” i „kierowano się zasadą przeprowadzenia modernizacji zgodnie z kierunkiem rozchodzenia się fali, jaka powstaje po wrzuceniu kamienia do wody” zachwycił mnie do tego stopnia, że poczułem w sobie powołanie do dub poetry i nagrałem go w tej właśnie konwencji z sobą samym na wokalu. Był to zarazem pierwszy z serii moich chamskich miksów, którymi Studnia miała w przyszłości zasłynąć. Niestety, był tak długi, że nie zmieścił się na kasecie i przez lata znany był tylko we fragmencie. Kilka tygodni temu otrzymałem go w całości w prezencie od Starego Słuchacza Studni, który jakby wiedział, że niedługo bardzo mi się przyda… Mogę go zatem skleić z zapowiedzią i zaprezentować w takiej postaci, w jakiej pojawił się w Studni w 2002 r.

W 2004 r. postanowiliśmy z Pawłem Marcinkiewiczem i Tomkiem Różyckim wystąpić podczas Opolskiej Jesieni Literackiej, chociaż wcześniej nie występowaliśmy. Lokalne media były pod takim wrażeniem naszej decyzji, że o niczym innym w telewizorze nie mówiono i w gazetach nie pisano. Widząc wcześniej zadarte, a obecnie spuszczone na kwintę nosy opolskich mistrzów pióra i dotacji przygnębionych faktem, że im poświęca się tylko skromne notki obok sążnistych artykułów poświęconych nam, trochę im dogadywałem. Bzdurki, które wygadywałem, szeroko komentowano, potem odbyła się ta Jesień, po której też niewiele co poza naszym występem komentowano i nosy wcześniej spuszczone na kwintę były już spuszczone na sestynę. A jak No To O poświęciła nam rozkładówkę i nazwała Wielką Trójcą Poezji, na oktawę.

O, widzę tu w pierwszym wycinku swój wiersz o Opolu, który od kilku dni ma już swoją muzykę, to przy okazji go wklejam.

W dwóch miejscach zapomarańczowiłem swoje impertynencje pod adresem pana Radka Wiśniewskiego. Na podstawie powierzchownych obserwacji chlapnąłem wtedy coś chamskiego i bardzo niesprawiedliwego, czego nie ma sensu powtarzać. Pana Radka przeprosiłem dopiero po latach, ale przynajmniej z własnej woli, zdawszy sobie sprawę, jak bardzo się myliłem. Wspaniałomyślnie mi wybaczył, co nie zmienia faktu, że przepraszam go jeszcze raz, bo znowu wstyd mi się zrobiło, jak teraz przeczytałem, co o nim wtedy palnąłem.

Po tym epizodzie przez osiem lat trzymałem swój niewyparzony jęzor we wrzątku, odezwałem się dopiero w 2012 r., kiedy mnie spytali, czy mi się piosenka „Urodziłem się w Polsce” podoba i w 2014, jak mnie postraszyli, że mnie zrobią Opolaninem 25-lecia i postawili w jednym rzędzie z Nicieją, któremu nie mogłem zapomnieć, że kazał mi patrzeć na Opole przez okulary zawierające filtr obiektywizmu. Koło Niciei i tak mnie postawili, wtedy i 10 lat później, jak jemu dawali tytuł Opolanina Stulecia, a mnie tytuł Powodzi Tysiąclecia, też.

I takie to, widzicie, życie.

Jac Po
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z plików cookie, abyśmy mogli zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o plikach cookie są przechowywane w Twojej przeglądarce i wykonują takie funkcje, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje strony internetowej są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.