Rzecz miała miejsce w Ameryce Północnej. Wiosną, kiedy śpiewały ptaki, grupa naukowców ornitologów postanowiła poznać rzeczywistą liczbę samców zięb przypadającą na określoną powierzchnię lasu. Wzięto dubeltówki i na pięciu hektarach zastrzelono wszystkie śpiewające samczyki. Następnego dnia w lesie znów śpiewały zięby, znowu je wystrzelano. Po paru dniach liczba zabitych ptaszków przekroczyła pięćset, a owe pięć hektarów powierzchni badawczej nadal rozbrzmiewało śpiewem. Badań zaniechano. Autor, ekolog, który to zdarzenie opisał w książce, nie wyjaśnił z jakiej przyczyny.
Szereg lat później w środku Europy, w Polsce, do najwyższej instancji dającej zezwolenia na naukowe badania wpłynął bliźniaczy projekt. Grupka znanych ornitologów postanowiła w taki sam sposób zbadać na określonej powierzchni pewnego rezerwatu (ścisłego!), czy i w jakim tempie pozbawiony strzyżyków obszar zastanie ponownie zasiedlony.
Simoną zatrzęsła furia. Wprawdzie nie była jeszcze wtedy członkiem Komisji Etycznej, ale jak zwykle bezkompromisowo walczyła o ludzką twarz nauki. W dodatku bardzo lubiła strzyżyki, miniaturowe, czupurne ptaszki. Interweniowała w ministerstwie. W rezultacie pozwolenia nie udzielono, w związku z czym autorka protestu wśród części naukowej społeczności zyskała opinię niekoleżeńskiej czarnej owcy.
Również w Polsce, w rezerwacie ścisłym, gdzie wygodniej jest prowadzić badania, użyto do odłowu chronionych zwierząt, w celu ich obrożowania, stalowe potrzaski wyprodukowane w Teksasie do ochrony zwierząt gospodarskich przed drapieżnikami, stosowane także do chwytania zwierząt futerkowych przez traperów. Simona znów ostro zaprotestowała. W tym przypadku wymagało to szczególnej odwagi i determinacji. Za badaczami stały murem wybitne naukowe autorytety, a ona nie była jeszcze profesorem. Zebrało się gremium solidarnych naukowców, na wysokim szczeblu. Ważyły się losy sprawy. Simona była sama przeciw wszystkim. Zanosiło się na porażkę. Wreszcie jeden profesor nie wytrzymał moralnej presji. Przełamał zawodową solidarność, wziął potrzask do ręki i powiedział: „Panowie, nie oszukujmy się, przecież to są typowe niebezpieczne narzędzia kłusownicze”.
Aparatura badawcza została z rezerwatu usunięta.
Nie odgrzebywałbym tej sprawy, gdyby nie to, że wciąż krążą pogłoski, jakoby Simoną powodowało wtedy przesadne, wręcz histeryczne uczulenie na cierpienia zwierząt, połączone z zawiścią zawodową w stosunku do kolegów.

Narażała się różnym środowiskom. W pewnym małym, zabytkowym parku zamiast poddać drzewa zabiegom konserwatorskim, postanowiono je wyciąć. Kiedy piły zaczęły warczeć, a drzewa padać, zrozpaczeni mieszkańcy obrzeża parku prosili Simonę o pomoc: „Zrób coś! Właśnie słowiki śpiewają, teraz uciekną, koło mnie na trawniku taką piękną brzozę wycięli. A dlaczego ten zdrowy jesion?”. Oficjalnie z różnych przyczyn bali się protestować. Znów stanęła sama przeciw decydentom. Piły ucichły, reszta zagrożonych drzew ocalała. Między innymi dziuplasty kasztan, w którym rok w rok gnieździły się i gnieżdżą śmigłe, podobne do jaskółek ptaki – jerzyki.
Lech Wilczek, “Moje życie z Simoną Kossak”, Marginesy, Warszawa 2023.



