Piotr Czaban niestrudzenie dociera do informacji o skrywanych przez władze dowodach bandyckiej działalności żołdactwa polskiego na granicy z Białorusią. I publikuje je na kanale „Czaban robi raban”. Jednocześnie zmuszony jest analizować postawę mainstreamowych (= prorządowych) mediów zamieniających rolami złoczyńców i ich ofiary albo przedstawiających ofiary losu jako ofiary uchodźców (np. żołnierza, któremu granat hukowy tak głośno wybuchł w rękach, że go poranił). Kiedy zaproponował eksperyment polegający na wpisaniu w wyszukiwarkę frazy zbliżonej do „strażnik oskarżony o pobicie”, żeby pokazać, że poza nim praktycznie nikt o takich faktach nie informuje, postanowiłem nie dać się Piotrowi zmanipulować i przeprowadziłem to doświadczenie w wersji zmodyfikowanej. Ponieważ upublicznił również wyrwane z gardła siedleckiej prokuraturze informacje o esgiekach, którzy nie tylko niszczyli paszporty i telefony uchodźców, ale też okradali ich (jednemu udowodniono zajumanie m. in. 10 euro i 50 rubli białoruskich, drugiemu zajumanie dwóch i zniszczenie „nie mniej niż siedmiu” telefonów), wpisałem w gugla słowa „strażnik graniczny ukradł telefony”. Tym sposobem dowiedziałem się, że „migrant ukradł żołnierzowi radiotelefon”. Informację z takim nagłówkiem ogłosił portal Tok FM, a gugl po moim zapytaniu zwrócił tego newsa na pierwszym miejscu. Uśmiałem się po pachwiny, czytając o kolejnym przykładzie bezprzykładnej czujności, z jaką żołnierz polski pełni swoją odpowiedzialną służbę na przedmurzu wszystkiego: „Cudzoziemiec przełożył ręce przez szczeliny między przęsłami stalowej zapory, wyciągnął radiotelefon z wojskowej kamizelki i uciekł”. Już sam sobie dośpiewałem, że prawdopodobnie cudzoziemiec przy okazji przełożył żołnierzowi polskiemu do kieszeni na radiotelefon granat, w związku z czym kiedy żołnierz próbował połączyć się z dowództwem za pomocą granatu hukowego, huku było co niemiara.
Piotr Czaban jako jedyny dziennikarz prostuje co może z akcji dezinformacyjnej prowadzonej przez MON. Mówi w twarz majorowi żołdactwa polskiego Łukaszewskiemu, że jest kłamcą, tak samo nazywa śmiesznej pamięci ministra Duszczyka, równie wielkiego kłamczucha co małego człowieczka. Zarzuca mówienie nieprawdy Kosiniakowi-Kamyszowi, który wstydzi się mu odpowiedzieć, zatem wyręcza się swoim biurkiem prasowym, któremu Piotr zmuszony jest wytknąć kolejne kłamstwo.
A moje wiersze to są z życia wzięte. I tak mi miło w wypowiedzi Piotrka spotkać tę samą Handzię Kondratiuk, która występuje w moim wierszyku! Piotrek pisze o niej jako o dziennikarce, Hania jest też pisarką, a dla mnie chyba już zawsze będzie przede wszystkim śpiewaczką.
Pozwólcie, że zawieszę się na chwilę na tej przyjemności niespodziewanego spotkania z Handzią i Basią Samosiuk. Chyba już wiecie, że nie mam wielu znajomych, a Przyjaciół to mógłbym policzyć na źdźbłach jednej palczatki. Bardzo mi z tym dobrze i o tym też mowa w wierszyku. Dzięki temu nigdy nie wpierdolę się jak celebryta Skiba, który do dziś występuje w obronie „perły Sopotu”, w której to perle prowadził akcje charytatywne i czytał bajki dzieciom, a w gwałtach na dzieciach mających miejsce w godzinach nocnych w tej samej perle nie tylko nie brał udziału, ale nawet nie wiedział o nich, bo w owych czasach pozostawały one zaledwie w sferze podejrzeń.
Za to ciągle wpadam na znajomych i Przyjaciół, kiedy trzeba zabrać głos albo w inny sposób wystąpić w obronie krzywdzonych i prześladowanych. Basia Samosiuk, która jak każda dziewczyna z Podlasia jest dla mnie przede wszystkim śpiewaczką, jest też dyrektorką domu kultury i w obronie uchodźców wystąpiła m. in. w „Jezus umarł w Polsce” Mikołaja Grynberga. A jedyny obok Piotrka dziennikarz oskarżony o „zniesławienie” SG, to jego imiennik, a mój młodszy kolega i, śmiem powiedzieć, troszkę wychowanek ze „Studni”, Piotrek Maślak.
Z Basią Samosiuk przed sądem w Białymstoku też się zgadaliśmy o „Studni”. Bo 25 lat temu miałem przyjemność gościć ją z częścią zespołu „Czeremszyna”. Poprosiłem wtedy o zaśpiewanie pewnej ballady, a ponieważ przewidziałem, że nie znają jej tekstu na pamięć, przyniosłem do studia zawierająca go książkę. Skończyło się to pożyczeniem czeremszakom tej książki „na wieczne oddanie” i teraz wspomnienie o niej wróciło w moim wierszu.
Obiecałem wysłać Basi studniowe nagranie sprzed ćwierćwiecza, jeśli je odnajdę, ale wiecie, jak to ze mną jest. Obiecać łatwo, dotrzymać trudno. Ale dzisiaj, przy okazji tego wpisu, znalazłem! I oto ono, specjalnie dla Basi w wersji pobieralnej.
NIGDY NIE PRZESTANĘ
Przed rozprawą ze Sprawiedliwymi trwała mała manifa
przed sądem w Białymstoku. „A ty jak zawsze z boku”
– usłyszałem. Takim mnie pamiętała przez wszystkie te lata
Handzia Kondratiuk. Spotkałem też Basię Samosiuk. Ona znów
pamiętała, że ma mi nie oddawać pożyczonej w ubiegłym życiu
książki ballad ludowych. Nie pytałem o to, ale obie dziewczyny
mają po dwa lata do emerytury. Jakoś tak wyszło w rozmowach.
Słuchałem bez goryczy, mam zapas tamtej słodyczy.
Obie też znają od dziecka Ewę Moroz-Keczyńską. Tak, smak
przygody i balladowy szlak, odpowiednio długi. Jestem jak
zbierający się do odlotu stary ptak, który zawsze się obracał
we właściwych kręgach. Bito w bębny, skandowano hasła.
W sądzie spotkałem jeszcze Marka Zaleskiego i Piotra Czabana.
Z Piotrkiem umówiliśmy się, że będziemy chodzić po lesie i
szukać śladów ludzi.



