Mało brakowało, a ogromny trud, jaki włożyliśmy z Wojtkiem Mazanem i Łukaszem Wójcikiem w przygotowanie mapy śladów żydowskiej obecności w Ostrowcu Świętokrzyskim poszedłby na marne. Wskutek nieuznania przez nas jego protestu przeciw nazywaniu początkowego okresu istnienia miasta, kiedy zamieszkiwali w nim już Żydzi, zaraniem, przeciw nazywaniu najstarszego budynku Ostrowca należącego kiedyś do rodu Mintzbergów domem Mintzbergów, przeciw nazywaniu rabujących i mordujących Żydów bojówek poakowskich bojówkami poakowskimi, przeciw nazywaniu pogromu pogromem i w ogóle, jak rozumiem, w ramach ogólnego protestu przeciw posługiwaniu się językiem polskim w sposób właściwy, dyrektor Muzeum Historyczno-Archeologicznego w Ostrowcu Andrzej Przychodni nie dotrzymał obietnicy pokrycia przez Muzeum kosztów druku mapy. Mimo że na jego osobistą prośbę byliśmy gotowi nie nazywać motłochem chrześcijańskiego motłochu, który dokonał pogromu Żydów w Kielcach. Dlatego rzecz cała odwlekła się w czasie, ale w końcu koszty druku pokryła inna instytucja i mapa się ukazała. Odbyła się nawet promocja! 12 i 13 kwietnia 2025! I ja w niej uczestniczyłem! Bardzo to przeżywam, dlatego pozwólcie, że właśnie na swoim udziale w niej się skupię.


Pierwszego dnia odbyło się ogólne gadu-gadu, a drugiego dnia spacer z naszą mapą po mieście i to on był szczególnie udany. Co prawda tego samego dnia miała miejsce w Ostrowcu „inauguracja sezonu motoryzacyjnego”, w związku z czym dookoła centrum w kółko jeździły grupy spaślaków na pierdmaszynach z flażkami zamiast tłumików, ale za każdym razem, jak nas mijali, czciliśmy pamięć ostrowieckich Żydów minutą ciszy z naszej strony. Spacer prowadził Wojtek, ja kryłem się w cieniu, z którego wychodziłem, jak było trzeba.

Marta Socha przyjechała na nasz spacer aż z Dębicy. Z mężem. Przy upamiętniającym żydowską społeczność Ostrowca kamieniu, przy którym się spotkaliśmy, mąż ów, niezorientowany w lokalnych zwyczajach, omal nie stanął tam, gdzie lepiej nie stawać. W związku z tym przykrym epizodem zwróciłem się do mieszkańców Ostrowca z serdecznym apelem, aby sprzątali po swoich psach i nie wyprowadzali ich na miejsca pamięci.

Potem poszliśmy w kierunku dawnej garbarni Ledermana.

Jeśli w miejscu, gdzie stała synagoga, błąka się duch rabina Halsztuka, to tego dnia widział nas mniej więcej tak:

Potem Wojtek sprytnie poprowadził nas w prawo, potem za krzakami w lewo w stronę nieistniejącej ulicy Bagno. Była bardzo ładna pogoda.

W miejscu, gdzie znajdują się pozostałości cmentarza żydowskiego, Łukasz zniknął. Nie wiem, czy to nasze Drogi się rozeszły, czy został porwany przez bojówkę pożobowską na macę, ale więcej go nie było. Wojtek dużo opowiadał, a ja przeczytałem pod starym dębem fragmenty wiersza prozą Izraela Blajberga poświęconego właśnie temu dębowi. Nosi tytuł „Błagalna prośba zaczarowanego drzewa z Ostrowca” i idzie mniej więcej tak:
Jestem wielkim i pięknym dębem, potężnym i wiekowym. Od stuleci stoję na wzgórzu obok Rynku w Ostrowcu, górując nad pofałdowanym terenem. Z korony moich gałęzi widziałem wszystko wokół, bieg wód rzeki, synagogę, kondukty pogrzebowe podążające na cmentarz, kościół. Widziałem, jak uradowani rodzice wiedli swoje dzieci do ślubu, aby wprowadzić je pod chupę. Miasto było małe, Żydzi i Polacy mieszkali razem. Cierpiałem bardzo, widząc braci, którzy odchodzą, aby już nigdy nie wrócić. Osamotniona Polska opierała się najeźdźcom z Zachodu i Wschodu tak długo, jak tylko mogła. Myślałem: to mój koniec… Jestem zgubiony, nadchodzi czarna noc, co się ze mną stanie? Czy wyrwą mnie z korzeniami? Czy słońce już nie zaświeci dla mojego ludu? Już nigdy nie będą pode mną bawić się dzieci?
A jednak inne było życzenie Wielkiego Architekta Wszechświata. Miłość sprawiła, że znów wypuściłem liście, w obfitości. I znowu mogę świadczyć o weselu mojego ludu, rodzice znowu przyprowadzają swoje dzieci, znów pod tę samą chupę, powtarzają tę samą przysięgę… Już nie w Ostrowcu, ale po drugiej stronie świata, z dala od cierpiącej Polski. 25 lat temu udało się zrealizować marzenia. Znów ujrzałem kolejne pokolenia Ostrowiaków maszerujące w moim cieniu. Ale miasto się zmieniło, rozciągnęło się na odległe dawniej pola, zbrukało krajobraz ogromnymi kompleksami mieszkaniowymi, przepędziło duchy stojące na straży Natury. Dawni mieszkańcy nie uwierzyliby, że wszystko może się tak odmienić. Zmęczone konie nie ciągną już wozów do pobliskich miasteczek wąskimi i wyboistymi drożynami. Żydzi obecni przez stulecia zniknęli. Wielu wyniosło się, przeczuwając, co ma nadejść, a marzenia tych, którzy pozostali, naziści wrzucili w ogień Holokaustu. Ale przeznaczenie było ponad to. W grudniowe noce w Ostrowcu wiatr wiejący z gór od Świętego Krzyża staje się jeszcze zimniejszy. Nieliczni mieszkańcy wychodzą o świcie na ulice schowane w gęstej mgle i śniegu, który pada bez przerwy. Ruch samochodowy jest o tej porze żaden, jedynie ten czy ów rolnik wstaje wcześnie, aby pracować w polu i zaskakuje go lekki ślad na niebie, światło przeciekające przez niskie chmury…
Rabin Mayer Chil przemierzający niebo w rydwanie ognistym Proroka Eliasza, też jest zaskoczony błyskającymi w dole światłami. Tak wiele budynków, ulic, mostów, fabryk, sklepów… Czuję, że Święty Rabin z góry śle swoje błogosławieństwa, podnosząc nas na duchu… Po prostu błagam, aby Żydzi, którzy kiedyś mieszkali w Ostrowcu, nie zostali zapomniani…

A tu stoimy na Iłżeckiej, przed makietą domu Heinego i domem Silmanów. Oryginalny dom Heinego został wyburzony z 10 lat temu. Zanim go wyburzyli, Wojtek wlazł na strych i znalazł m. in. żydowskie papiery i opaskę z gwiazdą Dawida.

Dzięki wspomnieniu Lejba Żabnera w Księdze Pamięci wiadomo, że opaska mogła należeć do rabina Szymenowicza lub kogoś z jego rodziny. Przeczytałem ostrowczanom opis męczeńskiej śmierci tej rodziny z ręki potwora z ostrowieckiego gestapo, Petera. Właśnie dlatego wszyscy na kolejnym zdjęciu będą smutni.
Stało się to trzeciego dnia po wysiedleniu. Zamknięci byliśmy wówczas na małej powierzchni domu reb Szmuela Heinego, na poddaszu i w dwóch małych pokojach, które niegdyś służyły za kuchnię jesziwy. Był z nami reb Mordechaj z żoną Cypą i córeczką. W getcie panował tłok. Niewielki obszar od Kościelnej aż do Browarnej, z rynkiem w centrum i kilkoma uliczkami po bokach, z trudem pomieścił ogromną liczbę ludzi, których Niemcy tam upchnęli.
Policja żydowska poinformowała, że wszyscy mają się zebrać o siódmej rano, kiedy zawyją fabryczne syreny. Każdy spakował małą paczkę, którą mógł zabrać ze sobą.
Reb Mordechaj i jego żona postanowili nie iść na dźwięk syreny, mimo że w domu nie było nic poza kawałkiem suchego chleba, który pozostał po Szabacie. Dziecku wystarczyłoby na kolejny dzień. Było też w domu wiadro wody. Rano, kiedy zawyła syrena i wszyscy z krzykiem, popędzani strzałami i biciem przez morderczych Ukraińców opuścili swoje domy, oni pozostali w ukryciu. Minęły dwa dni pełne strachu i bólu. Bali się ruszyć z miejsca, aby nie zostać odkrytymi przez żydowską policję, która szukała ostatnich mieszkańców. Morderca Peter zastosował starą metodę, w myśl której żydowscy policjanci odpowiadali głową, jeśli nie oczyściliby getta ze starców, dzieci i innych ukrywających się osób. Także rodzinę reb Mordechaja policja wypędziła na podwórko. Niósł swoją córkę pod płaszczem i myślał, że uda mu się uciec w inne miejsce – robił wszystko, byle nie zabrano mu dziecka. Schodząc po schodach napotkał Petera, który stał na półpiętrze i dowodził akcją. Peter chwycił reb Mordechaja za gardło i chciał wyrwać mu dziecko spod płaszcza. Dziewczynka z całych sił trzymała się ciała ojca. W tej szamotaninie reb Mordechaj i jego córeczka spadli ze schodów. Reb Mordechaj Szymenowicz podniósł się szybko i kontynuował walkę, ale jego los był przesądzony. Morderca powalił wątłego reb Mordechaja na ziemię i strzelił mu dwa razy prosto prosto w głowę. Reb Mordechaj zdążył krzyknąć „Szema Yisroel” i padł martwy w kałuży krwi. W tym czasie Cypa pobiegła do mieszkania po ubranie dla swojej córeczki, a kiedy wróciła i zobaczyła co się stało, usłyszała także płacz dziecka, które zostało rzucone na ciężarówkę. Nie czekając, aż zabiorą ją wraz ze wszystkimi, poszła do pobliskiej studni i utopiła się. Policja z wielkim trudem wyciągnęła później jej ciało ze studni i wraz z innymi zabrała je do zbiorowego grobu.

O Bajli Gertner opowiedziałem w bramie domu, w którym przez pewien czas mieszkała. Wojtek opowiedział o Szmulu Muszkiesie, który w oficynie tego samego domu prowadził atelier fotograficzne. Że oboje mieszkali w tym samym miejscu odkryliśmy stosunkowo niedawno, długo po tym jak Wojtek poświęcił Szmulowi książkę „Szmul Muszkies, fotograf profesjonalny”, a ja Bajli wiersz „Słup ze słów”.

Przy schodkach znajdujących się w miejscu nieistniejącej ulicy Częstocickiej, chyba najbardziej stromej i najbardziej żydowskiej ulicy dawnego Ostrowca, opowiedziałem o ostrowieckim pogromie z 1904 r. Opowiedziałem, jak epileptyk Sucholewski uderzył kijem żydowskiego chłopca. Jak chłopiec ugodził go z bezpiecznej odległości kamieniem tak celnie, że Sucholewski dostał ataku epilepsji. Jak brat epileptyka biegł przez miasto ku hucie z krzykiem „Żydzi mordują chrześcian!”. Jak hutnicza brać postanowiła odstąpić od Wielkiego Pieca, aby dać odpór innowiercom. Jak rabin Halsztuk błagał komendanta policji o pomoc i jak po odmówieniu mu jej ogłosił powszechną mobilizację. Jak się zdziwiły dwa tysiące robotników, kiedy przybyli do dzielnicy żydowskiej, a tu przed każdym domem i sklepikiem żydowskim stały warty. Jak ktoś rzucił hasło „Na synagogę!”. Jak bohatersko broniło synagogi aż do 3 nad ranem 400 Żydów pod dowództwem siłacza Berla Czoczki. Jak Dawid Silman krzyczał w uniesieniu, że owszem, ma zamiar zginąć, ale też zabrać ze sobą wielu, wielu Filistynów. Jak Jankiel Borensztajn i Aron zwany Subiektem zostali ciężko ranni i jak ten pierwszy zmarł. Jak sąd w Kielcach skazał rok później 14 napastników na kary więzienia.

Przed domem i sklepem Niskierów na Kościelnej pokazałem w książce Moszego Niskiera zdjęcie zrobione ok. 1936 roku w tym właśnie miejscu. Na zdjęciu widać głowę rodu, Berka Niskiera, w otoczeniu synów, trzymającego w ręku zwiniętą gazetę „Der Moment”. Rozbawiłem wszystkich zręcznie wplecioną w swoją opowieść anegdotką, że Berek zwalczał postępowe nowinki i sowieckie książki znoszone przez synów do domu, a ponieważ „Der Moment” był periodykiem raczej nowoczesnym, prawdopodobnie zabrał go jednemu z synów i przed chwilą trzepnął go w łeb. Dlatego gazeta na zdjęciu jest zwinięta.


Autorami fotografii zaczerpniętych ze strony Stowarzyszenia Nie z Tej Bajki są A. Boroń, M. Jedlikowski, J. Paszko i K. Krzak.




