Pochwała niebezpieczeństwa

Jak tylko Franklin powiedział, że rezygnując z wolności na rzecz bezpieczeństwa nie osiągnie się ani jednego, ani drugiego, ludzkość zaczęła główkować, ile też wolności warto by oddać za dwa kilo bezpieczeństwa, żeby się jednak kalkulowało. I przestać nie może. Także w Polsce, choć w naszej historii niewiele słów było wypisywanych na sztandarach tak chętnie jak „wolność” i niewiele budziło taką grozę taką jak słówko „bezpieczeństwo”.

Nawet w Łomży. Pierwsze słowa zbiorowych Rozważań o bezpieczeństwie wydanych przez Wydawnictwo Wyższej Szkoły Agrobiznesu w Łomży brzmią: „Przedłożone Państwu opracowanie, stanowi varię zagadnień…”, a podpisali się pod nimi dr Dariusz Brakoniecki i dr Roman Kordoński. Zmęczyłem tylko pierwszy rozdział, który nadzwyczajnie mnie zaciekawił tytułem Prawa i wolności obywateli w stanach nadzwyczajnych. Autor zauważa w nim, że w varii niezbornych myśli stanowiących konstytucję podniesiono możliwość pozbawienia człowieka praw i wolności w stanie nadzwyczajnym, natomiast – literówki poprawiam – „pominięto konieczność zaniechania ograniczeń związanych z ochroną praw człowieka oraz obywatela”, kiedy stan staje się na powrót zwyczajny. Zaraz się jednak uspokaja, że przecież „dostrzec można w powyższym pewną logikę wskazującą na to, że w sytuacji jak najszybszego przywrócenia normalnego działania państwa dochodzi jednocześnie do przywrócenia odpowiedniej i pożądanej ochrony prawa oraz wolności”. Rzeczywiście, z przywracaniem jest tak jak z przewracaniem – jak nie ma potrzeby obalać tego, co chyli się ku upadkowi, tak samo głupio by było pisać o obowiązku przywrócenia tego, co się samo przywraca, miała matka syna i zdróweczko.

Kiedy państwo wysyła do człowieka bezpieczniaka z propozycją pozbawienia go wolności w zamian za „bezpieczeństwo”, dzieje się coś podobnego jak wtedy, kiedy na parkingu przed Carrefourem podchodzi do mnie menel z varią przypilnowania mi auta na wargach. Zawsze odpowiadam, że to ja go przypilnuję, żeby mi auta nie pilnował. Niestety, propozycje ze strony państwa są propozycjami nie do odrzucenia. Kiedy około świętej granicy ojczyzny, tam gdzie ostatni raz mieliśmy mały stanik wyjątkowy, zaczepia mnie menel w mundurze, zabraniając mi schodzić na manowce, to jest to menel wyposażony przez ojczyznę w samopał, który niechybnie wypali, jeśli zaniedbam swoje bezpieczeństwo i udam się w kierunku przeciwnym do wskazanego mi.

Prawidłowa odpowiedź na pytanie „ile wolności kosztem bezpieczeństwa” brzmi: zero. Nie da się oddać części wolności. Wolność jest wartością absolutną i niepodzielną, jedną z tych, które mąż polski wymienia jednym tchem po dziewictwie: nie jest stopniowalna. Nie ma wolności „ograniczonej” czy „zawężonej”, ograniczenie to już niewola. A że moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego, to niczego jej nie ujmuje, wcale jej nie zmniejsza. Mówię to, uprzedzając argumenty myślicieli z Łomży. Warto też powiedzieć im z góry, może nawet nieco wyniośle, że to, iż wolność jest wartością absolutną, nie oznacza że wolno absolutnie wszystko i niech się pozwoli gówniarzowi przyjść do szkoły z kolczykiem to jakby tak wszyscy wszędzie mieli kolczyki, to co by to było pani kochana, niech żyje wolność, pod ten nowy płotek i oby nam się.

Nie da się oddać wolności tylko w części, ale też nie ma takiej potrzeby. Proletariusze wszystkich krajów, uczcie się, że nie ma wolności bez niebezpieczeństwa. Kto prawdziwie ją kocha, prawdopodobnie lubi też niebezpieczeństwo. A wolność i bezpieczeństwo to tak naprawdę ogień i woda, nie musimy ich na siłę godzić. Kto przesadnie dba o swoje bezpieczeństwo, staje się jego zakładnikiem, sam się pozbawia wolności. To nawet nasza specjalność: dać się zamknąć albo samemu się zamknąć w celi i filozofować nad „nieszczęsnym darem” wolności.

„To niezwykłe uczucie, trudne do opisania… Kiedy nie wiadomo, co cię czeka za godzinę, jutro albo za tydzień, to jest przerażające i jednocześnie wyzwalające” – powiedział Edward Snowden, wielki ratownik wolności jednego z tych pamiętnych dni, których prawdziwej wartości jeszcze nie znamy. Oczywiście nie jest też tak, że im więcej niebezpieczeństwa, tym lepiej. Nie sprowadzajcie każdego trzeźwego zdania ad absurdum, drodzy łomżanie, bo obudzicie się w Absurdystanie. Służby bezpieczeństwa pozbawiają człowieka wolności albo zabraniając mu stawić czoła niebezpieczeństwu (zakaz przebywania, przymusowa bezczynność), albo zmuszając go do stawienia czoła niebezpieczeństwu w sposób, który uznają za stosowny (obowiązek przebywania, branka itp.). Tymczasem człowiek wolny stawia czoła niebezpieczeństwu w sposób, który sam uznaje za najlepszy i najbardziej adekwatny do sytuacji i własnych możliwości.

Wolność kocham i wydaje mi się, że rozumiem, wolności ani kawałeczka oddać nie umiem. A za „bezpieczeństwo” bardzo państwu dziękuję, już ci mówiłem, menelu.

Powyższy tekst mogę tu zamieścić dzięki uprzejmej zgodzie redakcji “Tygodnika Powszechnego”.