Kiedy odkrywałem, że wiele moich nawyków i narowów wynika z zespołu deficytu uwagi i z fobii społecznej, w wyliczance cech charakterystycznych dla ludzi mojego pokroju najbardziej mnie zaskoczyła obecność tych cech, które uważałem za całkowicie indywidualne i niepowtarzalne, tylko moje. Była wśród nich trudność z patrzeniem w oczy rozmówcy i była wśród nich niechęć do obchodzenia uroczystych rocznic. Ta ostatnia poskutkowała tym, że chyba ze dwadzieścia parę lat temu udało mi się pierwszy raz zapomnieć o własnych urodzinach. I do dzisiaj udaje mi się o nich nie pamiętać, o ile mi ktoś o nich nie przypomni.
Wcześniej byłem pewien, że wynika to z mojego posłuszeństwa bardzo ważnemu przykazaniu brzmiącemu: nie dajmy się zwariować. Uważam za wariactwo, a nawet idiotyzm, podniecanie się faktem, że Ziemia w swoim ruchu wokół Słońca znajduje się akurat w takim samym położeniu, w jakim była w dniu, kiedy lekarz wywlekał mnie z macicy wiadomej samicy. Przy czym od razu zaznaczam, że wariactwo to wydaje mi się stosunkowo mało szkodliwe i nie występuję przeciw niemu, życzę wielu łask Bożych, ciąży mnogiej i w ogóle zdrowie jubilata, byleby nie był mną. Tym bardziej, że w walce o to, żeby nie dać się zwariować, najtrudniejsze jest upilnowanie się, żeby nie przegiąć pały w żadną stronę.
Tu mi się przypomina z młodości buddyjska przypowieść. Popierdalają sobie przez świat dwaj mnisi, mistrz i uczeń. Obaj po ślubach, że w życiu nie tkną kobiety, choćby skały srały. A tu między tymi skałami rzeka, taki buddyjski Nil, rwący i groźny. A na brzegu stoi buddyjska laska nie z tej ziemi, piękna jak wegańska kiełbasa i mówi, że boi się przejść przez bród. No to mistrz łaps, bierze ją na ręce, przenosi przez rzekę i stawia na drugim brzegu. Może nawet dostaje dziękczynnego całusa. Popierdalają sobie dalej, ona w swoją, oni w swoją stronę. Ale uczeń coś nie w sosie. Popatruje ma mistrza, naburmusza się, zaciska zęby, widać, że coś go gryzie. No, ale idą. Mija tydzień. Idą, idą i w końcu uczeń nie wytrzymuje:
– Mistrzu! Jak mogłeś! Przecież śluby!
– Ale że co? – pyta mistrz.
– No, ta laska nad rzeką! Wziąłeś ją na ręce! Dotykałeś jej ud!
– No i dobrze. Wziąłem to wziąłem. Przeniosłem ją przez rzekę, żeby się nie utopiła, postawiłem na ziemi i finito. A ty już od tygodnia ją niesiesz i nie możesz się uwolnić, i konia walisz po nocach, spać mistrzowi nie dajesz!
Zobaczcie teraz, jak Paweł Próchniak reprezentował mnie na uroczystej gali wręczenia nagrody Nike w 2017 r., a potem pójdziemy dalej. Zwróćcie tylko uwagę, jak w siedemnastej sekundzie Marek Radziwon puszcza do Pawła oko.
Nie ma co dziwić się zdziwieniu Pawła, kiedy mu parę dni później powiedziałem, że widziałem, jak godnie mnie reprezentował. Bo rzeczywiście, zapowiedziałem wcześniej, że nie tylko nie wybieram się na galę, ale nawet nie będę jej oglądał: mam na głowie przygotowania do kolejnej wyprawy, zresztą nie mam telewizora, a nie będę przecież szedł do sąsiadów oglądać, jak nie dają mi nagrody.
Zapominanie o istnieniu nagród literackich jest jeszcze trudniejsze niż zapominanie o urodzinach. I o wiele bardziej konieczne dla niezwariowania. Toż ta zdegenerowana forma krytyki literackiej jest zarazem jedyną, jaka się we współczesnym świecie ostała i trzeba mieć twarde plecy, żeby się jej oprzeć. Za całe opiewanie moich twardych pleców niech Wam wystarczy świadomość, że potrafiłem uniknąć publikacji książek – a więc i wszelkich nominacji – w tych latach, w których Paweł był w jury różnych nagród. Udało mi się. Nie dlatego, że się starałem nie wydać książki w tych okresach. Dlatego tylko, że nie starałem się wydać.
A z tym oglądaniem tamtej gali to było tak. Udało mi się zapomnieć, że ona jest. Tragicznego wieczoru coś tam robiłem, dłubałem, kombinowałem na lewo, aż włączyłem komputer, żeby coś tam sprawdzić. Zajrzałem do netu, a tam informacja: za godzinkę będziemy transmitować uroczystą galę Nike. I to tu, w sieci, nie w telewizorze żadnym. No to żeby nie być przez dwie godziny tym uczniem buddyjskim zakłócającym sen mistrza, obejrzałem. Po prostu tak się rzecz ułożyła, że nieoglądanie bardziej by mnie absorbowało, niż oglądanie, więc obejrzałem.
Jak wiecie, wychowała mnie ulica i wierny jestem dobrym obyczajom, które mi wpoiła. Wydaje mi się, że jak człowieka gdzieś zapraszają, to raczej wypada przyjąć zaproszenie niż odmówić. Natomiast jak odmówi, nie wypada nalegać. Tak mi się wydaje.
Otrzymuję zaproszenia na gale kulturalne w straszliwych ilościach. Nagrody za twórczość stały się ważniejsze niż twórczość, a gale nagród stały się ważniejsze niż nagrody. Nie lubię gal z wielu powodów, a jednym z najważniejszych jest ten, że prawie zawsze wyskakują tam do człowieka z łapami jakieś politykiery. Przy czym od razu zaznaczam, że wariactwo to wydaje mi się stosunkowo mało szkodliwe i nie występuję przeciw niemu, życzę wielu łask Bożych, sukcesów twórczych i udanego bankietu. Sam na ogół grzecznie odmawiam, ale czasem, jak mam kaprys i wolną chwilę, to korzystam. Szczególnie staram się być na galkach tych nagródek, w których jury sam zasiadam, bo wiadomo. Tak mnie, powiadam, wychowała ulica. Oto dowody, że bywam.




W 2021 z zaproszenia na galę Nike skorzystałem.
Zauważyliście, jak Marek Radziwon puścił do mnie oko w drugiej sekundzie?
Ponieważ się kumplujemy, mieliśmy z Markiem, dziś konsulem generalnym RP we Lwowie, a wcześniej wytrwałym sekretarzem Nike, taki stały deal. Wiązał się on z faktem, że kapituła Nike obraduje i podejmuje decyzję dopiero w dniu uroczystej gali. Jeśli więc Marek mrugał do mnie lub mojego alter ego okiem, znaczyło to, że jest git: kasiora trafiła do rąk jury i sprawa jest raczej pewna. Niestety, i w 2017, i w 2021 r. najwyraźniej zostałem przelicytowany przez innych nominowanych.
Do napisania niniejszego artykułu skłoniły mnie przeżycia galowe z ostatnich miesięcy.
Przez ładnych parę lat byłem jurorem lokalnego konkursu literackiego Orzech w Nysie. Przykrość obcowania przy tej okazji z panem Karolem Maliszewskim wynagradzała mi z nawiązką przyjemność rozmów z Martą Klubowicz, która przewodziła jury i wszystko z pomocą p. Magdy Połaty znakomicie organizowała. Co roku się zdzwanialiśmy, Marta zapraszała do udziału w pracach jury, potem p. Magda przysyłała nadesłane prace, kultura wysoka. W ubiegłym roku zamiast telefonu od Marty otrzymałem zaskakujący mail od nyskiego domu kultury: „Szanowny Panie, uprzejmie proszę o potwierdzenie Pana obecności na Gali Poetyckiej ORZECH, która odbędzie się 18 października o godz. 17:00 w Nyskim Domu Kultury”. Odpowiedź podyktowało mi sumienie. „Szanowny Panie, ale to jakoś nie po kolei. Jak dotąd nikt ze mną nie rozmawiał o pracy jurora w tegorocznej edycji konkursu ani o jej warunkach. Kiedy się jej podejmę, rozważę możliwość przybycia na konkursową galę”.
Jak się potem okazało, w domu kultury zmienił się dyrek; nastał taki, który nie ma pojęcia ani o organizacji konkursów literackich, ani o dobrych obyczajach, ale mniejsza o to. Ważne, że przy okazji wyszło wreszcie na jaw, że literatura potrzebna jest luminarzom kultury tylko po to, żeby sobie zorganizować galę i dobrze na niej wypaść. Kolejna wiadomość z Nysy, kształt esemesa tym razem mająca, brzmiała bowiem: „Gmina Nysa w tym roku zastrzegła sobie punkt w umowie, iż aby otrzymać wynagrodzenie warunkiem jest uczestnictwo w Gali (stawka 1400 zł)”.
Szczęśliwie dla mnie w tym samym terminie wypadła gala Silesiusa, gdzie mnie nominowano do nagrody za najlepszy przekład poetycki roku. Mogłem więc grzecznie wymiksować się z obu, każdorazowo wymawiając się obowiązkiem uczestnictwa w tej drugiej. Do Nysy wysłałem mail, w którym grzecznie wyjaśniłem kłopotliwość mego położenia: „Jeśli Gmina Nysa, którą przy okazji serdecznie pozdrawiam, chce się ze mną umówić na moją obecność na gali, powinna uprzednio mi to zaproponować, a zastrzec to sobie może jakiś wynalazek albo numer telefonu. Jako tłumacz nominowany do Nagrody Ossolineum za przekład literacki otrzymałem zaproszenie na Galę Nagrody Ossolineum w tym samym terminie, w którym Gmina Nysa pragnie widzieć mnie w Nysie. W związku z faktem, iż nie potrafię się rozdwoić, przebywam obecnie na takim rozdrożu moralnym. Jeśli pojawię się w Nysie, nie będzie mnie we Wrocławiu. Jeśli będę we Wrocławiu, zabraknie mnie w Nysie. Z tego wszystkiego najpewniej popadnę we wzmiankowanym terminie w depresję i w ogóle nie będzie mnie nigdzie. Domniemywam, że Gminie Nysa, o przekazanie której wyrazów głębokiego szacunku najusilniej proszę, właśnie o to chodzi, żebym się naharował jak wół, naczytał, naobradował, a potem nie dostał wynagrodzenia pod pretekstem nieuczestnictwa w gali. W związku z tym uprzejmie informuję, że nie podejmę prac w jury, jeśli nie otrzymam wcześniej nie-sms-em projektu umowy i nie zaakceptuję go”.
Na galę wręczenia opolskich nagród za działalność kulturalną miesiąc temu poszedłem, bo nie miałem daleko, za to miałem wolną chwilę i kaprys. Byłem nominowany w kategorii całokształtu. I zostałem nagrodzony, wraz z dwoma czy trzema innymi całokształtami. Kiedy sterczeliśmy na estradzie, nagrodzeni jeden po drugim zabierali głos. Na ogół dziękowali prezydentowi Opola i jurorom. To też mnie wkurza na tych galach-sralach. Prezydent miasta firmuje i wręcza finansowane z publicznych pieniędzy nagrody w dziedzinie kultury, na której zna się jak gwiazda na świniach, a wszyscy mu dziękują, jakby czytał ich książki i rozdawał im własne prezenty. Czekając na swoją kolej, obmyślałem swoją wypowiedź. Podziękować to miałem chęć tylko temu, kto mnie w ogóle do tej nagródki zgłosił, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to opolskie Stowarzyszenie Współpracy Polska-Wschód czy jakoś tak.
W ramach przygotowywania się do wypowiedzi przez mikrofon, spytałem współnagrodzonego wybitnego opolskiego dzierżyńskologa Stanisława Nicieję, jak się nazywa aktor robiący za konferansjera, bo nie zapamiętałem.

Kiedy przyszła moja kolej, nikomu nie dziękowałem, tylko zacząłem od podkreślenia walorów turystycznych Doliny Kościeliskiej. Pokrótce nakreśliłem jej położenie, warunki geologiczne i historię ściśle związaną z piastowskim pochodzeniem polskich gór. Następnie wspomniałem śp. Leszka Pogana, wybitnego opolskiego łapówkobiorcę i prezydenta Opola w jego najlepszych latach, po czym przeszedłem do życiorysu śp. Władysława Augusta Kościelskiego i jego żony Moniki. Podkreśliłem rolę, jaką w kulturze narodowej odgrywa ustanowiona przez p. Monikę Nagroda Kościelskich przyznawana od 1962 r. Następnie, zwracając się do prowadzącego galę aktora słowami: „Poprawiałem śp. prezydenta Pogana, poprawię i pana”, wyjaśniłem mu różnicę między Doliną Kościeliską i Nagrodą Kościelskich oraz podniosłem, że ta druga nazywa się właśnie tak, a nie tak, jak on ją nazwał, anonsując moje wstąpienie na scenę, chociaż już prezydent Pogan, wygłaszając na opolskim rauszu pean na moją cześć, nazwał ją właśnie Nagrodą Kościeliskich.
Oto fotografia, na której uwieczniona została chwila, kiedy zwracam się do aktora prowadzącego galę.

Co ciekawe, moja wypowiedź była chyba jedyną nienagrodzoną oklaskami i niecytowaną przez lokalne media w relacjach z gali.
Jako nagrodę dostałem Pegaza na podstawce, która wskutek mojego nieostrożnego obchodzenia się z czworonogiem odpadła jeszcze przed końcem gali. Tym samym przyznana mi nagroda stała się całkowicie bezpodstawna.




