Serhij Żadan „Wtedy Bóg wezwie kobietę”

A wiosna wydawała się wczesna, ciepła. Jakby nic się nie stało.

Stoimy pod wielkim niebem przedmieścia, milczymy, słuchamy ciszy. Jest cicho jak w domu, z którego wyje­chała wielka skłócona rodzina. Niedzielny ranek, na uli­cach, za płotem pusto. Tory tramwajowe są zardzewiałe po zimie. Tramwaje nie jeżdżą od końca lutego. Ptaki wypadają z nieba jak jabłka z kieszeni, zauważają na­szą milczącą grupę, ostrożnie zanurzają się z powrotem w niebie, lecą w kierunku rzeki. Czekamy, grzejemy się na słońcu, myślimy, że wracają ptaki, wraca wiosna, trwa dziwne życie, wlecze nas za sobą, jak prąd wlecze buty topielców. To właśnie te dni, kiedy czas zamiera jak pro­mień na ostrzu noża – jeden nierozważny ruch, nieostroż­ne szturchnięcie i światło ruszy, a za nim całe miasto ze wzgórzami, torami i ptakami, i już nic nie zatrzyma tego nasuwania się ciepłych potoków powietrza, przemiesz­czania się gorących chmur, rozpalonego słońca. A na ra­zie trwa wciąż ledwie odczuwalna krótka pora równowagi, kiedy zima odchodzi od ciebie jak ufny pies, na odległość wyciągniętej ręki, i czeka – zawołasz czy nie. Zrywa się wiatr, robi się całkiem ciepło, wszyscy wystawiają twarze do słońca – na słońcu jest dobrze, chce się stać i nie ru­szać. Stać i czuć, jak trwa życie – bezlitośnie i czule. Ale wtedy nas wołają. Odwracamy się, wyłączamy dźwięk w telefonach i idziemy do cerkwi.

W cerkwi jest cicho, pachnie ubraniami, w których grzano się przy ogniu, i mężczyznami, którzy dłuższy czas spędzili w drodze. Wielu przyjechało prosto tutaj, na po­dwórko cerkwi – pędzili bitymi drogami przez całą noc, bojąc się spóźnić. Mężczyźni, przeważnie wojskowi, tro­chę niepewnie tłoczą się przy wejściu jak uczniowie, któ­rzy zapomnieli odrobić lekcje i mają teraz nadzieję, że nauczyciel ich nie zauważy. Większość nie całkiem wie, jak się zachować w kościele, dlatego na wszelki wypadek zachowuje się grzecznie. Kobiet jest niewiele, przecho­dzą do środka, bliżej księdza. Od razu zauważam Dinę: patrzcie – mówię do swoich – Dina, zdążyła, przyje­chała. Jeszcze w nocy ją przywieźli – odpowiada ktoś z naszych – małego nie wzięła. Dina stoi wśród kobiet, obstępują ją, jakby przed czymś zasłaniając, coś do niej szepczą, coś podają, dotykają, obejmują. Ksiądz stoi na środku cerkwi, patrzy na milczący wilgotny tłum, uważ­nie się przygląda, jakby chciał się domyślić, kto tu jest najważniejszy. W końcu odwraca się do Diny, podchodzi, szepcze coś do niej ufnie i przekonująco. Dina się zgadza. Co innego jej zostało.

Ksiądz jest szczuplutki, w okularach, które czynią go aż przesadnie inteligentnym. Kiedy cytuje Pismo, można po­myśleć, że cytaty są jego autorstwa. Też nie całkiem wie, jak się zachowywać przy wojskowych, którzy na butach mają wciąż niezmytą krew. Chodzi wokół i wyjaśnia im jak dzieciom w muzeum – co wolno, a czego nie. Od cza­su do czasu patrzy kątem oka na trumnę, na zmarłego.

Na zmarłego patrzą wszyscy. Jakby chcieli się upewnić, że to naprawdę on. Ci, którzy dawno go nie widzieli, może nawet nie poznali. Twarz jest żółta, rysy niewyraźne. Tak jakby do jego twarzy przyłożył rękę ktoś niedbały. Włosy zaczesano do tylu, zmarszczki zamalowano. Ręce na piersi są ciężkie, czarne. I ślad po obrączce na martwym palcu.

Mężczyźni patrzą na niego tak jak wcześniej, pytająco – wciąż czują się podwładnymi, dalej traktują go jak swo­jego dowódcę. A kobiety patrzą z żalem, czyli po prostu jak na umarłego. Wszyscy witają się ze sobą, choć wielu tu nieznajomych. Śmierć jakoś łączy, śmierć jest jak tram­waj – nie takie znowu ważne, jak się w nim znalazłeś, naj­ważniejsze, gdzie wysiądziesz.

Myślę początkowo, żeby przepchnąć się do przodu, bli­żej Diny, przywitać ze znajomymi, ale zatrzymuję się – co robić między kobietami, co im powiedzieć, w ogóle – tu trzeba milczeć, milczeć i słuchać. Wszyscy tak właśnie ro­bią – milczą i słuchają, ksiądz rozdaje świeczki, wstawia je w nieposłuszne męskie palce, jakby wciskał między ga­łęzie, następnie zaczyna śpiewać, a wszyscy wciąż słucha­ją i milczą. Rozglądając się wokół, wyszukując znajomych.

A kiedy kogoś rozpoznają i kiwną do niego, znów skupia­ją się na głosie księdza.

W kazaniu jest coś o miłosierdziu i pamięci, jakoś tak – miłosierdzie i pamięć. Ksiądz usiłuje coś wyrazić, wyjaś­nić. Tak, byśmy zrozumieli, żeby to wszystko miało jakiś sens. Głos ma cichy, obok tej śmierci zupełnie maleje, gubi się. Śmierć jest naprawdę wielka, rzuca zimny, ciężki cień, nakrywa wszystkich mrokiem i wilgocią. I wszyscy stoją, patrzą na żółtą twarz zmarłego, oddychają powietrzem, które przesiąkło zapachem topionego wosku i mokrych mundurów, myślą o słońcu na podwórku za ścianą, o su­chej trawie, o pustych torach tramwajowych, myślą i zu­pełnie nic nie rozumieją – ani tych słów o miłosierdziu, ani o pamięci.

Ksiądz też widzi, że nikt go nie rozumie. Ale przecież mówić trzeba, wobec śmierci należy wypowiedzieć coś ważnego, coś oczywistego, coś takiego, co pozwoli uwol­nić stąd zmarłego – z jego ciężkimi rękami, z jego poła­manymi przestrzelonymi żebrami ukrytymi pod białym całunem. Ksiądz rozgląda się po cerkwi i zaczyna mówić coraz pewniej, pytająco, zwraca się teraz przede wszystkim do kobiet, które stoją bardzo blisko trumny, jakby bały się o nią, jakby się o nią sądziły, jakby miały zamiar zabrać ją ze sobą – razem z martwym mężczyzną i białym całunem.

Zauważam, że Dina zmieniła się przez te dwa miesią­ce, odkąd ostatnio się widzieliśmy. Jakby weszła w cień. I kolor skóry – ciemny, bogaty – nagle stracił cały swój cię­żar, mieszając się z otaczającymi ciemnościami. Poza tym do twarzy jej w ciemnej sukience, lekkim płaszczu, nawet w okularach, za którymi chciała ukryć łzy. Wysoka, opa­nowana, obrażona na życie – w obecności śmierci staje się jeszcze bardziej przekonująca. Stoi koło trumny z tej strony, gdzie na martwej ręce była obrączka. Stoi, jakby przypominała wszystkim, że ma prawo stać właśnie tu. Nikt jej tego nie odmawia. Wszyscy współczują.

I ksiądz zaczyna mówić właśnie do niej, do Diny, jak­by rozumiał, kto tu najbardziej potrzebuje jego słów, jego śpiewów. Dina patrzy na księdza, wszystko przyjmując i się nie sprzeciwiając – jakby mówiła: niech będzie miło­sierdzie, niech będzie miłosierdzie i pamięć, proszę mówić to, co trzeba w takich wypadkach. Ksiądz mówi i stoi – ma­leńki, rozpaczliwy, pomiędzy tą milczącą kobietą i wielką śmiercią, która zawisa w powietrzu, naciska, ciężko oddy­cha jak zwierzę, które długo szło za ranną ofiarą.

Później zdejmuje okulary i patrzy prosto przed sie­bie tym swoim suchym węglowym spojrzeniem, któ­rego nikt nie jest w stanie wytrzymać, i zauważam, że wszystkie kobiety płaczą – płaczą, patrząc na zmarłe­go. Tylko Dina nie płacze – patrzy i nie płacze. I przez to robi się zupełnie nieznośnie, chce się wyjść na dwór, chce się na słońce, chce się oddychać i mówić. A do tego zauważam, że Dina patrzy wcale nie na zmarłego, nie na jego żółtą twarz, patrzy w bok, na drugą stronę śmierci, gdzie w kącie, trochę na uboczu i zagubiona, stoi inna kobieta – szczupła, jasnowłosa, ostrzyżona na krótko. Ją też poznaję – Anna, dobra znajoma, ale przez ostatnie kilka miesięcy od lutego widzieliśmy się tylko kilka razy. W wojskowej kurtce, nieumalowana. Stoi i też patrzy na Dinę, też nie odwraca spojrzenia, wypala wszystko wokół zielonymi oczami. I chyba nikt tego nie zauważa – nie za­uważa, jak mierzą się wzrokiem, jak rozglądają, jak wo­kół nich gęstnieje mrok.

Niby są do siebie podobne – zastygłe, obrażone, po­zbawione nadziei. Ale jednocześnie bardzo różne. Dina patrzy na śmierć tak, jak przystoi jedynej spadkobierczy­ni – godnie i lekceważąco, z goryczą pamięta wszystkie te lata, wszystkie lata, które zostały za nią i które uważa za swoją własność, i nikt nie ma do nich prawa, bo to jej przeszłość, jej zdrady i tajemnice, i wyrzeczenia, i prze­kleństwa, i ona teraz prosto stąd zabierze je razem z trum­ną, i cała ta historia życia ze zmarłym, trwająca dziesięć (dziesięć!) lat wreszcie się skończy, a później nie będzie niczego – tylko cień śmierci, tylko miłosierdzie i pamięć, tylko dwie obrączki na palcu, własna i zmarłego.

Anna patrzy na wszystko i powstrzymuje w sobie roz­pacz, i w tej ciemności stara się uchwycić czegokolwiek – swojego prawa do miłości, bycia razem i niewstydzenia się krótkiej bliskości ostatnich miesięcy, krótkiej, ale tak głębokiej, tak ukorzenionej. I myśli, że wprost z jej dło­ni odbierają jej to, czym żyła, odbierają, bo ona nie ma żadnych praw – ani do życia, ani do śmierci, ani do miło­sierdzia, ani do pamięci. Przecież nawet jej pamięć będzie przez resztę czasu ukryta – przed smutną żoną martwe­go mężczyzny, przed jego przyjaciółmi, którzy nie stali się jej przyjaciółmi, przed tymi kobietami, których imion po prostu nie zna i znać nie chce.

Stojąc, rozpoznając się wzajemnie, milczą, nic nie mó­wią. Czekają, kiedy będzie można zabrać zmarłego. Ale Dina wie, że zmarłego zabierze właśnie ona. I Anna też to wie. Zawsze wiedziała. Ksiądz w końcu milknie, wydaje jakieś polecenia męż­czyznom. Wszyscy wychodzą na dwór, na świeże powie­trze. Wyciągają telefony, sprawdzają, kto dzwonił. Dina i Anna oddalają się od tłumku, każda w swoją stronę, też wyciągają telefony. Dina ma ze dwadzieścia nowych wia­domości, przeważnie wspólni przyjaciele – współczują, wspierają, dzwonił mały, dzwonili z dowództwa. Anna ma jedno nieodebrane połączenie, od mamy – prosi, żeby do­ładować jej konto.

tłum. Michał Petryk

Powyższe opowiadanie pochodzi z książki „Arabeski” opublikowanej przez wydawnictwo Czarne w 2025 r. Zamieszczam je bez wiedzy i zgody autora, tłumacza oraz wydawcy, którym jednocześnie dziękuję za wyrozumiałość.

Jac Po
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z plików cookie, abyśmy mogli zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o plikach cookie są przechowywane w Twojej przeglądarce i wykonują takie funkcje, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje strony internetowej są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.