Simona Kossak “Granice swawoli w badaniach dzikich zwierząt”

redakcja i słówko wstępne: Jacek Podsiadło

W niniejszym wprowadzeniu kilkakrotnie użyję wyrażenia: „A pamiętacie…?”. Aby w pełni zrozumieć, do czego nawiązuję, niezbędna jest uprzednia lektura artykułu „Psy tropiące czy hieny cmentarne? Kontrowersje wokół Wajraka i Skibińskiej nie słabną”.

Od kilku tygodni trwa moja wspaniała przygoda z Simoną Kossak. W pierwszych jej dniach była taka chwila, kiedy musiałem zdecydować, komu zaufam. Znałem już prawie na pamięć paszkwil Reginy Skibińskiej, widziałem, że pochwala go coraz więcej ludzi, których znam i podziwiam, niekiedy od lat. Przeciwstawić się im było tym trudniej, że niektórzy z nich znali Simonę Kossak osobiście, a ja miałem jej wyraziste, ale ogólnikowe wyobrażenie wywiedzione ze słabo pamiętanych lektur i filmów.

Ta trudna chwila nadeszła niedługo po tym, jak na profilu fejsbukowym Skibińskiej zobaczyłem, że chwalą jej artykuł Adam Wajrak i Robert Jurszo („bardzo rzetelny tekst” i „dobry, wyważony tekst”). Obaj byli dziennikarzami Gazety Wyborczej zajmującymi się przez lata tematyką przyrodniczą, zatem są fachowcami i od ekologii, i od języka. Wajrak był dla mnie prawie idolem, z Jurszą o coś się kiedyś pospierałem, aż nas Wojtek Kłosowski musiał godzić i miałem silne postanowienie więcej się z nim nie spierać.

Ale moim głównym przewodnikiem po świecie jest język. Jemu ufam bezgranicznie. I co wiedziałem na pewno, to to, że artykuł Skibińskiej jest bardzo, bardzo źle napisany. Jak się zna na zwierzętach, to się odróżnia zwierzę cierpiące od szczęśliwego. Jak się zna na języku, to się widzi, kiedy on jest prosty i uczciwy, a kiedy pokrętny i kaleki. Gdyby nawet zarzuty Skibińskiej pod adresem Kossak sprawdziły się w 100%, znaczyłoby to tylko, że na podstawie nierzetelnych argumentów postawiła prawdziwe zarzuty w tekście, który i tak pozostałby nieuczciwy i stronniczy. Jednocześnie jej paszkwil tak polaryzował wersje rzekomo pozostające w kontrze, a Wajrak w rozproszonych po Internecie wypowiedziach tak wyostrzał rzekomy rozziew między legendą a prawdziwym wizerunkiem Kossak, że nie dało się już tych dwu sprzecznych wizji pogodzić. Ktoś tu musiał kłamać.

Zawierzyłem Simonie Kossak w ciemno, jak ministrant Maryi. Uznałem, że ludzie jej pokroju, wymagający od innych respektowania zasad i twardo przy nich stojący, całe życie stawiający na kartę tych właśnie zasad, są im wierni do końca, inaczej nie potrafią. Mogą się mylić, ale nie mogą kłamać. Nie zawiodłem się.

Nadrobiłem braki lekturowe, przyjrzałem się jej życiu i pracy od nowa i nie znalazłem najmniejszego śladu złej woli, nie mówiąc o nieprawości. Wręcz przeciwnie, dopiero na tle małostkowości i małości jej dzisiejszych oszczerców lepiej widzę jej wielkość, przejawiającą się nie tylko we wrażliwości i przenikliwości myśli, ale też w ekstremalnej uczciwości – tej intelektualnej i tej innego rodzaju. Zamierzam Wam tę wielkość ukazać. I samotność, która stoi za każdą wielkością.

Miło mi było lepiej Panią poznać, Pani Profesor.

W numerze miesięcznika Polskiego Towarzystwa Leśnego „Sylwan” z sierpnia 1994 r. Simona Kossak zamieściła artykuł „Granice swawoli w badaniach dzikich zwierząt”. Kilka razy natknąłem się na wzmianki o nim, cytaty z niego znalazłem w starym numerze „Dzikiego Życia”, ale do niego samego trudno było dotrzeć. W tajemniczych okolicznościach, których rozwikłanie pozostawiam dziennikarzom śledczym OKO PRESS, numer z nim zniknął z jedynej zawierającej wszystkie roczniki biblioteki cyfrowej. Zanim zdobyli go dla mnie Filip Rembiałkowski i Wojtek Szukiewicz, skracałem sobie oczekiwanie, zaglądając do numerów „Sylwana” poprzedzających go i po nim następujących. Czegóż tam nie ma! Jest „Analiza porównawcza nadziemnej i podziemnej części drzewa na przykładzie świerka i modrzewia”, której autor na 10 stronach niezbicie dowodzi, że korzenie drzew mają większą objętość niż ich korony, a świerk i modrzew nie rosną równo. Jest „Nowa definicja plonu w leśnictwie”, której autor po czterech stronach rozważań dochodzi do konkluzji, że o ile plonem rolnika jest zboże a plonem ogrodnika owoce, o tyle plonem leśnika jest „taka część rosnącego zapasu produkcyjnego, jaka jest możliwa do pozyskania w cięciach użytkowania rębnego bez szkody dla biologicznej i gospodarczej trwałości lasu”. Czytelnikowi nie oszczędza się rozprawy na temat „Działania insektycydów na owady w zależności od temperatury”, której autor już na wstępie ogłasza, że wzrost temperatury może wpływać na działanie insektycydów trojako: polepszać je, pogarszać lub pozostawiać niezmiennym, co następnie na siedmiu stronach drobiazgowo uzasadnia.

I oto wśród tych wypracowań wyglądających jak juwenilia rębajłów pojawia się esej popularno-naukowy odwołujący się do etyki i moralności, nawiązujący do poezji i filozofii, a przy tym nie stroniący od wycieczek językoznawczych czy błyskotliwych efektów właściwych felietonowi. Simona Kossak wychodzi od kwestii badań telemetrycznych rysi i wilków w Puszczy Białowieskiej, ale od razu rzuca tę kwestię na plan dużo, dużo szerszy. Taktyka oczerniania jej polega dzisiaj na ukazywaniu wąskiego wycinka rzeczywistości i zasłanianiu reszty: pokażmy, że sprzeciwiała się telemetrii, wykażmy, że telemetria bardzo się przysłużyła ochronie wilków i rysi i mamy ją z głowy. Pudło, pani redaktor i panowie swawolologowie. Na szerokim planie widać jak na dłoni główną myśl Kossak, którą tak bardzo chcieliście ukryć: że sprzeciwiała się telemetrii tylko w takim zakresie, w jakim telemetria wymagała od zajmujących się nią badaczy wyzucia z człowieczeństwa.

A pamiętacie, jak się dziwiłem, że prof. Włodzimierz Jędrzejewski jako dowód całkowitej nieszkodliwości potrzasków dla zwierząt wskazywał jedynego jego zdaniem wilka, którego potrzask zabił, oraz badania według których 5% wilków złapanych w potrzaski zostaje okaleczonych?

Bardzo często, poznając bliżej myśl Simony Kossak, miałem wrażenie, że była prorokinią i odpowiedziała z góry na zarzuty, jakie będą jej stawiać 20 lat po śmierci. Metodę fałszowania rzeczywistości zastosowaną przez Jędrzejewskiego opisała poniżej w punkcie: „Bagatelizowanie skutków, których nie da się już dłużej kryć: PEWNE, NIEWIELKIE RYZYKO ISTNIEJE”. Tam też wskazała odnośnik źródłowy do badań L. Davida Mecha, na które Jędrzejewski i Wajrak do dziś się powołują, czyli artykuł „Zranienia wilków powodowane przez różne rodzaje potrzasków w Minnesocie”. Czego nie mówią nam Jędrzejewski i Wajrak? Nie mówią, że „badanie” Mecha polegało na złapaniu 554 wilków w potrzaski czterech rodzajów i policzenie, ile jakich obrażeń jakie potrzaski spowodują. I dobroczyńca zwierząt, swawololog Jędrzejewski, propagował w Puszczy Białowieskiej używanie tych spośród nich, które najmniej kości łamały. Jego zdaniem były one całkowicie bezpieczne. Nawet się nie zająknął, że Mech nie zaliczał do obrażeń obrzęku wilczych łap. Że niektóre wilki opisane przez Mecha łamały sobie zęby, próbując pozbyć się pułapek.

A pamiętacie, jak się głowiłem, w jaki sposób kolce zastosowane w tych potrzaskach zwiększały przyjemność schwytanych w nie zwierząt? Mech opisał i to. Kolce były po to, żeby wilk odczuwał ból przy próbie uwolnienia łapy i nie szarpał się, bo jakby się szarpał, to by mógł sobie łapę trwale uszkodzić, a wtedy byłby bezużyteczny do noszenia na szyi obroży telemetrycznej, co jest, jak wiadomo, głównym sensem istnienia wilka.

A pamiętacie, jak Jędrzejewski powiedział, gdzie indziej niż u Skibińskiej, że nawet jeśli telemetria zabije pojedyncze zwierzęta, to i tak trzeba ją stosować? Taką postawę Kossak opisała w rozdziale, w którym porównuje naukę do Boga a naukowca do kapłana. Oto pan wszego stworzenia tak ukochał stworzenie, że gotów jest je zabijać dla jego dobra.

A pamiętacie, jak się dziwiłem, że Skibińska napisała dużymi literami, że telemetria Jędrzejewskiego i Kowalczyka, czyli zakładanie obroży na szyje zwierząt, „pozwoliło wykryć, że główną przyczyną ich śmiertelności w Puszczy Białowieskiej było wtedy kłusownictwo z użyciem wnyków oraz nielegalne odstrzały, o czym wtedy nikt nie wiedział”? No bo jak to: w Puszczy prowadzi się ogromne odstrzały (o które nasza trójca oskarża Kossak), jeszcze ogromniejsze są odstrzały nielegalne i kłusownictwo, o których nikt nie wie i dopiero obroże z nadajnikami na szyjach zwierząt pozwalają to wykryć?

Poniższy tekst Kossak napisała długo przed końcem „badań” Jędrzejewskiego i Kowalczyka. Wynika z niego, że już wtedy znała ich cel: „poznać naturalne zachowania dużych drapieżników i udowodnić, że przyczyną ich nagłego ginięcia jest »kłusownictwo«”.

Jeśli przyjąć na chwilę uproszczony model świata, w którym leśnicy są „źli” a ekologowie „dobrzy”, to można powiedzieć, że w sporze leśników z ekologami Simona Kossak walczyła po stronie leśników (choć w poniższym tekście wskazuje jako własne środowisko ekologów). Wynikało to z przyczyn metrykalnych – mieszkała i pracowała w Puszczy już w czasach, kiedy ekologów jeszcze nie było. I można nawet powiedzieć, że walczyła z „ekologami”, ale wtedy trzeba już wziąć ich w cudzysłów. Bo walczyła w imię racji przez „ekologów” tylko wyznawanych, a przez nią reprezentowanych. W artykule poniższym wyraźnie widać, jak ją boli to, że w ścisłym rezerwacie, w którym nie wolno płoszyć zwierząt, „ekolodzy” nie tylko płoszą zwierzęta w nagonkach organizowanych po to, żeby je policzyć, ale wręcz polują na nie, żeby je zbadać.

Dużo w tym artykule smutnych refleksji i kpiarski miejscami ton też smakuje raczej gorzko. Nie życzę Wam, jak Adam Wajrak mnie, „miłej lektury”, bo Simona Kossak nie pisze tu miłych rzeczy o człowieku. Ale proszę o lekturę uważną.

Wstęp

Od dłuższego czasu środowisko ekologów dzieli i bulwersuje sprawa białowieskich wilków i rysiów. Rzecz dotyczy zasadniczej różnicy w poglądach na to, jak daleko wolno się posuwać naukowcom w wykonywaniu swego zawodu. W tym konkretnym przypadku dotyczy to zagrożonych wyginięciem, chronionych prawem w całym wojewó­dztwie białostockim wilków i rysiów, które są wykorzystywane do badań ekologicznych w rezerwacie ścisłym Białowieskiego Parku Narodowego.

Presja naukowców (z różnych dyscyplin naukowych) na ten unikatowy, prawem chroniony przed każdą formą ingerencji człowieka, a bardzo atrakcyjny naukowo teren, jest wyjątko­wo intensywna i z roku na rok niebezpiecznie nasila się. Od początku lat dziewięćdziesią­tych rozpoczęto w rezerwacie ścisłym realizację nowych tematów badawczych, których obiektem stały się zwierzęta drapieżne, głównie wilki i rysie. Zastosowano metodę teleme­trycznego śledzenia zachowań zwierząt, składającą się z: a) odnalezienia świeżej zdobyczy drapieżnika, co łączy się z bardzo intensywnym penetrowaniem rezerwatu, b) obłożenia zdobyczy traperskimi potrzaskami lub wnykami chwytającymi nogi drapieżnika, c) obez­władniania z użyciem przemocy i uśpienia tkwiącego w pułapce drapieżnika (lub uwolnie­nia innego ssaka, który „przypadkowo” wpadł w pułapkę) i założenia obroży z nadajnikiem, d) regularnego namierzania oznakowanego zwierzęcia, podążania za nim i gromadzenia w terenie danych o jego zachowaniach i zdobyczy, e) wielokrotnego powtarzania odłowów w celu wymiany baterii lub zbyt ciasnych obroży. Badania mają charakter wieloletni – całość opisanych działań naukowców (w tym odłowów) trwać ma co najmniej sześć lat. Liczba zwierząt odłowionych od 1991 roku i planowanych do odłowienia wskazuje, iż zamiarem badawczym jest oznakowanie 100% rysiów żyjących w Puszczy Białowieskiej. Liczba zaplanowanych do badań wilków oscyluje około 50% białowieskiej populacji.

Od półtora roku bezskutecznie usiłuję przeciwdziałać stosowaniu opisanych tu metod odłowu, kaleczeniu i nękaniu zwierząt w rezerwacie ścisłym Białowieskiego Parku Narodowego. Mimo zgromadzenia wystarczającej dokumentacji, wielu opinii i ekspertyz mówiących o skali zagrożenia dla kilku żyjących jeszcze w puszczy rysiów i nielicznych wilków, jedynym sukcesem jaki osiągnęłam jest zakaz używania szczękowych, kolczastych potrzasków (wnyki pozostają w użyciu) i wyznaczenie dla obu gatunków sezonu ochronnego (od kwietnia do września) przed naukowcami.

Na kanwie doświadczeń jakie gromadziłam podczas całej batalii ratowania zwierząt przed prześladowaniem ze strony nauki, chcę się dziś podzielić swoimi przemyśleniami ogólniejszej natury. Są one pochodną obserwacji zachowań mojego środowiska zawodowego – ekologów. W tej grupie naukowców (dysponującej przecież odpowiednią wiedzą zawodo­wą) dominuje bowiem postawa daleko idącej wyrozumiałości dla poczynań kolegów i bagatelizowanie lub nie przyjmowanie do wiadomości skutków absolutnej swobody w doborze metod i przebiegu niektórych badań. Przemyślenia te doprowadziły mnie do sformułowania zasadniczych pytań o dzisiejsze miejsce nauki w systemie wartości ogólnoludzkich:

Czy zawsze każde działanie pracownika naukowego dozwolone jest w imię „dobra nauki”? Czy etyczny jest każdy czyn, jeśli daje szansę na otrzymanie nowych danych naukowych lub potwierdzenie już istniejących? Czy zajmowanie się badaniami naukowymi jest posłan­nictwem, przed którym musi ustąpić nawet ustawodawstwo danego kraju? Czy każda cena (łącznie z unicestwieniem osobnika lub populacji) zapłacona przez „materiał badawczy” jest etycznie usprawiedliwiona, niezależnie od obiektywnej wartości otrzymanej informacji naukowej? I ostatnie – może najbardziej drastyczne pytanie – czy brak odpowiednich środków finansowych usprawiedliwia stosowanie brutalnych metod badawczych, jeśli istnieją sprawdzone lecz droższe metody mniej agresywne?

W poszukiwaniu prawdziwego mędrca

Wiedza cechuje prawdziwego mędrca. Dysponowanie zaś wiedzą prowadzi do rozróżnia­nia dobra i zła, zdolności do rezygnacji, rozumienia i współodczuwania. Prawdziwa mądrość pełna jest światła i dobroci. Historia uczy nas, że wiedza godna swej nazwy kształtuje świadomość i uszlachetnia. Z tym godziły się wszystkie znane nam cywilizacje – z naszą włącznie.

„Niedobrze byłoby dla nauki, gdyby rozum lub doświadczenie zostały stłumione przez uczucie bądź dążenie do absolutu” – te słowa padły z ust Claude’a Bernarda. Był to geniusz, którego Francji zazdrościła cała Europa końca XIX wieku; twórca fizjologii eksperymentalnej, profesor Sorbony, znamienity członek Akademii Medycznej, Akademii Nauk i Akademii Francuskiej, komandor Legii Honorowej, senator, chirurg, fizjolog i filozof. Tam, gdzie inni uczeni widzieli fakty, on domyślał się praw i ich odkrywaniu oraz głoszeniu poświęcił swe życie. Śmierć zastała go przy pracy w 1878 roku.

Jego odkrycia dotyczą fizjologii: chemizmu procesu trawienia, glikogenicznych funkcji wątroby, działania systemu nerwowego błędnego i sympatycznego i kompensacyjnego działania gruczołów wydzielania wewnętrznego. Istnienia takich zjawisk nikt przed nim nawet nie podejrzewał. Był to tytan rozumu, który zaczął od wielkich odkryć, a dopiero potem się zastanawiał, jak je udowodnić. Był fizjologiem a zarazem mędrcem o wielkiej kulturze. On to powiedział: „rozum lub rozumowanie są jedynie źródłem wszystkich naszych pomyłek. Uczucie jest pewniejszym przewodnikiem” i „człowiek jest zmuszony do bycia wolnym, gdyż posiada świadomość i wolę”.

W biografii Claude’a Bernarda znalazłam informację, że „losem jego była samotność. Zdradziła go nie tylko pamięć ludzka lecz również rodzina. Jego żona, agresywna i ograniczona, nigdy nie rozumiała celu, do którego zmierzał, zaś dzieci nie wymyśliły nic lepszego od założenia towarzystwa do walki z wiwisekcją, by odebrać ojcu materiał do doświadczeń. Musiał się z nimi rozstać”.

Ujrzałam „materiał do doświadczeń” – małpę unieruchomioną rzemieniami, z odsłonię­tym rdzeniem, krzyczącą spod knebla gdy skalpel dotyka nerwów, a za ścianą, w prywat­nym mieszkaniu profesora nieszczęsną panią Bernard i jej córki (bo to były dziewczynki), które nie chciały uznać posłannictwa uczonego. Kto jest w stanie objąć rozumem bezmiar krzywdy i tragedię tych istot, ich znieprawianie od pierwszych lat życia i determinację konieczną do podjęcia walki z rodzonym ojcem?

A przecież prawdziwa mądrość miała być „pełna światła i dobroci”. A może od czasu Kartezjusza wiedza stała się prowadzącym do zguby demonem?

Einstein powiedział: „jeśli ludzkość ma przetrwać, niezbędny jest całkiem nowy sposób myślenia”.

Ja zaś powiem słowami Dantego: „w życia wędrówce, na połowie czasu, straciwszy z oczu szlak nieomylnej drogi, w głębi ciemnego znalazłam się lasu…”.

„Nauka to przygoda badającego umysłu” (R. Calder)

Bóg (Nauka) – Kapłan (Naukowiec) – Wierni (Wierni-Niewierni)

Profani i Wtajemniczeni (Społeczeństwo i Naukowcy)

Czy takie równanie słów i pojęć w nich zawartych jest bluźnierstwem, czy uzasadnioną analogią?

Bóg – istota, słowo, absolut – niesprawdzalny, niezależny i niezagrożony przez swych wyznawców, w każdej religii obsługiwany jest przez kastę kapłanów, którzy twierdzą, iż sam Bóg nadał im prawo reprezentowania jego osoby. Kapłani są ludźmi – z ich cnotami i słabościami. We wszystkich epokach i kultach niektórzy z nich wykorzystywali swą uprzywilejowaną pozycję „sług bożych”, uzurpując sobie przywileje i dodatkowe prawa. Takie postępowanie jednak w niczym nie uszczuplało Absolutu. Ten na zawsze pozostaje poza ich zasięgiem.

Nauka – płód ludzkiego, badającego umysłu, choć nie jest bytem samoistnym, w naszej cywilizacji chce zastąpić Absolut, przypisuje więc sobie boskie atrybuty. Wyrazem tego są powszechnie dziś używane terminy: „na ołtarzu nauki”, „poświęcić się nauce”, „dla dobra nauki”, „ostatnie słowo należy do nauki”, „w imię nauki” – i najbardziej jednoznaczne – „nauka wymaga ofiar”. Naukę obsługują naukowcy, równie ludzcy i równie często błądzący jak ich koledzy obsługujący Boga. Ale oni ją zarazem tworzą – a że pełne poznanie leży poza możliwościami umysłu ludzkiego, jest ona zawsze obarczona błędem i wymaga nieustannego weryfikowania w idealistycznym dążeniu badającego umysłu do zbliżania się do prawdy absolutnej. To szukanie prawdy absolutnej cechuje nielicznych uczonych. Większość to jednak zwyczajni, przeciętnie uzdolnieni ludzie, którzy dążą do zajęcia uprzywilejowanej pozycji „kapłanów Nauki” aby również, jak kapłani prawdziwego Boga, cieszyć się przywilejami niedostępnymi dla wiernych.

Profani i wtajemniczeni – nieodłącznie występujący w każdym kulcie religijnym są też obecni w kulcie nauki. I tu, i tu stopnie wtajemniczenia są różne, z tym że nauka posuwa się bodaj dalej, niż jakakolwiek religia; np. ekolog posługujący się metodą „A” uznany jest przez ekologa pracującego metodą „B” za dyletanta, mimo że obaj badają te same gatunki zwierząt. Mówiąc szerzej, kto wie czy nieprawdopodobna atomizacja nauki nie tkwi korzeniami w zjawisku „profanów i wtajemniczonych”. Rolę głównego profana ma jednak w kulcie nauki grać społeczeństwo – jak niegdyś wierni.

A wierni coraz częściej są niewiernymi. Po pierwsze, brak sacrum – dziś profani mają dostęp – i to powszechny – do „ołtarza Nauki”, po drugie, omylności nauki me daje się ukryć przed profanami, po trzecie zaś, utożsamianie płodu umysłu człowieka z Absolutem ma w sobie zbyt duży ładunek fałszu. Profesjonalna pycha wykazywana przez część kapłanów nauki trafia więc w próżnię – tu między innymi leży przyczyna obniżającej się rangi „jajogłowych besserwisserów” i ich jałowego zabawiania się na koszt społeczeń­stwa. Co robić jeśli mimo to nauka nie chce być służebnicą, a bóstwem być już nie może?

„Odpowiednie dać rzeczy słowo” (C.K. Norwid)

W jednej z wielu dyskusji toczących się wokół sprawy białowieskich drapieżników padł z ust ekologa mocny argument: „musimy przecież badać dzikie zwierzęta”. Spontanicznie zripostowałam grą słów: „nie musicie – bada się chorych, a puszczańskie rysie i wilki są zdrowe. Dopiero po waszych »badaniach« powinien je ZBADAĆ lekarz weterynarii!”. A potem przyszła refleksja; przecież na początku było Słowo. I w dalszym ciągu Słowo kreuje i zabija.

Pierwszym obowiązkiem pracownika nauki jest prowadzenie BADAŃ naukowych. Głównie za to bierze wynagrodzenie, otrzymuje tytuły i awanse. Zatrudniony jest w Instytucie BADAWCZYM X lub w Zakładzie BADANIA Y, zgłasza projekty i poszukuje metod BADAW­CZYCH, publikuje wyniki swych BADAŃ. BADA teksty literackie, odległe galaktyki, dzikie zwierzęta i groby przodków. W języku polskim tylko jedno słowo (i jego pochodne) opisuje drogę wiodącą do gromadzenia wiedzy. Bez BADAŃ polska nauka nie czyni postępów.

W słowniku łaciny można znaleźć co najmniej 9 słów z kręgu polskiego znaczenia „badać-badanie”. Są to: exploro, examinare, investigare, indago, perquiro, scito, percondatio, recognoso, quaesitus. Badacz to explorator, quaesitor lub percontator. Słowa „naukowiec” w łacinie brak, jest za to „uczony” – doctus lub eridatus.

W słowniku języka angielskiego figuruje 15 synonimów „badać-badanie”: explore, examine, investigate, study, scruting, search, survey, inspect, view, probe, inquire, audit, reconneissance, inspection, a nawet i „see”. „Badacz” to w języku angielskim „explorer”. „Naukowiec” znaczy student, investigator lub research worker, a „uczony” to scholar i man of learning.

W słowniku języka niemieckiego takich słów jest 8: untersuchen, prüfen, sondieren, vernehmen, erkunden, vorschen, austragen, verhoren. „Badacz” to der Forscher i der Gelehrte a „naukowiec” – der Wissenschaftler. (…)

Prócz zauważalnych różnic w związkach frazeologicznych słów mówiących o „badaniach” naukowych i „badaniach” medycznych uderza podstawowa prawda: badacz – investigator i explorator śledzi, docieka, zgłębia, przetrząsa i dochodzi. Lekarz – medicus leczy, roztropnie radzi i zbawia. Godne zastanowienia, dlaczego tylko ten drugi przysięga primum non nocere.

OBALANIE FAŁSZYWYCH BOŻKÓW

Część I – „Nie o to chodzi, by złapać króliczka”?…

W przekonaniu pracownika nauki uprawianie zawodu odbywa się według zamieszczonego schematu „Jest”:

Swoją pełną poświęcenia pracą wzbogaca on zasoby nauki. Nowe dane naukowe są rezultatem prowadzonych przez niego badań. Do przeprowadzenia badań służą metody badawcze (np. może to być obserwacja lub eksperyment). Nie ma dobrych i złych metod – wszystkie służą dobru nauki. Są tylko metody właściwe i niewłaściwe do rozwiązania danego zadania badawczego. Stąd, każde zastrzeżenie zgłoszone do metody, która spełnia warunek przydatności, równoznaczne jest z atakiem na Naukę, jej dobro i postęp (którego absolutnie nie wolno hamować).

Próba obalenia fałszywego bożka (badań) z piedestału, który bezprawnie zajmuje, to zaproponowanie schematu „Powinno być?”

„Gdy człowiek zaczął zgłębiać przyrodę – narodził się rozum. A kiedy przezwyciężył swe przerażone zdumienie i po raz pierwszy zapytał „dlaczego?” stworzył podstawy nauki. W ten właśnie sposób powstał szkielet samopoznania i ujarzmiania środowiska za pomocą obserwacji i porównania, intuicji i spekulacji, badania, eksperymentów, prób i wniosków” [cytat niewiadomego pochodzenia – J.P.].

Uczeni – jak te pszczoły – zbierają fakty naukowe i ich tłumaczenia, zapełniają nimi maleńkie komórki – wąskie dyscypliny. Odparowane ze zbytecznej wody, skrystalizowane upływem czasu i weryfikacją hipotez, wzbogacają plaster – skarbnicę wiedzy, którą ogarniają rozumem tylko mędrcy. Tak, jak do uprawiania rozboju należy wybrać metodę („na wytrych” lub „na gnata”), tak i do uprawiania nauki dobiera się odpowiedni sposób (metodę). Można posłużyć się kontemplacją (co z niezłym rezultatem samopoznawczym czynią starsze od naszej cywilizacje), można poprzestać (z musu) na obserwacji odległych galaktyk, można wreszcie sięgnąć po badania (ingerencję). W miejsce kropek w modelu można też wstawić dowolnie dużo sposobów rozwiązywania rodzących się problemów naukowych, na przykład zgłębiania przekornego atomu.

Atrybutem badań jest ingerencja. Od wiwisekcji i zabijania po eksperyment i uszkadzanie. Dwa pierwsze niszczą obiekt całkowicie i nieodwołalnie, dwa pozostałe noszą wszystkie odcienie ingerencji – od silnej do prawie niezauważalnej (przez „materiał badawczy”). Niektóre gałęzie nauki nie mogą istnieć bez zabijania obiektu badań (anatomia), inne znakomicie się bez tego obchodzą (psychologia). Jest też wiele dyscyplin (nie tylko przyrodniczych), w których bezmyślne posługiwanie się metodą opartą na ingerencji fałszuje otrzymane dane naukowe. Tu często leży przyczyna krótkiego żywota wielu „dobrze udokumentowanych” hipotez naukowych; z maleńkiej komórki „ekologia” zawie­rającej dane o „znacznie większej, niż sądzono” wielkości terytorium śledzonego teleme­trycznie rysia, komórki o twardych, nieprzejrzystych ściankach nie widać zawartości sąsiedniej komórki „etologia”, w której kłębi się ból i przerażenie prześladowanego „badaniami” zwierzęcia każące mu uciekać z puszczańskiej ostoi, gdzie oczy poniosą.

Zrzucenie bożka badań z piedestału „twórcy nauki” na należne mu miejsce „jednego z wielu narzędzi” pozwoli – bez posądzenia o kacerstwo – poddać w wątpliwość, czy ingerowanie badaniami: kaleczenie i prześladowanie w rezerwacie ścisłym przyrody ostatnich żywych i zdrowych drapieżników, ma jakikolwiek sens i uzasadnienie naukowe. Chyba, że „nie o to chodzi by złapać króliczka ale by gonić go”…

Część II – „Chodzi wyłącznie o to, by gonić króliczka” czyli SWAWOLOLOGIA stosowana w ekologii. Nowa (?) gałąź nauk przyrodniczych (?)

DEFINICJA ROBOCZA: badania planowane i przeprowadzane z całkowitym lekceważeniem konsekwencji ponoszonych przez badane obiekty

OBIEKT: zwierzęta i rośliny

CZĘSTOŚĆ WYSTĘPOWANIA: do wyjaśnienia

TWÓRCA: Tadeuszek (XIX w., cyt. za S. Jachowiczem)

„Raz swawolny Tadeuszek

Nawsadzał w flaszeczkę muszek;

A nie chcąc ich morzyć głodem

Ponarzucał Chleba z miodem”.

ETAPY WŁĄCZANIA SWAWOLOLOGII DO BADAŃ NAUKOWYCH

(100% = wszystkie dotychczas zanalizowane przypadki)

□ 1. Dobór problemu badawczego i hipotezy roboczej – 10%

Przykład: Wycięcie lasu na powierzchni jednego oddziału w rezerwacie ścisłym. Problem badawczy: „zobaczymy co się stanie”.

Wyjaśnienie: naukowcy na zebraniu naukowym w rozważaniach teoretycznych uznali, że każdy naukowiec ma prawo stosować każdą metodę badań, jeśli uzna ją za stosowną. Nad wartością celu się nie dyskutuje (naukowiec – autor metody wie najlepiej, po co coś robi). Losy badań: pozostały w sferze rozważań.

□ 2. Dobór metodyki – 80%

Przykład A. Klasyczny, rozpracowany w szczegółach przypadek swawolologii stosowanej w badaniach telemetrycznych rysiów i wilków w rezerwacie ścisłym BPN. Charakteryzuje się pełnym zestawem działań i zachowań swawolologicznych. Leżał u podstaw odkrycia swawolologii w ekologii.

Problem badawczy: poznać naturalne zachowania dużych drapieżników i udowodnić, że przyczyną ich nagłego ginięcia jest „kłusownictwo”.

Losy badań: realizowane od 1991, długoletnie. Będą publikacje.

Przykład B. „Strzyżyk wole oczko”.

Problem badawczy: czy przy braku osiadłych samców dojdzie do rozrodu.

Metoda swawolologiczna: na wydzielonej części rezerwatu ścisłego wystrzelanie z wia­trówki wszystkich strzyżyków płci męskiej.

Losy badań: zatrzymane w wyniku interwencji w ministerstwie – przykład historyczny.

Przykład C. „Pieski preriowe”.

Problem badawczy: poznanie biologii gatunku za pomocą telemetrii. Metoda swawolologi­czna: wysadzanie dynamitem nor i zbieranie oszołomionych piesków. (W. Garst, 1962: Technique for capturing young prairie dogs. J. Wildl. Manage, 26, 1:108).

Losy badań: zakończone sukcesem w USA – a więc metoda godna polecenia do zastoso­wania w Tatrach (świstaki).

□ 3. Dobór problemu badawczego (1) i dobór metodyki (2) – 10%

Przykład A. „Zwierzyna”.

Swawolologiczny problem badawczy: w warunkach czerwcowej widoczności w lesie pierwotnym, dokonanie oceny liczebności zwierzyny w BPN.

Metoda swawolologiczna: przeganianie dorosłych i nowonarodzonych zwierząt po rezer­wacie ścisłym przez uczniów technikum leśnego i naukowców-ekologów (łącznie około 80 osób).

Losy badań: termin wiosenny wykluczony w wyniku interwencji (uzyskane dane uznane jednak za miarodajne i często cytowane). Całość działań przeniesiona na koniec zimy. Będą publikacje. Badania godne polecenia we wszystkich rezerwatach ścisłych przyrody, w których ustawa zakazuje płoszyć zwierzęta.

Przykład B. „Milczenie ptaków śpiewających”.

Swawologiczny problem badawczy: określić i zlikwidować najmniej ważną z przyczyn ginięcia małych ptaków śpiewających na terenie Teksasu.

Metody swawolologiczne: a) dalsze uzupełnienie kolekcji 600 000 wypchanych ptaków, b) wybieranie z gniazd piskląt niezbędnie potrzebujących pomierzenia i zważenia, c) łowienie tysięcy (thousands) kukułek (cowbirds) „pasożytujących” na ptakach śpiewają­cych, wkładanie do worka i trucie spalinami samochodowymi.

Losy badań: w USA w dalszym ciągu ubywa ptaków śpiewających. Należy oczekiwać trucia spalinami przez ekologów kolejnych „natural enemies”. („National Geographic”. June 1993: 68-91).

WYZNACZNIKI (słowa – klucze) wskazujące na działania swawolologiczne wprowadzone na etapie nr 2. (dominującym w badaniach swawolologicznych):

□ 1. Uzasadnienie doboru metody: TO PROŚCIEJ (czytaj: łatwiej, szybciej, taniej). W domyśle: są, lub można by opracować metody nie swawolologiczne.

Przykład A. „Paluszki”.

Zdaniem ekologów – incydentalny, przytoczony więc wyłącznie ze względu na jego wartość ilustracyjną. W hodowli lub na wolności, żeby mysz odróżnić od myszy, znakuje się je osobniczo. Nożyczkami obcina się: a to jeden paluszek w prawej przedniej łapce, a to cztery – w lewej tylnej. Możliwości jest wiele. Nie jest jasne, czy jest przypisana liczba do myszy pozbawionej wszystkich paluszków. Na paluszkach amputo­wanych w ciągu dziesięcioleci badań, można by ugotować niezły rosół dla badaczy.

W 1990 r. wymyślono nieswawolologiczne znakowanie – malowanie kolorowych kropek na mysich podogoniach (ryc. 2); nadwrażliwemu pracownikowi naukowemu A. Hugo nie spodobało się widać, okaleczanie gryzoni w parku narodowym, a „incydentalny” problem badawczy sfinansowało Bayerischen Staatministerium. Praca została opublikowana (Z. Saugetierkunde, 55: 421-424), rozesłana do bibliotek instytutów, uczelni i zakładów naukowych przodujących w swawolologicznym znakowaniu gryzoni.

I co? I nic. W dalszym ciągu PROŚCIEJ jest sięgnąć po nożyczki.

Strona z pracy Andreasa Hugo. W istocie postulował on nie malowanie, ale wstrzykiwanie pod skórę myszy barwnika podobnie, jak ma to miejsce przy tatuażu.

Przykład B i wszystkie przypadki omawiane w punkcie „Etapy włączania swawolologii do badań” (drapieżniki w Puszczy Białowieskiej, strzyżyki wole oczko i pieski preriowe).

□ 2. Opis metody począwszy od pierwszego powtórzenia za odkrywcą: METODA STANDARD i odsyłacz do literatury (w skrajnym przypadku – jednej).

□ 3. Reakcja na merytoryczną krytykę swawolologicznej metody badawczej: mobi­lizacja ekologów pod sztandarem OBRONA NAUKI I NAUKOWCÓW przed „bezprecedensową kampanią kłamliwych oszczerstw i pomówień”.

□ 4. Brak naukowego zainteresowania skutkami prowadzonych badań.

A. Milczenie na temat skutków ubocznych swawolologii (zranienia, upadki, ucieczka „materiału” z terenu badań, przepadek całej mikropopulacji itp.). Wyznacznikiem swawo­lologicznym jest tu BRAK słowa – klucza.

B. Bagatelizowanie skutków, których nie da się już dłużej kryć: PEWNE, NIEWIELKIE RYZYKO ISTNIEJE. Przykład: klasyczne badania swawolologiczne na wilkach i rysiach. USA-Polska:

– W raportach służbowych („Results reported here are preliminary and in some cases represent findings of collaborators; please do not cite in publications without consulting the author”) podawanie w sztukach i procentach pełnej (?) listy zwierząt rannych, ciężko okaleczonych i padłych w wyniku odłowów w stalo­we potrzaski i potrzaski – USA.

– W publikacjach zamieszczanych w czasopismach naukowych ujawnianie części przypadków i zaniżanie danych procentowych z np. 56% na 49% w grupie zra­nień poważnych i bardzo ciężkich – USA.

– W opiniach wystawianych ekologom z krajów wprowadzających dopiero tę no­woczesną metodę badań swawolologicznch, sprowadzanie odpowiednich liczb do zera (w ostateczności do 5% przypadków z uszkodzeniami ciężkimi) i komi­syjne zalecanie metody jako odpowiedniej, zwłaszcza dla parków narodowych i rezerwatów – Polska (i ostatnio Republika Słowacji).

(R.O. Peterson, Ecological Studies of Wolves on Isle Royale – Annual Report 1991-1992. V. van Ballenberghe, 1984: Injuries to wolves sustained during live-capture. J. Wild. Manage. 48 (4), D.W. Kuehn, L.D. Mech at al. 1986, Traprelated injuries to gray wolves in Minnesota. J. Wild. Manage. 50 (1).

Swawolologia w pełnym majestacie Nauki może być i jest uprawiana w różnych dyscypli­nach naukowych. Interesującego materiału dostarcza w tym względzie archeologia:

„Na całym świecie w imię szukania naukowej prawdy niszczy się cmentarze i groby, a to co się znajdzie, pakuje w kartonowe pudełka zalegające w uniwersyteckich magazynach. Trudno oprzeć się wręcz wrażeniu, że w miejscu rozkopanego i zlikwidowanego przez archeologa cmentarza pojawia się jakaś pustka. Czy w imię zaspokajania własnej ciekawości warto pustkę tę tworzyć? Czy kompensuje ją fakt wydania odpowiedniej monografii, podręcznika akademickiego, czyjś doktorat lub habilitacja? Im starszy grób tym skrupulatniej się go unicestwia! Jest w tym jakaś pozanaukowa pożądliwość. W przypadku archeologii nastąpił przerost formy nad treścią. Archeologia (dotyczy to także innych nauk) stała się celem samym w sobie, sztuką dla sztuki, rodzajem fetyszu. Może resztkę starych cmentarzysk zostawić w spokoju? Choćby do czasu odkrycia nowych metod badawczych, nie wymagających kopania w ziemi. Postępuje się inaczej. Dla przyszłych pokoleń pozo­staną już tylko groby dzisiejszych archeologów”. (K.T. Lewandowski 1994: Zniszczona aura. „Nieznany Świat”, 3: 12-13).

A co pozostanie w rezerwacie ścisłym Białowieskiego Parku Narodowego po dzisiejszych ekologach?

P  u  s  t  k  a

Jac Po
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z plików cookie, abyśmy mogli zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o plikach cookie są przechowywane w Twojej przeglądarce i wykonują takie funkcje, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje strony internetowej są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.