O Simonie Kossak i Lechu Wilczku pisał w „Przekroju” 1974 r. Zbigniew Święch:
Simona Kossak w roku 1970 ukończyła zoologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, wyspecjalizowała się w psychologii i etologii (zachowaniu się) zwierząt. Wymarzyła sobie, że zamieszka w Bieszczadach, w dzikiej jeszcze Dolinie Hulskiego. Obiecywano jej posadę kustosza w nie istniejącym muzeum nie istniejącego wówczas Parku Narodowego. Ponieważ sprawa ta ciągle się odwlekała, miłośniczka Bieszczadów (jeździła tam od dziesięciu lat na wakacje) gwałtownie zmieniła kierunek, spakowała walizkę i po wielu godzinach jazdy koleją wysiadła… w Białowieży. Była pełna zima, 1 lutego 1971, gdy podjęła pracę w tutejszym Zakładzie Badania Ssaków PAN. Zamieszkała w pokoju gościnnym i – po cichu nadal marzyła o Bieszczadach. Ale pewnego dnia, jej znajoma a późniejsza przyjaciółka, żona leśniczego Parków Pałacowego i Narodowego, polonistka, Barbara Ewa Wysmułek powiedziała:
– Simonko, tobie spodobałoby się na Dziedzince. Trochę tam może i straszy, ale jesteś dzielna. Zobacz to cudowne miejsce.
Gdy przyjechali do uroczyska był piękny wieczór i mróz siarczysty. Simona wyskoczyła z sań, wbiegła na ganek leśniczówki, spojrzała dookoła po drzewach w puszystym śniegu (pełnia księżyca dodawała jasności i uroku) i krzyknęła sławne słowa, które później miały definiować pepsi-colę:
– To jest to!
Następnego dnia zgłosiła się do dyrektora Białowieskiego Parku, na którego terenie leśniczówka stoi i poczęła prosić, żeby jej tam przydzielono służbowe mieszkanie. Ówczesny dyrektor, inż. Józef Budzyń, spojrzał badawczo na drobną dziewczynę, której zachciewa się zima-lato dojeżdżać 6 km do pracy z własnej woli, zgodził się, zaznaczając jednak, że o Dziedzinkę stara się również wybitny fotografik z Warszawy, Lech Wilczek. (…)
Piękny to widok, kiedy Lech Wilczek idzie główną ulicą Białowieży, a Korasek akurat nadleci. Miejscowi przyzwyczaili się do tej sceny: kruk zniża lot, siada na ramieniu Wilczka i przytula się do jego twarzy. A gdy fotografik wybiera się na obserwacje do Puszczy Białowieskiej, wygląda zupełnie jak św. Franciszek: obok biegnie Żabka, za nią Hepunia, a nad tą trójką wiruje Korasek.
Jednym z najłagodniejszych psów tej ziemi jest Troll, olbrzym, rasy „willboks”, jak mawia Simona, który rozpoczął karierę miłośnika ptasząt od zjedzenia papużki w latach szczenięcych, jeszcze w krakowskiej Kossakówce. Dostał lekkie lanie i od tej chwili złagodniał do przesady. A gdy głupi kogut zaatakuje Trolla, pies daje mu niezły wycisk – średnio raz na kwartał – potem już trwa sielanka. Troll czuje się znów dobrze, gdy odzyska godność własną.
Przy kolacji Simona żartuje: Leszek kocha nasze zwierzęta, ale i mnie chyba trochę lubi, bo jestem jedyną babą w promieniu pięciu kilometrów.
– Ależ ja mam motocykl, kochanie, a poza tym inne baby są już o cztery kilometry stąd.
Cały artykuł jest dostępny w Internecie, ale dość nisko w google’owym pozycjonowaniu. Trafiłem na niego dzięki tej żartobliwej wzmiance o Simonie Kossak jako „jedynej babie”, bo poszukuję śladów obalonej przez Reginę Skibińską legendy o Kossak jako jedynej badaczce w męskim gronie. Niestety, niedawny artykuł Skibińskiej na OKO.press, jak to z kłamliwymi insynuacjami na temat świetlanych postaci bywa, wypłynął na sam wierzch notowań i trzeba się będzie naharować, żeby przebić się ze sprostowaniami do społecznej świadomości.
Pod tym adresem znajdziecie nie tylko archiwalny artykuł Święcha, ale też cudowne fotografie Lecha Wilczka w trzech cyklach: o lecie, jesieni i zimie w Dziedzince. Tylko wiosny brakuje.

Śpieszyłem się z moją kontrą i nie wszystkie tezy Skibińskiej zdążyłem dokładnie sprawdzić. To np., że nie znałem jakiegoś „mitu”, którego wiarygodność autorka OKO.press sprawdza, nie znaczy jeszcze, że tych mitów nie było. Teraz sobie powoli dłubię w mitach i legendach, ale idzie ciężko, napisałem nawet do red. Skibińskiej z prośbą o ratunek, może coś się wyjaśni.
We wstępie do artykułu „Broniła zwierząt czy im szkodziła? Kontrowersje wokół Simony Kossak nie gasną” zapowiada Pani sprawdzenie, ile jest prawdy m. in. w legendzie o tym, że śp. prof. Simona Kossak była „jedyną kobietą w męskim gronie” naukowców. Później, przy pomocy prof. Rafała Kowalczyka ustala Pani, że legenda ta jest całkowicie z prawdy wyzuta. Niestety, nie wskazują Państwo obszaru funkcjonowania tej legendy, a ja nie potrafię jej odnaleźć. Szukałem wytrwale, udało mi się nawet dotrzeć do informacji, że Simona Kossak była jedyną kobietą w krakowskim związku akwarystów, ale nie o to przecież chodzi. Wpisanie w wyszukiwarkę Google nazwiska „Simona Kossak” z użyciem cudzysłowu jako operatora oraz słów w rodzaju „jedyna w męskim gronie kobieta wśród mężczyzn” bez operatorów zwraca wprawdzie kilkadziesiąt wyników, ale tylko w jednym z tych przypadków jest mowa o śp. prof. Simonie Kossak jako ewentualnie osamotnionej pośród mężczyzn badaczce. Ów przypadek to sam Pani artykuł.
Rozważając to, wpadłem w stan pewnego intelektualnego zapętlenia, gdyż odnoszę wrażenie, że Pani artykuł jedną i tę samą legendę tworzy i obala, tworzy i obala, tworzy i obala. Zechce Pani odpowiedzieć, czy legenda o samotności płciowej Simony Kossak została gdziekolwiek w jakikolwiek sposób utrwalona, czy zanim ją Pani obaliła istniała wyłącznie w oralnym przekazie jakiegoś niepiśmiennego ludu?
Będę wdzięczny za odpowiedź, a skromny wyraz tej wdzięczności pragnę dać już teraz, dzieląc się z Panią pewnym odkryciem. Bezradna wobec moich oczekiwań wyszukiwarka wyświetlała mi, w charakterze podpowiedzi, pytania najczęściej zadawane przez innych internautów. Na pierwszym miejscu wśród nich było pytanie: „Czy Simona Kossak istniała naprawdę?”. Z pełnym przekonaniem twierdzę, że jest Pani jedyną dziennikarką zdolną zmierzyć się z tym mitem i powinna się Pani nim zająć.

Módlmy się, aby red. Skibińska mi odpowiedziała.
Módlmy się, aby w swej odpowiedzi nie powołała się na ósmy numer czasopisma „Sylwan” z 1995 r.
Módlmy się, aby duch Simony Kossak zaznał wiecznego spokoju i aby hieny nie przychodziły więcej na jej mogiłę.



