Stanisław Barańczak „Widokówka z tego świata”

Stanisław Barańczak nie przestaje się angażować w życie literackie, a nawet rozrabia coraz bardziej. Jeszcze nie umilkły echa skandalu, jaki wywołał, nie otrzymując dotacji na swoje wierszyki od Instytutu Grzegorza Jankowicza, a już z hukiem dokonała się inauguracja Wielkopolskiego Roku tegoż Barańczaka, którego jednocześnie wciska się zamiast papieża na patrona Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Poznaniu.

Przypomnę, jak było z tą dotacją. Wydawnictwu Universitas zachciało się opublikować 74 wiersze Barańczaka w wyborze Ryszarda Krynickiego i Adama Michnika. Wystąpiło do Instytutu Jankowicza o wsparcie finansowe tej inicjatywy, ale Instytut Jankowicza odmówił. Wtedy Adam Nowakowski, dyrektor Universitas, poprosił Instytut Jankowicza o uzasadnienie odmownej decyzji, chyba nawet w trybie dostępu do informacji publicznej czy jak to się tam nazywa. I Instytut Jankowicza mu uzasadnił piórem Justyny Miodońskiej, ostrym jak pióro sztucznej inteligencji. Nowakowski to potem opiał (forma dokonana czasownika „opiewać”) w Wyborczej:

Pani Miodońska na wstępie dzieli się refleksją: „poezja Barańczaka wciąż domaga się nowych odczytań”. (…) Autorka informuje wszakże, iż te odczytania powinny być „wolne od ograniczeń wynikających z ustalonych już kontekstów środowiskowych”. Na czym polegają owe „konteksty środowiskowe” i „uwolnienie” z nich Barańczaka – tego pani Miodońska nie precyzuje. Zwraca natomiast uwagę, że „publikacja, która została przedstawiona do oceny (sic! – nie prosiłem o ocenę) zdaje się jednak przesuwać jego twórczość w stronę ujęć historyzujących, zamiast podejmować dialog z aktualnym dyskursem krytycznoliterackim”. Co to jest „aktualny dyskurs krytycznoliteracki”, pani Miodońska też nie wyjaśnia; szkoda, bo mogłoby to być ciekawe. Pani Miodońska pisze w końcu wprost: „zaskakujące jest również włączenie do grona interpretatorów Adama Michnika, co budzi wątpliwości co do spójności i charakteru projektu”. (…) Swoje przemyślenia pani Miodońska podsumowuje tak: „Wrażenie, jakie pozostawia całość, to potraktowanie wierszy Barańczaka w sposób marginalny, a momentami wręcz instrumentalny – bardziej jako pretekstu do stworzenia wydawnictwa o charakterze pamiątkowym niż rzetelnej analizy literackiej”. (…)

Na koniec najciekawsze. Instytut Książki dokonał „obiektywnej” punktowej oceny „74 wierszy” Barańczaka. I tak: „Potencjał społeczny” – pięć punktów na 25 możliwych. „Wartość artystyczna” – 45 punktów na 60 możliwych. „Potencjał wydawniczy” – 10 punktów na 15 możliwych.

Grzegorzu, zwracam się do dyr. Jankowicza, popracujcie tam w Instytucie nad pozycjonowaniem, bo jak wpisuję „Justyna Miodońska”, to google zwraca mi ją na pierwszym miejscu jako kierownika wydawnictwa w Instytucie Literatury, a dopiero na ósmym jako redaktorkę naczelną Redakcji Portali Literackich i p.o. redaktorki naczelnej Redakcji Wydawnictw Książkowych w Waszym Instytucie. Co jak co, ale życie literackie powinno jednak nadążać za współczesnością, żeby nie stać się niezgody kością.

Anna i Stanisław Barańczakowie (Instytut Filologii Polskiej UAM). Obok: Justyna Miodońska oceniająca potencjał społeczny poezji Barańczaka na 5/25 (nowynapis.eu)

Zasiadam w Radzie Wielkopolskiego Roku Stanisława Barańczaka. Zasiadam – mimo wywołanych obecnością w tejże radzie Adama Michnika poważnych wątpliwości nie tylko co do spójności Rady, ale wręcz co do jej charakteru – bo już mnie nogi bolały stać. Niedawno odbyło się pierwsze posiedzenie Rady, mam nawet zdjęcie, siedzę sobie na nim drugi z prawej, pod literami WK, koło prof. Pawelca, który Barańczaka bardzo wnikliwie czyta i nie mniej wnikliwie o nim pisze i zarazem drugi na prawo od Piotra Śliwińskiego, który pokazuje właśnie, jak małym trzeba być człowiekiem, żeby odmówić paru groszy na wiersze Barańczaka z powodu Michnika.

W pierwszą rocznicę śmierci Barańczaka wziąłem udział w poświęconym jego pamięci spotkaniu, też daję zdjęcie, bo ja wiem, że Wy lubicie zdjęcia, i one chyba poprawiają pozycjonowanie mojej stronie. I zapadło mi w pamięć bardzo nieoryginalne zdanie Ryszarda Krynickiego, już 11 lat temu wypowiedziane. Otóż po spotkaniu pan Ryszard powiedział mi na pożegnanie po prostu: „Proszę wracać do Staszka”.

Zapadło to we mnie, bo na tym właśnie polega tajemnica nieśmiertelności poetów: że się do nich wraca. Aczkolwiek akurat do Barańczaka nawet nie muszę jakoś specjalnie wracać, on sam się nie chce ode mnie odczepić. Villanella „Co mam powiedzieć” chodzi mi po głowie od lat i nic na nią nie pomaga, nawet to, że dopisałem do niej swój własny dalszy ciąg. Tak że ten, jeśli o mnie chodzi, to Barańczak nic a nic nie umarł. Lubię sobie z nim pogadać od czasu do czasu. Podoba mi się u Barańczaka, że zawsze jest przysiadalny i inaczej niż od kierownika p.o. redaktorki naczelnej Miodońskiej, ode mnie w ogóle się nie domaga nowych odczytań swojej poezji, te stare całkowicie go zadowalają. I chyba też żywi jakąś sympatię dla mnie czy coś, może rodzaj ufności, bo nawet takie osobiste rzeczy mi opowiada jak to, że kiedy ona płakała w nocy to coś go obudziło, ale wcale nie to. Udało mi się nawet namówić go, żeby przełożyli z Clare Cavanagh parę moich wierszy na amerykański angielski, gdyż zamierzam wejść na tamten rynek ze swoimi produktami, zanim się całkiem przeterminują.

Najczęściej jednak po prostu sobie z panem Stanisławem żartujemy. W końcu wbijać szpile komu trzeba też on mnie uczył, w „Książkach najgorszych”. Nie przestaję mu dokuczać z powodu potencjału społecznego jego poezji pięć na dwadzieścia pięć, a on mi wytyka sprzeciw wobec panujących stosunków społecznych za pomocą masturbacji. Ostatnio żeśmy sobie z panem Stanisławem żartowali z dyrektora Instytutu Grzegorza Jankowicza Jankowicza. Bo mój starszy kolega bardzo jest ciekaw ploteczek z tego świata, a widokówki do niego nie dochodzą, cezura czasowa zatrzymuje całą korespondencję. I powiedziałem mu, że środowisko jest poruszone, bo widziano Grzegorza w kapeluszu zamiast w czapeczce, która wydawała się nieśmiertelną i co to może znaczyć.

Postawiłem tezę, że Grzegorz zamienił czapeczkę na kapelusz, gdyż kapelusz, jako czapeczka zaopatrzona w rondo, jeszcze lepiej niż ona ukrywa, co tak naprawdę myśli jej/jego nosiciel. Zdaniem natomiast pana Stanisława Grzegorz idzie na ministra kultury i to każe mu być pod względem nakrycia głowy gotowym na każde możliwe polityczne rozdanie. Ponieważ gierki słowne z panem Stanisławem są fascynujące jak z nikim innym, spytałem, czy jego zdaniem Grzegorz idzie na ministra po trupach.

– Tak, ale po cywilnych – odpowiedział i wymieniliśmy porozumiewawcze uśmiechy.

Wiersze Barańczaka czytam jak zahipnotyzowany. Zastanawiałem się kiedyś, jak on to robi, że od pierwszego wersu uwodzi, przykuwa do wiersza uwagę nawet czytelnika z deficytem uwagi. I doszedłem do wniosku, że Barańczak uwodzi na tasiemca. Jako mistrz suspensu zadanie ma ułatwione. Przypominam, że suspensja w poezji to „zawieszenie spodziewanego przebiegu wypowiedzi”, „zakłócenie toku zdania za pomocą uwag nawiasowych, wtrąceń, uściśleń itp., które odsuwają moment wprowadzenia słów o decydującym znaczeniu”. Czyli z suspensją mamy do czynienia wtedy, kiedy poeta się zawiesza. A jak poeta się zawiesza? Jeśli jest poetą języka angielskiego, za pomocą końcówki -ing, jeśli pisze po polsku – za pomocą -ąc. Odkryłem to w 1989 r., kiedy zaczytywałem się poezją amerykańską i amerykańskimi wierszami Barańczaka z „Widokówki z tego świata”. Napisałem wiersz o tym:

PONIEDZIAŁEK, ŚWIT, COŚ WE MNIE I COŚ POZA TYM

Stojąc przed wpółotwartą paszczą
koparki smętnie zerkającej w przedwczoraj wykopany dół,
kładąc dłoń na żelaznym zębie jakbym nań akcent kładł czy
badał stan startych na kamieniach kłów w lekko rdzą nadżartej szczęce

i układając już ten wiersz niby fakira gdzieś pod czaszką,
na ostrzach rymów, delikatnie; urywam wpół,
bo wiem: to „ąc” już samo świadczy,
że poza tym – dzieje się coś więcej.

89.08.31

My, poeci, wiemy, jak Wy, czytelnicy, czytacie nasze wiersze. Zawsze się śpieszycie, cierpicie na deficyt uwagi, macie oczopląs. Bierzecie do ręki wiersz i mówicie sobie: dobra, dam poecie szansę, przeczytam pierwsze zdanie, a potem zobaczymy. Żeby właściwie zagospodarować kredyt zaufania tak skromny, pierwsze zdanie wiersza musi być bardzo długie. Kiedy więc Barańczak tytułuje wiersz „Podnosząc z progu niedzielną gazetę” albo „Wynosząc przed dom kubły ze śmieciami”, to – wiedząc, że spodziewacie się konfesji w rodzaju „Podnosząc z progu niedzielną gazetę / złamałem kręgosłup i rozdarłem sweter” – zaraz potem brnie w dygresje, leci w te uwagi nawiasowe, wewnątrzśrednikowe i wewnątrzmyślnikowe, o których definicja suspensji mówiła. I czasem tego jednego, pierwszego zdania wystarcza na cały wiersz, jak to zobaczycie poniżej. A my, czytelnicy, pozwalamy się prowadzić na postronku tego zdania jak barany na wieś, bo strasznie jesteśmy ciekawi, jak się skończy zdanie, któreśmy napoczęli, taka nasza natura.

Jac Po
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z plików cookie, abyśmy mogli zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o plikach cookie są przechowywane w Twojej przeglądarce i wykonują takie funkcje, jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje strony internetowej są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.