Studnia story. Odc. 2: 1993. Czasem ktoś spontanicznie rzuci kamieniem…

Do opolskiego radia nie przyszedłem tylko po to, żeby pieścić uszy słuchaczy muzyką świata. Przyszedłem zmienić świat na lepszy i zrobić rewolucję. Rewolucje były potrzebne dwie, ogólnoświatowa i lokalna. Świat dochodził do siebie po upadku komunizmu i odbudowywał nowymi sposobami, trochę jeszcze na ślepo, struktury wyzysku i przemocy. Rzeczywistym przemianom towarzyszyły przemiany pozorne, w Polsce polegające głównie na przemianowywaniu. Kwitła przestępczość gospodarcza i pospolita, a w jej cieniu rozkwitała subkultura skinheadów w wynaturzonej, paranazistowskiej i bandyckiej wersji. Polityczne oparcie skini znaleźli w Polskiej Wspólnocie Narodowej założonej niedawno przez Bolesława Tejkowskiego. W 1992 r. nowohuccy skinheadzi zamordowali niemieckiego kierowcę za to, że był Niemcem. W Opolu panoszyli się coraz bardziej, ciesząc się skrytą sympatią milicji obywatelskiej dopiero przed dwoma laty przemianowanej na policję państwową. Specjalizowali się w prześladowaniu punków i stopniowo rozszerzali swoje zainteresowania na całą młodzież choć trochę „inną”. Mnożyły się przypadki napaści i pobić, niekiedy bardzo brutalnych, o wielu z nich opinia publiczna nie miała zielonego pojęcia. Pojawiły się nowe hasła. Niektóre, jak „Myśl globalnie, działaj lokalnie”, jeszcze pamiętam.

   Kiedy trochę okrzepłem, zacząłem molestować Nowickiego o nową, „zaangażowaną” audycję. Nie był temu przeciwny. Pamiętam, że wymyśliłem dla niej tytuł „Po stronie mniejszości”, żeby się słuchaczom kojarzył z mniejszością niemiecką i żeby im pokazać, jak wiele różnych innych mniejszości mają wokół. Mój szef odradził mi taki tytuł jako… kojarzący się z mniejszością niemiecką. I bardzo dobrze się stało, bo nie była to dobra nazwa, a zmuszony do dalszych wysiłków wymyśliłem „Studnię”.

  Nowicki poprosił, żebym swoje pomysły spisał na papierze, co skwapliwie uczyniłem.

Studnia to moje dziecko. Kochankowie, kiedy rodzi im się potomstwo, lubią wspominać okoliczności, w jakich zostało poczęte. Dla mnie takim inicjalnym, niezwykle zapładniającym umysł i napędzającym do działania aktem było spotkanie z Piotrkiem Maślakiem w furtce między opolską rozgłośnią a biblioteką wojewódzką. O red. Piotrze Maślaku musieliście ostatnio usłyszeć, kiedy kazał esgiekom pozmieniać sobie naszywki z SG na SS. W 1993 r. był kręcącym się przy radiu nastoletnim punkiem i zaczepił mnie w tej furtce, bo słuchał mojej nocnej audycji, w której grałem muzykę podziemnych kapel. Był pod wielkim wrażeniem, a ja byłem pod wielkim wrażeniem jego wielkiego wrażenia i cieszyłem się, że mam do czynienia z kimś podobnie myślącym o radiu, a pewnie i o świecie. Przez długie lata wydawało mi się, że to wtedy uzgodniliśmy, że lepiej się robi rewolucję we dwóch niż w pojedynkę, a wzmiankowana furtka stała się dla mnie symbolem styku dwóch światów: świata przed Studnią i świata Studni.

  Piotrek tymczasem rozmowy w tej furtce w ogóle nie kojarzy. Zapamiętał za to inne chwile i przypadki.

Wspomniany przez Piotrka Stanisław Gruszecki trafił do radia z piękną solidarnościową kartą zapisaną w CV i bez jakichkolwiek przydatnych w radiu talentów. Z gruntu uczciwy i w okolicznościach innych niż te, w których go poznałem, prawdopodobnie sympatyczny, był typowym politycznym zrzutem, nikomu niepotrzebnym, któremu jednak należało dać jakąś posadkę. Nie znający się na niczym poczciwina przyswoił sobie dwa trudne przymiotniki z ówczesnej nowomowy: „bimedialny” i „kompatybilny”, i na nich mozolnie budował swój autorytet medioznawcy. Został zastępcą Nowickiego, wiceprezesem i chyba dyrektorem programowym. Pamiętam, że kiedy Nowicki kazał mi zwrócić się z jakąś sprawą do Gruszeckiego, mówiłem wprost, że Gruszecki na sto procent się na tej sprawie nie zna i błagałem, żebym mógł zwrócić się do kogoś innego. Mnóstwo czasu zmarnowałem w jego gabineciku. Nie ułatwiało to pracy a z czasem miałem się też dorobić całkowicie zrozumiałej niechęci „Gruchy”.

Wszystko to nie mogło nas zatrzymać w pochodzie ku jutrzence Wolności. W odróżnieniu od młynów Bożych młynki rewolucji mielą powietrze szybko i dokładnie. Powieliliśmy na ksero plakacik informujący o Studni i przeprowadziliśmy kampanię marketingową polegającą na naklejaniu go gdzie się dało. Po latach oprawiłem go sobie w ramki, co widać na załączonym obrazku.

Z ogromną dumą i niemal dorównującym jej zawstydzeniem prezentuję zachowane na archiwalnych taśmach pierwsze dźwięki, jakie wydobyły się ze Studni 2 maja 1993 r. Kiedy wchodziliśmy z Piotrkiem i Tomkiem Jungowskim na antenę, schodzili z niej również debiutujący tego dnia rewolucyjną audycją „Radio wodzirej” miłośnicy muzyki dyskotekowej, w naszym środowisku określani mianem „dyskomułów”… Dopiero dzisiaj, czyniąc ten wpis na jacpo peel, zauważyłem, że oni kończyli a my zaczynaliśmy piosenkami bardzo odmiennymi stylistycznie, ale z podobnym przesłaniem: “Naprzód”.

Muzyków Smaru SW z irokezami, z którymi ledwie się zmieścili w drzwiach studia, gościliśmy w Studni we wrześniu. Dzięki częściowo zachowanym zapisom ówczesnych audycji wiem, że wcześniej zdawaliśmy relacje ze zjazdu Federacji Anarchistycznej, ze spotkań ekologów, z manifestacji przeciw cyrkom z udziałem zwierząt, z Jarocina i lokalnych koncertów… Wśród tematów, którymi się zajmowaliśmy, były też m.in. wizyta w Opolu obwoźnego „rekinarium”, odmowa służby wojskowej, wtedy jeszcze przymusowej, prehistoria opolskiego punka, narkomania i oczywiście skiny, skiny, skiny…                

Ruchy ekologiczne i broniące zwierząt, jak cała ta dziedzina życia społecznego, były wtedy jeszcze w powijakach. Kiedy próbowaliśmy z Piotrkiem wziąć szturmem ciężarówkę obwożącą po Polsce półżywe rekiny, do udziału zaprosiliśmy panie z opolskiego Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt, bardzo sympatyczne, pełne dobrych chęci i równie bezradne jak my. Chociaż bardziej wygadane: zaimponowała mi szczególnie ta, która ochroniarzowi broniącemu dostępu do ciężarówki i wymawiającemu się tym, że jest „nagi”, powiedziała, że ma bardzo ładny tors i nie ma się czego wstydzić. Sam nigdy się nie nauczyłem mówić miłych rzeczy oponentom i bardzo tego żałuję.

Czasami robiliśmy audycje tematyczne. 27 czerwca całą Studnię poświęciliśmy policji. Nie dziwcie się temu, co usłyszycie w charakterze oprawy muzycznej. Bardzo często stanowiły ją moje własne nagrania z koncertów, na których wcześniej bywałem z nieodłącznym Kasprzakiem.

Wielu ważnych dla historii Studni ludzi już nie żyje. Moje archiwum to często jedyne miejsce, gdzie został po nich jakiś ślad, najczęściej zapisany głos. Jeśli ktoś z Was pamięta postaci, które przewiną się przez karty tej historii i może o nich coś opowiedzieć, proszę o kontakt. To ostatnia chwila, żeby ocalić pamięć o nich.

Jedną z takich postaci był Budgie, którego zapytałem o „policjantów jego życia”. Ostry koleś, który jednocześnie był ostry właśnie i bardzo delikatny, wrażliwy. Nie wiem nawet, jak się nazywał, dla wszystkich był Budgie’m. Pamiętam tylko, że do Opola przywiało go z Kartuz. Był wyleczonym narkomanem, jakiś czas pracował jako terapeuta w Monarze chyba w Zbicku, grał w opolskiej kapeli Spasi Sohrani.

Dzięki Tomkowi Jungowskiemu szansę zabrania głosu w Studni dostała Kasia Nosowska. Tomek przywiózł nam też znakomity reportaż z Jarocina. Na wieki wieków trafiła z niego do zestawu naszych przerywników wypowiedź o spontanicznym rzucie kamieniem… Wszyscy rozmówcy Tomka byli anonimowi, ale chyba rozpoznaję wśród nich głos Smalca z Zielonych Żabek i Ga-Gi.

Mimo intensywnych i szeroko zakrojonych poszukiwań nie odnalazłem ani śladu po audycji, w której żegnałem Piotrka „Studentami”.

Tomek Jungowski, który jako pierwszy w historii Studni ją opuścił, zapoczątkował tradycję „dobrych rozstań” w tej audycji, która – nie do wiary –zostanie złamana tylko raz, za to niezwykle boleśnie. Po Tomku zostały nam nie tylko nagrania, ale też piękna rozdziawijapa, najlepsze logo, jakie kiedykolwiek miała jakakolwiek audycja, a które sporządził dla nas jego znajomy artysta.

Sławek Frydrych nagrał dla nas rozmowy z odmieńcami, narkomanem i odlecianym chrześcijaninem. Piotrek rozmawiał ze Szmuńką, a zaraz potem z Agrestem i Rosjanem z opolskiego Nigdy Nie Trzeźwieć, ja z Krzyśkiem Grabowskim z Dezertera. Działo się.

Nagrania z tych pierwszych audycji zachowały się w takiej postaci, w jakiej się zachowały, nic na to nie poradzę. Bywają zaszumione, zwolnione lub przyśpieszone wskutek wielokrotnego kopiowania z kasety na kasetę, niekiedy ucięte w połowie.

Rozmowa z Krzyśkiem Grabowskim, którą przytaczam tu tylko we fragmencie, była na tyle długa, że prezentowałem ją w dwu audycjach w częściach. Całość zachowanego archiwum Studni z 1993 r. dostępna jest i możliwa do pobrania dla patronów jacpo peel. Tam też można znaleźć całą audycję z 14 listopada 1993 r., pierwszą z kilku audycji będących z różnych powodów słupami milowymi w historii Studni.

  Zaprosiliśmy wtedy do Studni dwóch skinoli, Zbyszka i Sławka. Dziwni to byli goście, więc i audycja wyszła dziwna. Zbyszko był chyba ministrem propagandy opolskich skinheadów, Sławko zachowywał się jak minister wojny. Pierwszy powtarzał frazesy, drugi nie odzywał się, ale cała jego postawa mówiła: jak tylko powiesz coś nie tak, dostaniesz wpierdol. Zastrzegli sobie prawo puszczenia w audycji dwóch bieda-songów swoich chujowych kapel, w tym osławionej Konkwisty. Wiedzieliśmy o bandyckiej działalności opolskich, jak się ich wtedy nazywało, „nazioli”, ale nie mieliśmy żadnych twardych jej dowodów. Liczyliśmy na małą lotność intelektualną naszych drogocennych gości. Założenie było takie, że jeśli tylko pozwolimy im mówić i puszczać tę muzykę, sami wykażą swój idiotyzm w pełnej krasie. Tak też się stało, ale najlepszym reżyserem naszej audycji stał się niejaki Demon, słuchacz i aktywista Anty Nazi Frontu z Wrocławia, który w ostatniej minucie audycji tak wkurzył swoim telefonem naszych rozmówców, że pożegnali się ze słuchaczami pamiętnymi słowami „Bo mnie zaczyna wkurwiać” i „Ale żeś zakończył”.

Jak sami słyszycie w tych archiwaliach, zdarzało się w Studni, że ktoś spontanicznie rzucił kamieniem w szybę, ale nie było żadnych burd. Zdarzało się, że ktoś powiedział na rząd narząd, komuś wyrwało się przekleństwo, komuś innemu bluźnierstwo, ale słuchacze wybaczali nam to i audycja zyskiwała ich uznanie, potwierdzane coraz liczniej napływającą korespondencją. Wkrótce listów było na tyle dużo, że nie nadążałem z odpowiadaniem na nie i musiałem sobie oznaczać te, na które odpowiedziałem.

Równolegle do zyskiwania uznania słuchaczy traciliśmy uznanie naszych przełożonych. Ze wzrostem liczby listów szedł w parze, o czym wtedy nie wiedziałem, wzrost liczby telefonów biskupa Nossola do prezesa Nowickiego. Prezes i wiceprezes naprzemiennie wzywali mnie na dywanik, który u Gruszeckiego był latający. Przy pierwszej okazji nasza audycja została skrócona, a pod koniec roku, kiedy władze rozgłośni przedstawiły dziennikarzom pod dyskusję projekt „ramówki” mającej obowiązywać w roku 1994, nie znaleźliśmy w nim Studni w ogóle. Domyślam się, że w ten sposób Nowicki próbował zapuścić w Studnię żurawia: jak też zareagujemy, kiedy zawiesi się nam nad głowami widmo zniknięcia audycji.

  Dokonaliśmy wtedy wyboru strategii, która będzie obowiązywała przez całe istnienie Studni, a której wtedy chyba jeszcze nie nazywano „ucieczką do przodu”. Przed świętami walnęliśmy do Nowickiego i Gruchy pismo na cztery strony, w którym domagaliśmy się więcej wszystkiego, przede wszystkim swobody.

Dzięki sprytnemu użyciu w epistole adresowanej m.in. do Gruszeckiego kryptocytatu z niego samego („świat wchodzi w erę bimedialnego oddziaływania środków masowego przekazu”) przyniosła ona zamierzony skutek, dlatego też w kolejnym odcinku „Studnia story” będę Wam mógł opowiedzieć o roku 1994.