26 czerwca 1994 r. nadaliśmy audycję, która miała się okazać drugim kamieniem milowym w historii Studni. Do studia przyszli Jacek Kleyff z gitarą i Słoma z bębenkiem. Było dużo gadania i jeszcze więcej grania. Słomę rozpaczliwie wołającego pod koniec „Idźma juz! Idźma juz do dumu! Ile my tu będziemy tak grać i śpiewać?! Co to za radio w ogóle? Nic tu nie dajeta zadnych wiadomości?” wykorzystywaliśmy potem przez długie lata jako dżingiel poprzedzający serwis dezinformacyjny.
Całą audycję ze Słomą i Kleyffem wrzucę tu niedługo na półki patronów wraz z całym archiwum Studni z drugiej połowy 1994 r.
W październiku 1994 r. Jacek „Katos” Katarzyński, twórca i wydawca zine’ów „Dada Rzyje” i „God Is Black Yes She Is”, zorganizował w Zielonej Górze trzeci już zlot odlotowców odlatujących nie tylko na papierze „Art Zine Gallery”. Byłem tam i ja, dzięki czemu mogłem zaprezentować w Studni wstrząsający występ Ziggy’ego Stardusta niezłomnie – mimo lecących w jego stronę obelg i przedmiotów – czytającego „Tryptyk o księdzu Jerzym” opublikowany na łamach „Jasnej Góry”. Autorka – i Ziggy Stardust za nią – podkreślała tam „rzetelność życia na roli / przy uprawie chleba i mleka / gdzie nie można nic udać i sfałszować / bo ziemia nie obrodzi / nie wyda owoców / wymię nie puści mleka”. Zwracała też uwagę, że „w naszej ostatniej historii / mają miejsca tragiczne sprzężenia zwrotne / poszczególnych losów kata i ofiary / jeden wektor z taką siłą w dół / z jaką drugi wystrzela w górę / taki tragiczny żuraw / biegunowa praca sumień”.
Wymię, które nie puści mleka i tragiczny żuraw studzienny zostały na zawsze w mej pamięci. I na taśmie.
6 listopada po raz pierwszy w ramach Studni pojawiło się Radio Sivy. Radio Sivy było dziejową koniecznością wynikającą stąd, że słuchacze Studni nie chcieli być tylko słuchaczami. Skoro uznali ją za swoją audycję, to jasne było, że mają prawo ją współtworzyć. I niektórzy przysyłali mi własne, z życia wzięte nagrania. W pionierskich latach Studni szczególnie aktywny na tym polu był Sivy, toteż kącik Studni zawierający dźwięki nadesłane został ochrzczony Radiem Sivy i tak już nazywał się zawsze, nawet kiedy Sivy zaprzestał nadsyłania własnych dzieł.
Sivy, wysyłając swoje nagrania do Studni w 1994, miał 13 lat. Nosił bardzo charakterystyczne nazwisko. Zapamiętałem je, wraz z jego rodzinną miejscowością, z kopert, do których pakował kasety z nagraniami. Wpisałem to nazwisko do wyszukiwarki i namierzyłem Sivego, bo Sivy został sportowcem i wygrywa różne takie biegi, dzisiaj już w kategorii weteranów. Udało mi się nawet pogadać z nim przez telefon i miło mi donieść, że chociaż rozmowy z kolegami, jakie nagrywał, dotyczyły głównie kieliszka i „dżoja”, to wyszedł na ludzi, a ze Studni wyniósł głównie zainteresowanie reggae, które przerodziło się u niego później w pasję do dubstepu, którą dopiero pasja sportowa w nim zabiła. W Radiu Sivy usłyszycie też nagranie dźwięku obieranego ziemniaka, rozmowę z matką kumpla na temat „jak to jest wychowywać chuligana”, próbę nagrania psa który nie chce szczekać i próbę rozmowy z „najgorszą nauczycielką w szkole”. Jakość nagrań jest taka, jaka jest, ale „Wojtek mówi troszeczkę przycicho, ponieważ wywiad nagrywany jest podczas lekcji techniki”.
Mniej więcej równocześnie z Sivym kasety ze swoimi nagraniami zaczęły przysyłać Dzieci z Czarnobyla. Dzieci z Czarnobyla był to zespół muzyczny założony przez dzieci z podopolskiego Prószkowa wskutek otrzymania w prezencie od rodziców keyboarda, na którym obdarowane dzieci nie umiały grać. Ale keyboard ma funkcję odtwarzania zaprogramowanych melodyjek, a chłopcy – byli to dwaj bracia plus kuzyn od czasu do czasu – obdarzeni byli przez naturę nadprzeciętną inteligencją i talentem poetyckim. Dzięki refrenom takim jak „I pałą, i pałą, i pałą go w łeb, / to polska policja zarabia na chleb” szybko zyskali wśród słuchaczy Studni popularność nie mniejszą niż Post Regiment, Dezerter czy Włochaty.
Radio Sivy i Dzieci z Czarnobyla to kawałki ze Studni z 6 listopada 1994 r. W tej samej audycji puściłem swoje rozmowy z Markiem Kurzyńcem i z Grabażem. Zacznijmy od tej drugiej, podczas której okazało się, że nie tylko ja zapamiętałem koncert Pidżamy Porno na festiwalu ruchu Wolność i Pokój w Białogórze w 1988 r. Ale tylko ja miałem z niego nagrania. A trzeba Wam wiedzieć, że brzmienia Pidżamy Porno z wypożyczonych z kościoła Eltronów zarejestrowanego trzymanym w ręku radiomagnetofonem Kasprzak do dzisiaj nie udało się odtworzyć największym mistrzom cyfrowego remasteringu.
Z Markiem Kurzyńcem rozmawiałem na zjeździe Federacji Anarchistycznej w Krakowie. Głośna była wtedy sprawa podpalenia kościoła w Motyczu przez dwóch młodzianków, 14-sto i 17-stolatka, wychowanków ośrodka księży salwatorianów w Bielsku-Białej, którzy podpisali się na ścianie kościoła jako „anarchiści indywidualiści”. Przypominam to, żebyście wiedzieli, do czego tam nawiązujemy.
Rozmowę tę, jak i samego Kurzyńca, przypominam z wielką przyjemnością. Mój rozmówca wyzywał mnie od dziennikarskich kurew, ale grzecznie i z należytym uzasadnieniem takiego epitetu. A wyglądał tak, jak sobie wyobrażałem prawdziwego anarchistę: miał ogień w oczach, był chudy i pokasływał na gruźliczą modłę. Te pokasływania mu potem profesjonalnie powycinałem, ale usłyszycie je w tle zadawanych przeze mnie pytań. No i dobrze gadał. Do dzisiaj pozostaje dla mnie wzorcem anarchisty, czemu dałem wyraz, wprowadzając do polszczyzny kurzyńca jako apellativum, w „Wierszu zalecanym przez ministerstwo edukacji do użytku szkolnego” to uczyniłem.



