Zaznałem ostatnio sporo przyjemności związanych z filmem Skąd dokąd. Kilkanaście dni temu w kinie Meduza miałem przyjemność wziąć udział w spotkaniu z jego montażystą Piotrem Ogińskim. Wcześniej miałem przyjemność uczestniczyć w pracach jury festiwaliku O. Lamy, które przyznało Skąd dokąd pierwszą nagródkę. Piszę o festiwaliku i nagródce, bo my tu w O. wszystko mamy małe. Wystarczy, że coś jest średnie i już jest za duże jak na O., nie mieści się. Żeby nie szukać daleko, to właśnie O. dało światu ludzi tak małego formatu jak posłowie Hatakumba i Kowalski Janusz. Kino Meduza też nie jest ogromne – trzy salki na kilkanaście osób każda. Jest nietypowe również z innych względów. Np. mieszkają w nim koty, chyba z dziesięć. Dzięki temu żaden seans nie jest grany do pustej widowni. Osoby zmarznięte lub spragnione bliskości mogą też wziąć sobie kota na kolana. Na czas filmu albo na zawsze, jeśli szybko się przywiązują.
No i podczas spotkania Piotr musiał opowiadać to wszystko, czego główny autor Skąd dokąd Maciej Hamela już nie ma siły opowiadać. Że po dwóch tygodniach wywożenia z Ukrainy uciekinierów na początku wojny postanowił zainstalować w swoim vanie kamerkę. Że potem zaczął zabierać ze sobą kierowcę-zmiennika, przy okazji operatora drugiej kamery. Że zauważyli, że volkswagen sharan działa jak konfesjonał, ludzie mają potrzebę opowiadania. Że z początku jeździli tylko na zachodnią Ukrainę, potem stopniowo coraz dalej. Że od razu założyli, że Maćka ma być w filmie jak najmniej, bo i tak będzie go za dużo.
Porównanie do konfesjonału wydało mi się podwójnie trafione, bo moim zdaniem za treść zeznań osób spowiadających w dużym stopniu odpowiedzialny jest ksiądz. W każdym razie takie właśnie wrażenie wyniosłem z dzieciństwa – to od kapłana zależało, jakie „grzechy” mi się akurat przypominały. I Hamela nie ma szans wymigać się tak całkiem z roli bohatera własnego filmu. Wśród epitetów, jakimi się go obdarza, „bohaterski reżyser” jest jednym z łagodniejszych.
Film reprezentuje gatunek kina jechanego i gadanego zarazem. Kolejni pasażerowie opowiadają swoje historie. Półtoragodzinne dzieło zmontował Piotr z kilkuset godzin nagrań, zatem każda scena jest znacząca. W każdej jest sto razy więcej treści, niż się widzi. Niektórzy pasażerowie uporczywie milczą i ich milczenie także jest znaczące.
Wśród przyjemności związanych ze Skąd dokąd była i ta, że mogłem zobaczyć siebie we właściwych proporcjach. Nawet troszkę popodziwiać przez lupę, jak mądrze przeliczyłem swoje siły na zamiary kiedy jeździłem do Lwowa i bałem się jechać dalej na wschód. Ostrzegano mnie, że mogę się tak wkopać, że bez napędu na cztery koła się nie wydobędę. I doczekałem w filmie momentu, kiedy napęd na cztery był niezbędny. Nie jeździłem tam, gdzie trzeba nosić kamizelki kuloodporne, bo ich waga nie na mój kręgosłup została obliczona. Maciek płynnie przechodzi z języka na język, podczas gdy ja nawet z surżyka na volapük przechodzę jak przez pole minowe. Itd., itp. Wskutek tego wszystkiego zdziałałem sto razy mniej niż on, ale miło mi było zobaczyć w nim siebie, a to, że widzę siebie, o, takiego malutkiego, w ogóle mi nie przeszkadza.
Spotkanie w Meduzie prowadził jej szef Rafał Mościcki, który zanim został kiniarzem, to uczył etyki w szkole, gdzie nabawił się takiego zacięcia bardziej pedagogicznego. I podczas tego spotkania zaczął się odgrażać, że on jeszcze wszystkim pokaże. A już najwięcej to pokaże młodzieży. Po pierwsze, pokaże jej takie filmy, że ona zacznie na nie przychodzić. Po drugie, pokaże młodym ludziom, że tacy ludzie jak Maciek Hamela mogą być ich wzorcami, autorytetami i nawet idolami.
Tu się zadumałem. Jak zaprosić młodzież na film, w którym żołnierz opowiada, jak go torturowali? Beznamiętnym głosem wyjaśnia, że rażenie prądem najgorsze jest tylko za pierwszym razem. Potem, jak już człowiek wie, czego się spodziewać, to idzie wytrzymać. Z drugiej strony, czy ja wiem, co ta młodzież już widziała w swoim krótkim życiu? Po przemyśleniu sprawy uznałem, że Maciek Hamela to całkiem dobry bohater na te marne czasy. Zamienia marne we wspaniałe. Życzę więc pokoleniu, które nas zadepcze, żeby plan Rafała się powiódł. Życie w każdej chwili i każdemu może dać szansę stania się supermanem, zatem warto się do tej roli zawczasu przygotować. Przede wszystkim warto być młodym, zatem z bohaterstwem nie ma co się ociągać. Młodemu człowiekowi nie dokuczają jeszcze starcze dolegliwości. Nie ma dzieci i wnuków, które by za nim płakały, kiedy będzie zdobywał szlify herosa. Warto za młodu zrobić prawo jazdy. Przejść kurs pierwszej pomocy. Nauczyć się języków, jak najwięcej. Żeby, znalazłszy się w odpowiedniej chwili w odpowiednim miejscu, móc wywieźć ranną Kongijkę z Kijowa, jedną ręką zmieniać jej opatrunki a drugą kontynuować slalom między minami, zabawiać ją francuskimi rozmówkami a jednocześnie załatwiać jej przez telefon miejsce w szpitalu w Berlinie. Krócej i głupiej mówiąc, „czynić dobro”, droga młodzieży, może nawet zło dobrem zasłaniać.