Mogę mówić o tym całkiem bez emocji.
Kot miał wytrzeszczone oczy i rozwarty pysk.
Płuco pod rozdartą skórą zostało nietknięte,
przy każdym oddechu za karkiem wyrastał mu balon.
Z grzbietu wystawał kawałek kości.
Sąsiedzi przyszli patrzeć całymi rodzinami,
mnie przyprowadziła Lidka, żebym zwierzę dobił.
„Siekierę?”, upewniał się sąsiad. „Może lepiej pręt?”
Taką już miał wrażliwość, że źle znosił widok krwi,
natomiast ból kociej agonii niewiele mu przeszkadzał.
Poszedł po narzędzie, nie było go ze trzy minuty.
Kot jak pijany przeczołgał się tymczasem na drugą stronę płotu.
Raz już, jako dziecko, musiałem dobić psa,
któremu przetrącił kręgosłup jeden z rówieśników.
Spazmatycznie szlochałem bijąc go w łeb trelinką.
Tym razem odciąłem łeb kota z zimną, kacią sprawnością,
a płakał pięcioletni Krzyś z buzią wciśniętą w brzuch Matki.
Nie utraciłem chyba swojej wrażliwości.
Rozkawałkowana dawniej, scaliła się teraz,
zaokrągliła jak talerz, już nie wyłazi ze mnie
nagle, w niespodziewanym miejscu, jak kawał kości przez skórę.
Stałem się opanowany jak zamek warowny.
Zrównoważony jak Olga Korbut na równoważni,
gdy ma wykonać swoje śmiertelne salto, chwilę przedtem.
93.06.12