Moje pierwsze wspomnienie związane z Victorem Jarą pochodzi z lat 80. Znajomy wolnościopokojowiec opowiadał mi, jak to oprawcy z junty Pinocheta obcięli muzykowi palce, po czym rzucili gitarę i kazali na niej zagrać. „I Victor Jara zagrał” – brzmiała triumfalistyczna pointa. Legendę Victora Jary w tym kształcie uznałem za piękną, ale nieprawdopodobną. Nie dlatego nawet, żeby gra na gitarze kikutami palców była dla mnie całkowicie niemożliwa do wyobrażenia. Nie do wiary była postawa oprawców. Niestety, ludzie tego pokroju nie po to poniżają swoje ofiary, żeby pozwolić im w jakikolwiek sposób wygrać ze sobą. Nawet gdyby Victor Jara po torturach był w stanie zagrać, nie pozwoliliby mu na to. Ale ziarno Prawdy w tej legendzie było, a ona sama przetrwała do dziś. Np. Hugh Thompson w książce „Tequila Oil czyli jak się zgubić w Meksyku” pisze: „Ludzie Pinocheta obcięli mu palce u dłoni, a potem prowokowali, żeby przed rozstrzelaniem grał na gitarze pozostałym więźniom na stadionie piłkarskim”. Wikipedia też jeszcze dziś podaje: „Jara był torturowany, obcięto mu między innymi palce u dłoni, aby nie mógł grać na gitarze”.

Victor Jara urodził się w w 1932 r. na wsi w okolicach Santiago, w bardzo biednej rodzinie, w której Ojciec, Manuel Jara, jak to w biednych rodzinach na całym świecie bywa, był bardzo religijny i pił na umór. Pił i bił, zarówno małego Victora, jak też jego rodzeństwo i i żonę Amandę. Był analfabetą i bardzo sobie swój analfabetyzm cenił, toteż nie pozwolił posłać dzieci do szkoły. Zamiast do szkoły, siedmioletni Victor zaczął chodzić do pracy ze swoim starym.
Smutne dzieciństwo uwiecznił w piosence „La luna es siempre muy linda”. „Pamiętam twarz ojca niczym wyrwę w murze, ubłocone prześcieradła, polepę, matkę pracującą dniem i nocą, płacz i krzyki, wiecznie zapalone świece – trzeba w czymś szukać oparcia. Skąd brać pieniądze na wiarę? Nie pamiętam, żeby z nieba spadła manna, żeby matka zaznała choć chwili spokoju, żeby ojciec przestał pić. Biedacy tak bardzo boją się świata, że tłumią w sobie smutki, ukrywając swą nędzę pod świętymi obrazami. Dlatego chcę krzyczeć: nie wierzę w nic poza ciepłem twojej dłoni w mojej; dlatego chcę krzyczeć: nie wierzę w nic prócz miłości”.
O Matce Victor Jara zawsze opowiadał jak o wcielonym aniele. To po niej odziedziczył talent muzyczny, bo choć pracowała głównie jako praczka, to dorabiała sobie śpiewając z gitarą na weselach, pogrzebach i wiejskich zabawach. Miała silny charakter i potrafiła zachować się jak prawdziwy desperado: pewnego ranka, wykorzystując słabość małżonka, który był jeszcze wczorajszy, spakowała cały skromny dobytek, liczną dzieciarnię i uciekła z nimi szukać szczęścia w Santiago. Zamieszkali w slumsach, a ona harowała jako kucharka w restauracji, byle tylko dać swoim dzieciom możliwość ukończenia jakiejkolwiek szkoły. Zmarła na atak serca, kiedy Victor miał 15 lat. Jego rodzeństwo zeszło na złą drogę i chyba tylko on wziął sobie do serca przestrogi i nauki matki. Pilnie się uczył, śpiewał w kościelnym chórze, a nawet, o Matko Boska, wstąpił do seminarium, z którego wycofał się po dwóch latach.
W przyszłości miał poświęcić matce jedną ze swoich najpiękniejszych piosenek, „Te recuerdo Amanda” – „Pamiętam cię, Amando”. Właściwie była to piosenka i dla jego matki, i dla córeczki, której nadał to samo imię. Napisał ten utwór, kiedy dowiedział się, że mała Amanda choruje na cukrzycę, ale wracał w nim pamięcią do dzieciństwa spędzonego w ponurym latyfundium pod Santiago. To zarazem jedyna piosenka, w której jasną postacią uczynił także swojego ojca. Opowiada o pięciu minutach, jakie ma na spotkanie z ukochanym Manuelem Amanda idąca w deszczu do fabryki i niosąca mu skromny posiłek. Po pięciu minutach syrena fabryczna wzywa robotników z powrotem do pracy, ale przez te pięć minut Amanda i Manuel są najszczęśliwszymi ludźmi pod słońcem.
„Pamiętam Cię Amando jak szeroko uśmiechnięta biegniesz w deszczu do fabryki gdzie pracuje Manuel. Deszcz we włosach nie ma żadnego znaczenia, bo masz spotkać się z nim, z nim, z nim, z nim, z nim… Wieczność trwa pięć minut”.
Ponieważ Matka Victora Jary wpoiła mu przekonanie, że trzeba się uczyć, kiedy przeczytał w gazecie ogłoszenie o naborze do chóru śpiewaczego, zapisał się do niego. Ponieważ chór był uniwersytecki, zbliżył się jednocześnie do środowiska chilijskich studentów i intelektualistów. Ponieważ zbliżył się do środowiska intelektualistów, wstąpił do folklorystycznego zespołu Cuncumén i poznał tancerkę Joan Turner, Angielkę wykładającą też choreografię na Akademii Teatralnej. Ponieważ Joan zaprosiła go do teatru, po spektaklu Victor poszedł za kulisy i zapisał się do grupy mimów. A ponieważ jednocześnie odkrył w sobie talent aktorski i zakochał się w wykładowczyni z Akademii Teatralnej, sam zdał egzamin na wydział reżyserii Instytutu Teatralnego, który ukończył z wyróżnieniem.
W 1961 r. gościł z zespołem Cuncumén w Polsce, w ramach trasy po Europie (poza Polską grupa występowała w Holandii, Francji, Bułgarii, Rumunii, CSRS i ZSRR). Ciekawe wspomnienie znalazłem na blogu Ewy Marii Śląskiej z d. Boguckiej. Jako dziewczynka Śląska mieszkała w rodzinie Dariusza i Ireny Boguckich przy ul. Grunwaldzkiej w Gdańsku-Wrzeszczu. Dariusz Bogucki był kapitanem żeglugi, wspólnie z żoną mieli zwyczaj zapraszania do domu przybyszów z dalekiego świata. W związku z tym zwyczajem powstało nawet coś w rodzaju księgi pamiątkowej. I Ewa Maria Śląska pisze o niej:
Najbardziej przejmujący jest wpis o tzw. „Chilijcach” czyli zespole Cuncumen, którym kierowała Margot Loyola. Byli w Gdańsku w czerwcu 1961 roku, występowali w legendarnej Hali Stoczni Gdańskiej. Rodzice i cała ich banda, zapaleni miłośnicy muzyki hiszpańskiej i latynoskiej, kupili bilety w pierwszych rzędach. Zgromadzili niezły tłum i w przypływie do dziś niezrozumiałej dla mnie fantazji, bo z reguły nie dane nam było uczestniczyć w ich życiu towarzysko-kulturalnym, zabrali mnie na występ. Byłam chyba za mała, żeby to docenić, raczej trochę się ich wstydziłam, po podczas występów szaleli na sali, wykrzykiwali jakieś olé, klaskali, tupali. Reszta widzów siedziała jak przykuta do krzeseł, takie były czasy, 61 rok!, a moi rodzice i ich przyjaciele zrobili z tego występu jakąś fiestę latynoamerykańską. Po czym… no naprawdę niezwykłe! poszli za kulisy, zaprosili zespół do domu i cały wielki tłum pojechał tramwajem do Wrzeszcza.
Nie wiem, co rodzice dali tym ludziom do jedzenia, nie wiem, co do picia, ale pamiętam tę gromadę ludzi siedzących na podłodze w pracowni Mamy, muzykę, na żywo i z magnetofonu, Mamę, która szkicowała.
Wszyscy się zapisali na kartce, Victor Jara, muzyk i reżyser występu, napisał, że pracuje w Instytucie Teatralnym i dodał numer piętra… I podpis obok.

„Cucumen” musiał też zahaczyć o Warszawę, bo po latach Jara wspominał: „Coraz bardziej porusza mnie to, co widzę wokół. Bieda mojego własnego kraju, Ameryki Łacińskiej i innych krajów świata. Widziałem na własne oczy budzące grozę ślady po masakrze Żydów w Warszawie, panikę wywołaną bombą atomową, wreszcie tyle innych katastrof, że męczy samo ich wyliczanie. Ale widziałem także, co może uczynić miłość, co może uczynić prawdziwa wolność, co może sprawić potęga szczęśliwego człowieka”.
Stopniowo Jara coraz bardziej skupiał się na śpiewie, choć nie porzucał też teatru. W Ameryce Południowej zaczynał święcić triumfy polityczno-artystyczny ruch Nowej Pieśni, „La Nueva Cancion”, łączący w sobie muzykę ludową z radykalnym przesłaniem społecznym. Twórcy z kręgów tego ruchu odwoływali się do tradycji indiańskich i jednocześnie przeciwstawiali się inwazji amerykańskiej kultury masowej. Były lata 60-te i Jara śpiewał o wojnie w Wietnamie, o Ho Chi Minie, o Che Guevarze, ale także o zbrodniach ówczesnego rządu chilijskiego. Jego prawdziwa sława zaczęła się od wykonania w 1966 r. ludowej piosenki „La Beata”. Tytułowa błogosławiona to dewotka, która za życia zadziwiająco często biegała do spowiedzi a obecnie umarła i już z trumny narzeka na długie świece, którymi ją obstawiono. Zamiast nich domaga się krótszej, za to dobrze jej znanej świecy jej spowiednika. Piosenka wywołała skandal i choć po kilku latach ukazała się na płycie, została objęta faktyczną cenzurą.
W 1968 r. Jara gościł na festiwalu teatralnym w Londynie, już jako dyrektor Instytutu Teatralnego Uniwersytetu Chile. Zachwycił go teatr szekspirowski, nie zachwyciła go Anglia. To tam napisał „Te recuerdo Amanda”. Z ojczystego kraju swojej żony pisał do niej:
Kochanie, czasami myślę, że życie w kraju, w którym za sprawą wiadomości tyleż „pouczających” co „bezstronnych” masz świat w zasięgu ręki, jest o wiele bardziej szkodliwe niż życie w kraju takim jak nasz, gdzie wiadomościami zarządza inne państwo, które nami rządzi, ale przynajmniej nie odczuwasz tak dotkliwie bezsensu własnego istnienia. Inaczej nie potrafię wyjaśnić sobie tej całej odurzonej narkotykami młodzieży, która ucieka od samej siebie w dowolnym kierunku, byle znaleźć coś prawdziwego, albo popełnia samobójstwo, żeby odnaleźć śmierć jako jedyną prawdę o życiu…
Nie masz czasu ani na wybór, ani na zastanowienie się nad nim. Jeśli nie wybierzesz natychmiast, zostaniesz w tyle, aż znikniesz. Wydaje się, że nikt tu nie chce być sobą, jeśli ma przy tym być sam. Wolą być tłumem samotnych ludzi.
Kochanie, Chile, oprócz tego, że znajduje się w rękach Amerykanów i ma inne wady, jest miejscem, gdzie ziemia jest ziemią, a chleb chlebem; miejscem, w którym można spotkać innych ludzi w prawdziwym życiu: czystym, naturalnym. Oby nigdy go tutaj nie „ucywilizowali”. Wolę je takim, jakie jest: nieokrzesane, swobodne i wolne.
Po powrocie do kraju Jara rzucił się w wir rewolucyjnych wydarzeń przetaczających się przez chilijskie uniwersytety. Studenckie żądania reformy uniwersyteckiej, przede wszystkim stworzenia bardziej demokratycznych ich struktur, przerodziły się w żądania ogólnospołeczne. Coraz potężniejsze manifestacje uliczne rozpędzała coraz bardziej brutalna policja. Do tłumienia rozruchów powszechnie wykorzystywano gaz łzawiący i guanacos, czyli „gównowozy” – armatki wodne zamiast wody wyrzucające cuchnącą ciecz. Jara uwiecznił je w piosence „Movil Oil Special”, której tytuł jest kalamburem łączącym nazwę „mobilnego” odpowiednika naszego ZOMO z nazwą amerykańskiej korporacji, bardzo w Chile wpływowej. W ten sposób Jara sugerował, kto finansuje policję próbującą spacyfikować protestujących studentów. „Nadjeżdżają gównowozy i gliniarze biegną srodzy, rozpylają gaz łzawiący, po czym gaz przeczyszczający, potem rozweselający, w sumie strasznie są męczący, gdy pałami leją nas”.
„Movil Oil Special” pojawiło się na płycie z 1969 „Pongo en tus manos abiertas”. Jara objawił się na niej jako artysta niezwykle zaangażowany, walczący, zgodnie z własną deklaracją z jednego z wywiadów: „Artysta, jeśli jest prawdziwym twórcą, jest równie niebezpieczny jak guerrillero, ponieważ jego siła przekazu jest wielka”.
Piosenką „Quién mató a Carmencita” opowiedział prawdziwą historię szesnastolatki, która popełniła samobójstwo po zażyciu narkotyków. W „Preguntas por Puerto Montt” zwracał się do ministra spraw wewnętrznych, chrześcijańskiego demokraty Edmundo Péreza Zujovica jako sprawcy masakry w Puerto Montt. Wieśniacy z miejscowości Pampa Irigoin odległej o trzy km od tego miasta, nie mając własnej ziemi, zajęli pod uprawę nieużytki należące do miejscowego bogacza. Zujovic wysłał przeciw nim karabinierów, którzy zastrzelili 7 osób, ranili 70 i spowodowali śmierć niemowlęcia użyciem gazu łzawiącego.
Na „Pongo en tus manos abiertas” Jara zaprezentował też własną wersję nawołującej do przejmowania ziemi piosenki Argentyńczyka Daniela Vigliettiego „A desalambrar!”, która i mnie od dawna inspiruje. Spolszczoną przeze mnie jako “Ciąć ogrodzenia!” wersję zagrały zespoły R.U.T.A. i Paprika Korps.
Od czasów studenckich Jara był zdeklarowanym komunistą. Popierał centrolewicową koalicję Unidad Popular (Jedność Ludowa) socjalisty Salvadora Allendego, który w 1970 r. wygrał wybory prezydenckie. Nie było to zwycięstwo druzgocące. Allende zdobył prezydenturę niewielką większością głosów, zdobywając ich 36 procent, niecały procent więcej od konserwatysty Jorge Rodrigueza.
Jak pisze Mateusz Zimmerman: „Allende sympatyzował z rewolucją kubańską (wygłosił np. przemówienie na cześć Che Guevary po jego śmierci). Niewątpliwie też on osobiście i odłamy chilijskiej lewicy utrzymywały kontakty ze Związkiem Radzieckim, korzystając ze skrytego radzieckiego wsparcia finansowego. Nie oznaczało to jednak jeszcze, że szykował rewolucję na modłę Fidela Castro, rządy bolszewickie czy »czerwoną« indoktrynację dzieci, jak zarzucali mu przeciwnicy. Wierzył w demokrację i zmianę poprzez instytucje. Kraj, jego zdaniem, potrzebował »rewolucji w kolorze nie krwi, lecz wina«. Pierwszy rok tych rządów zdawał się spełnieniem obietnicy: spadła inflacja i bezrobocie, zwiększono nakłady na szkolnictwo i zdrowie. Ruszyły wywłaszczenia wielkich latyfundiów, nacjonalizowano też wielkie przedsiębiorstwa – w pierwszej kolejności strategiczne zasoby i kopalnie miedzi”.
Należące do amerykańskich korporacji kopalnie miedzi przeszły w ręce Chilijczyków, rozparcelowane majątki ziemskie przypadły ubogim chłopom, Allende umożliwił też Indianom dostęp do systemu edukacji. Bardzo już popularny ruch Nowej Pieśni miał swój udział w jego zwycięstwie. Wszyscy artyści zaangażowali się w wysiłek wspierania Unidad Popular w kampanii wyborczej. Sam Allende wypowiedział słowa, które stały się mottem La Nueva Cancion: „Nie da się dokonać rewolucji bez pieśni”.
Magdalena Turowska, której Victor Jara z Broniewskim się kojarzy, pisze: „Zważywszy na otwarte zaangażowanie się Jary w kampanię wyborczą komunistów podczas wyborów w 1970 roku, polskiemu słuchaczowi trudno uniknąć skojarzeń z najgorszymi przykładami propagandy radzieckiej”. Nie wiem, dlaczego słuchaczowi polskiemu komunizm chilijski miałby się kojarzyć z propagandą radziecką, a nie polską, ale myśl autorki najgwałtowniej domaga się uściślenia w innym zakresie. Otóż analogie takie mogą postać wyłącznie w głowie słuchacza polskiego niezainteresowanego pogłębianiem własnych refleksji nad światem, niepotrafiącego wyjrzeć poza horyzont myślowy zamknięty pozornym dualizmem politycznych wyborów między lewicą a prawicą. Mając do wyboru albo zły komunizm, albo zły kapitalizm, artyści wszystkich krajów od dziesięcioleci łączą się w wybieraniu mniejszego zła, które po swoim triumfie staje się złem większym; casus Che Guevary i jego wizerunku jest jednym z najlepiej uwidaczniających tę regułę. I pora by była wyciągnąć z tego wreszcie jakieś wnioski.
W 1971 roku Jara skowerował przebój Malviny Reynolds „Little Boxes”. Podczas gdy jej „małe pudełka” były tanimi domami „lekarzy, prawników i przedsiębiorców” pokrywającymi zbocza gór w Kalifornii, „las casitas” Jary stanowiły nowobogackie domy „dentystów, rentierów, latyfundystów, handlarzy narkotykami, prawników i właścicieli slumsów” w bogatej dzielnicy Santiago, Barrio Alto. Resipol to sztuczne tworzywo stosowane w budownictwie. „Małe domki w Barrio Alto z ogrodzeniem i ogrodem, z ładnym wjazdem do garażu czekającym na Peugeota. Różowiutkie, zieloniutkie, błękitniutkie i bielutkie, wszystkie te malutkie domki są zrobione z resipolu. Ich mieszkańcy uśmiechają się do siebie, odwiedzają wszyscy ten sam supermarket, telewizor każdy ma. Są rentierzy i dentyści, kupcy i latyfundyści i handlarze narkotyków, każdy w swoim non-iron. Grają w brydża, popijają jak nie whisky, to martini, a ich jasnowłose dzieci wszystkie chodzą do high szkół. Gdy podrosną, palą fajki, wożą się w austinach mini i mordują generałów, jedno z nich gangsterem jest”.
Po zwycięstwie Allendego dla Victora Jary zaczął się dobry czas. Wykładał na uniwersytecie, dużo koncertował, doczekał się dwójki dzieci – żyć, nie umierać! W 1972 r. został attache kulturalnym rządu Chile i wyreżyserował trzy monumentalne przedstawienia na Stadionie Narodowym z udziałem setek aktorów. Pierwsze z okazji pięćdziesięciolecia Komunistycznej Partii Chile, drugie z okazji Kongresu Młodzieży Komunistycznej Chile, trzecie z okazji Nobla dla Nerudy. Krótko mówiąc, stał się przydupasem i beneficjentem nowej władzy.
Ale wkrótce pozycja Allendego osłabła, w 1973 r. do głosu doszli jego przeciwnicy. Nasiliły swoją działalność prawicowe bojówki, przez kraj przetoczyła się fala strajków, amerykańskie sankcje gospodarcze pogrążyły Chile w chaosie. Victor Jara jednocześnie był pupilkiem władzy i artystą prześladowanym. Coraz częściej spotykał się z groźbami, anonimowymi telefonami, niektóre koncert kończyły się napaściami bojówkarzy. Prasa pozostająca we władzy oligarchów rozpowszechniała plotki o jego rzekomym homoseksualiźmie. Ale wszystko to było niczym w porównaniu z tym, co miało nadejść niebawem. Występując w lipcu 1973 r. w telewizji peruwiańskiej Victor Jara nie wiedział, że zostały mu już tylko dwa miesiące życia.
9 sierpnia ministrem obrony został mianowany człowiek Allendego, gen. Prats, co wzburzyło wojskowych, którzy wymusili na Allendem cofnięcie nominacji i zastąpienie Pratsa przez Augusto Pinocheta. Od tej chwili rząd praktycznie stracił kontrolę nad siłami zbrojnymi. Policję Allende zastąpił źle wyszkolonymi amatorami rekrutującymi się spośród zasłużonych działaczy partyjnych. Kiedy w nocy z 10 na 11 września Pinochet przeprowadził swój zamach stanu, Allende był niemal bezbronny. O 7.20 przeniósł się do pałacu La Moneda skąd chciał dowodzić obroną, ale nie miał już kim dowodzić: ochraniający budynek oddział karabinierów zszedł z posterunku, po chwili jego śladem udały się ustawione w okolicach pałacu tankietki. Ostatecznie całą obronę stanowiło czterdziestu osobistych ochroniarzy prezydenta. Po pewnym czasie dołączyli do nich zwolennicy rządu, którzy zajęli pozycje na dachach i w oknach pobliskich budynków. Byli jednak bezradni, kiedy pałac został zbombardowany przez lotnictwo, a następnie zajęty przez piechotę. Kierowcy Allendego, Carlosowi Tello udało się uratować żonę prezydenta, którą przeprowadził przez klasztorne podwórko na teren ambasady meksykańskiej. Allende wygłosił przez radio swoje słynne dramatyczne przemówienie i ok. 14.15 popełnił samobójstwo.
W ciągu pierwszych 18 dni po obaleniu prezydenta Allendego zamordowano ok. 15 000 cywili. Jeszcze tego samego dnia żołnierze zaatakowali Politechnikę Santiago i aresztowali 600 studentów i profesorów, z których co piąty został zabity. W portowym mieście Tejas Verdes utworzono siedzibę nowej służby bezpieczeństwa państwa DINA, której agenci szkolili się wcześniej u Amerykanów z wyrafinowanych techniki tortur. Później siedzibę taką stanowił kompleks budynków Villa Grimaldi w Santiago, przekazany juncie Pinocheta przez bogatą rodzinę jako łapówka za uwolnienie córki.

„Le Monde” pisał w 1973 r.: „Bicie, zanurzanie w beczkach z ekskrementami, wyrywanie paznokci i palenie włosów. Tym, którzy brali udział w akcjach oporu, ucinano palce, ramiona, dłonie, uszy, genitalia, wyłupywano oczy”. Dziennikarze nie wiedzieli wtedy jeszcze, że najczęstszą metodą tortur było rażenie prądem najwrażliwszych części ciała. Nie wiedzieli, że liczne ofiary tortur, nierzadko jeszcze żywe, zrzucano do oceanu z helikopterów. Jedna z ofiar Villa Grimaldi opowiadała Arturowi Domosławskiemu w książce „Gorączka latynoamerykańska”: „Gwałcili, podłączali prąd. Miałam zawiązane oczy, ale i tak wszystko widziałam. Trwało to siedem miesięcy. Któregoś dnia powiedzieli: »Nie zabijemy cię, ale naznaczymy na resztę życia«. Przyciągnęli ciężki wózek napędzany silnikiem i rozjeżdżali nim moje nogi”.
W ręce takich ludzi wpadł Victor Jara. Był wśród 600 studentów i pracowników Politechniki aresztowanych 12 września. Sześciu z nich zamordowano na jego oczach. Pozostałych przewieziono ciężarówkami na pobliski Stadion Narodowy Chile zamieniony w obóz koncentracyjny. Według późniejszych relacji świadków, udało mu się po drodze pozbyć dokumentów i minęło kilka godzin, zanim został rozpoznany przez jednego z wojskowych: „Ty jesteś ten pieprzony śpiewak, prawda?” Odizolowano go od innych, zabrano na przesłuchanie i bito. Jeden z żołnierzy udawał grę na gitarze i przesuwał palcami po szyi, sugerując zarazem egzekucję. To on miał potem szczególnie się pastwić nad Victorem. Pobity artysta wrócił na stadion między towarzyszy niedoli, którzy obmyli mu twarz, podzielili się z nim słoiczkiem marmolady i herbatnikami. Poprosił o papier i długopis i zaczął coś pisać.
Jest nas pięć tysięcy
na tym skrawku miasta.
Jest nas pięć tysięcy.
Ilu nas będzie
w miastach całego kraju?
Jest nas tu
dziesięć tysięcy rąk,
które obsiewają pola
i wprawiają w ruch fabryki.
Ileż człowieczeństwa
wystawiono na głód,
zimno,
strach,
ból,
poniżenie
i szaleństwo!
Sześciu z nas zginęło
w przestrzeni pełnej gwiazd.
Jeden zastrzelony, jeden pobity tak,
że nie rozpoznawaliśmy jego twarzy.
Pozostali czterej sami próbowali
pozbyć się wszelkiego strachu:
jeden skacząc w przepaść,
drugi rozbijając głowę o mur,
wszyscy z oczami wbitymi w śmierć.
Dla tamtych nasza krew jest jak medale,
masakra stanowi dowód bohaterstwa.
O Boże, czy to jest świat, który stworzyłeś?
Czy po to było tych zdumiewających siedem dni pracy?
Jak ciężko jest śpiewać
o grozie, którą przeżywam,
o grozie, w której umieram.
Widzieć siebie pośród tylu
chwil nieskończoności,
w których milczenie i krzyk
są końcem mojej pieśni.
Nigdy wcześniej nie widziano
tego, co widzę teraz. To, co teraz czuję,
sprawi, że narodzi się chwila…
W tym miejscu urywa się tekst, którego autograf nie został zachowany, przetrwał tylko w pamięci i fragmentarycznych odpisach współwięźniów.
Po południu Victora Jarę ponownie zabrano i zawleczono do szatni pod stadionem, przeznaczonej dla „szczególnie ważnych” więźniów. Relacja anonimowego świadka zamieszczona w książce Sergio Villegasa „Stadion” mówi: „Nadchodzi szef sekcji więźniów i mówi: »Rozpierdolmy skurwysynowi łapy«. Zadaje mu ciosy pałką. »Śpiewaj teraz, ty skurwielu. Wstawaj, pedale jeden« – rozkazuje. Wyginają mu dłonie w nadgarstkach specjalnym prętem i zaczynają bić go po dłoniach i palcach, aż zamieniają się w krwawą masę. Wszystko dzieje się w takim przejściu… Victor leży tam potem na podłodze… Pokazują go jak trofeum wojenne. Podchodzą trzej oficerowie lotnictwa. Ustawiają się przed nim, kolejno go obrażają i biją. »Chcesz papierosa, skurwielu?« – pytają szyderczo. Victor nie odpowiada. Wciskają zapalonego papierosa w jedną z jego zmasakrowanych dłoni”.
Wieczorem Jara został zaciągnięty z powrotem na płytę stadionu, potwornie zmaltretowany, ale wciąż jeszcze żywy. Zginął prawdopodobnie 16 września przed świtem. Z wieloma połamanymi kośćmi, z uszkodzonym kręgosłupem, według jednej z relacji został zastrzelony podczas gry w rosyjską ruletkę w podziemnej szatni, po czym strażnikom powiedziano, by mogli wpakować w niego tyle kul, ile chcą.
Kiedy Joan Jara rozpoznała zwłoki męża na przycmentarnym wysypisku, miał w ciele – co wykazały dopiero późniejsze badania – 44 kule i w 56 miejscach pogruchotane kości. Udało jej się wykupić ciało, zanim zostało pochowane w zbiorowej mogile, i w pośpiechu, bo zbliżała się godzina policyjna, pogrzebać męża w tymczasowej niszy grobowej, która przetrwała do 2009 r.

Dzięki uporczywym staraniom Joan Jary 50 lat po śmierci Victora Jary niektórzy jego oprawcy stanęli przed sądem. W 2023 r. sąd najwyższy skazał emerytowanych wojskowych Raula Jofre Gonzaleza, Edwina Dimter Bianchiego, Nelsona Haase Mazzei, Ernesto Bethke Wulfa, Juana Jara Quintana i Hernana Chacon Soto na 15 lat za mord i tortury na Victorze Jarze. Trzej inni odpowiedzialni za zabójstwo wojskowi zmarli wcześniej, a jeden uniknął procesu dzięki demencji. Wszystkim im, tym z demencją i bez, przypomnijmy piosenkę o gównowozach.



