Łukasz Konieczny
Wysłodki na początek
W Gostyniu w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku funkcjonowały i do dzisiaj nieźle funkcjonują, trzy główne jak to się wtedy mówiło zakłady pracy: huta szkła, cukrownia i kondensownia. Ojciec lub matka co drugiego mojego kolegi pracowali w którymś z tych przedsiębiorstw. W hucie szkła robiono słoiki i butelki, więc dla kogoś kto miał kilka lat, nie było w niej nic interesującego. Może oprócz ogromnych dziur w asfalcie, jakie na drodze do huty prowadzącej, robiły przyjeżdżające z surowcami i odjeżdżające ze szkłem ciężarówki.
Co innego kondensownia. To tam produkowano skondensowane mleczko w tubkach. To mleczko było i jest do dziś najlepszym skondensowanym mleczkiem na świecie. Oczywiście w kondensowani wytwarzano też mleko, kefiry, śmietanę i masło. Jednak kogo to interesowało? Na pewno nie dzieciaki, które chodziły do podstawówki. I na pewno nie w czasach, gdy w sklepach często nie można było kupić słodyczy. Szalał przecież kryzys, a w telewizji non stop puszczali Gang Marcela, Lady Pank czy zespół Kombi. Niestety skondensowane mleczko również było towarem deficytowym, ponieważ eksportowano je na Zachód, a wtedy wszystko co kupował z Polski Zachód, było bezcenne, bo przynosiło krajowi dewizy. Gdy tylko rodzice przynieśli do domu tubkę lub dwie mleczka, wówczas świat stawał się słodszy i bardziej kolorowy. Z tubki wyciskało się płynną zawartość do samego końca. Zaginało się stopniowo metal, tak by nie zmarnować ani grama kleistej, białej, rozkosznej substancji. Czasem kroiło się tubkę nożyczkami i resztki mleczka wylizywało się z zagięć. Kondensowania była położona na uboczu, za miastem. Pierwszy raz zobaczyłem ten zakład po zjedzeniu sporej ilości tubek.

Cukrownia z kolei mieściła się prawie w centrum Gostynia. Przy drodze, którą każdy przejeżdżający przez miasto musiał się kierować. Cukrowania wszystkim gostyniakom i niegostyniakom kojarzyła się i kojarzy nadal z zapachem kampanii buraczanej. Przez trzy jesienne miesiące miejskie powietrze pachnie wysłodkami z buraków cukrowych. Pachnie nad ranem, w dzień i w nocy. Pachną wysłodkami stroje wystrojonych pań i eleganckich panów, ale także mundury policjantów i policjantek czających się z radarem na przykład przy ulicy Poznańskiej. Zapach wysłodków jest, był i będzie zawsze symbolem Gostynia. Zapach wysłodków i smak mleczka skondensowanego przypomniały mi się niedawno, gdy robiłem porządki w piwnicy. Znalazłem wówczas kilka pustych słoików. Być może wyprodukowanych w gostyńskiej hucie szkła. Nastąpił ciąg skojarzeń. Słoik – huta szkła – Gostyń . Dzieciństwo – wysłodki – skondensowane mleczko. I natychmiast pobiegłem do spożywczaka.
Jacek Podsiadło
Na koniec wysłodki
Fragment przygotowywanej do druku (od 20 lat) książki “Poniedziałek w Ostrowcu Kieleckim”. Narracja prowadzona jest z perspektywy 1930 roku.
Staroświecki świątek to musi być figura św. Zofii, stercząca przy Szewieńskiej na rogu bocznej uliczki o znaczącej nazwie Zofiówka (mówi się Zofijówka). Postać na pomniku z pomponika u czapki (na pomponik mówi się: kucot) podobna jest do biskupa, ale na tym ze „strojem biskupim” koniec. Z twarzy Zofia podobna jest zupełnie do nikogo. Odziana jest w kobiecą suknię, ale nie ma piersi. Na ramieniu jej siedzi w takiej pozycji, w jakiej pan Nilsson przesiadywał na ramieniu Pippi, siwiuteńki karzełek w takiej samej jak święta kobieta-niekobieta czapce. (…) Ksiądz w Szewnie głosił będzie z ambony pogląd, że w postaci Zofii mamy do czynienia z Matką Boską Różańcową. Pewnie dlatego, że tajemnicza, może nawet fałszywa św. Zofia dzierży w prawej dłoni różaniec, którego trzyma się wczepione w nią dziecko. Drugie – albo trzecie, jeśli karzeł też jest dzieckiem, tylko nieudanym – stoi u stóp głównej postaci na baczność, jak na akademii szkolnej, i przyciska do piersi krzyż. Jego mina mówi, że nie odda krzyża nikomu.
Wiele wskazuje na to, że mamy do czynienia z osobą transseksualną, która zwiała z kościoła z trójką dzieci. Może nawet jest to intertekstualny papież uchodzący z Rzymu z potomstwem, przy czym jedno papieżątko na odchodne zarąbało ze świątyni krzyż. Ponieważ czas starł z postumentu wszystko z wyjątkiem daty 1793, nie możemy wykluczać żadnej możliwości.
Wspomnianym przez Wielopolskiego reprezentacyjnym pałacykiem Byczewskiego czas też się zajmie. W 2024 r. będzie to malownicza rudera z sypiącymi się schodami, oknami zabitymi deskami i odpadającym płatami tynkiem. Pokryją ją inskrypcje takie jak „Stara szkoła”, „Tylko KSZO”, „Fuck the police”, „Witaj w krainie gdzie obcy ginie” i „Jebać Fałszywe Kurwy”, ta ostatnia złożona w taki kształt, że wygląda na hołd złożony pamięci prezydenta Kennedy’ego.
Naprzeciw pałacyku Byczewskiego, po drugiej stronie drogi, kończą się wspomniane przez Wielopolskiego budynki urzędnicze i mieszkalne cukrowni – w ostatnim z nich za moich czasów będzie spożywczak – a zaczyna równinka, która kiedyś była dwoma kolejnymi stawami stanowiącymi rezerwuwar wody dla cukrowni. Doprowadzano ją tu z rzeczki Szewnianki kanałem, który do moich czasów wyschnie i będzie spełniał wszystkie warunki, aby pełnić rolę niezbędnego w dzieciństwie każdego chłopca, a przynajmniej moim, kanionu Colorado. Na równince za moich czasów będzie dzikie boisko, a stromy zjazd na nie od strony ulicy Osadowej będzie stanowił najlepszą w okolicy górkę saneczkową. W 1976 r. stanie tu też obelisk upamiętniający 150-lecie pierwszej w Krolestwie Polskim cukrowni. O tyle fałszywe, że przez pierwsze 20 lat cukrownia miała postać kierata samotnie stojącego w polu i raz na rok używanego lub nie do wyciśnięcia paru litrów słodkiego buraczanego soku. „Do napędzania maszyn używano kieratu konnego, który się jednak nie sprawdził z powodu braku mocy. Następnie sprowadzono urządzenia wykorzystujące parę wodną, które po przybyciu na teren zakładu, z nieznanych powodów nie zostały złożone, a tylko zmagazynowane”.


Spostrzeżenie Wielopolskiego, że życie towarzyskie dyr. Józef Byczewski najchętniej prowadził w lesie, potwierdzi kiedyś spędzający w częstocickim pałacyku wakacje siostrzeniec jego żony, Krzysztof Prawdzic, przyszły klimatolog i zawołany brydżysta, dziś piętnastolatek. Napisze we wspomnieniach: „Brałem tak chętnie udział w organizowanych przez niego wycieczkach do lasu. W żółtym dyrektorskim powoziku zasiadali z tyłu wujostwo, ja zaś, siedząc na mym ulubionym miejscu na koźle koło wąsatego stangreta, Fulgentego, rozkoszowałem się wartkim kłusem dorodnych gniadoszy… Obok kłusował na ognistym dzianecie syn dyrektora, Stach Byczewski, mój o 6 lat starszy ode mnie brat cioteczny”. Oprócz dyrektorskiego powoziku Byczewski dysponuje też samochodem o numerze KL-71123, jest nawet „delegatem” propagującego turystykę samochodową Touring Klubu. Po utworzeniu ONR-u zostanie też jego „oboźnym” na powiat opatowski.
Być może ma to jakiś związek z widocznym wpływem substancji zawartych w buraku polskim na stopień patriotyzmu osób w jakikolwiek związanych z przetwórstwem tegoż buraka. Kustosza Izby Pamięci Cukrownictwa w Częstocicach Waldemara Broćka popchnie to nawet do stwierdzenia, iż „Osoby związane z polskim przemysłem cukrowym zawsze wspierały działania niepodległościowe”. Odważy się na to w 2021 r. przy okazji otwierania wystawy „Cukrownicy – bohaterowie naszej niepodległości”, na której będzie można „poznać setki cukrowników zaangażowanych w działalność patriotyczną, którzy oddali życie za Ojczyznę”. Prawdę powiedziawszy, to o tym kieracie bezczynnie stojącym w polu przez 50 lat napisałem tylko na złość kustoszowi Broćkowi.
Ma on nie byle jakich poprzedników w dziele utożsamiania buractwa z najbardziej wartościową substancją narodową. Rok temu Władysław Demby w referacie wygłoszonym dla przebywających na kursach w Katowicach Kierowników Wojewódzkich Oddziałów Aprowizacyjnych, nawiązując do okresu zaborów, prawie nie czynił rozróżnienia między burakiem a Polakiem. „Rozwijało się cukrownictwo polskie rozmaicie w trzech swoich dzielnicach, w zależności od polityki gospodarczej państw zaborczych; w każdym razie jednak stwierdzić można, że ma ono chlubnie zapisana kartę w historii gospodarczej Polski. (…) Do cukrownictwa bowiem, wobec zamknięcia dla Polaków służby państwowej, garnęły się całe rzesze wybitnych sił fachowych; rzesze te promieniowały nawet na wschód, opanowując do pewnego stopnia cukrownictwo na Ukrainie i w Rosji. (…) Cukrownie bywały również ośrodkami kultury i oświaty polskiej”.
Żeby zrozumieć zagadkowy wpływ buraka cukrowego na patriotyczną postawę jego producentów i konsumentów, musimy prześledzić nie tylko drogę, jaką burak przebywa z gleby ojczystej do cukiernic na tradycyjnym polskim stole, ale też ślepe uliczki, do jakich się często zapędza.
Jeszcze gdy buraki przebywają w ziemi, trzeba je ogłowić, żeby lepiej rosły. Ogłowić, czyli pozbawić liści za pomocą urządzenia, które za mojego dzieciństwa będzie się nazywać ścinarką. Jest to poziome ostrze zamocowane na końcu kija. W zaawansowanej wersji ostrze umieszczone jest między dwoma kółkami i sterowane przez rolnika zdalnie za pomocą dwu capig. Ścięte liście wrzuca się do silosu, żeby zrobiła się z nich kiszonka, żeby zwierzęta jadły ją i lepiej rosły. Buraki zaś wykopuje się z ziemi i zawozi do cukrowni. Tam się je szprycuje do czysta wodą pod ciśnieniem i wrzuca do dyfuzorów, które wyciskają z nich sok. Z soku tego, po przepompowaniu go z dyfuzorów do kotłów, usuwa się zanieczyszczenia za pomocą wapna, które następnie usuwa się za pomocą dwutlenku węgla. Potem się sok cedzi na błotniarkach i cedzidłach, potem odparowuje w wyparkach, żeby się zrobił gęsty, a potem wlewa się go do wirówek, w których się krystalizuje, czyli zamienia się w cukier. Powstające w tym procesie produkty uboczne to wysłodki, wskutek kłopotów dykcyjnych ludu kieleckiego zwane tu po prostu wytłokami, i melasa. Rolnik, który sprzedawał cukrowni buraki, część zapłaty otrzymywał w wytłokach, gdyż nie samą trawą żyje krowa. Natomiast z melasy nie daje się zrobić nic poza niedobrą słodką wódką. I właśnie w procesie destylacji melasy upatruję źródeł bohaterskiej postawy cukrowników zawsze wspierających działania niepodległościowe. Znawca tematu twierdzi wprawdzie, że „produkcja wódki oparta na miejscowym kartoflu była prawdopodobnie bardziej opłacalna niż na sprowadzanej i kłopotliwej w transporcie melasie”, ale inaczej tego wyjaśnić nie idzie. Nie od dziś wszak wiadomo, że na samym cukrze w działaniach niepodległościowych nie zajdzie się daleko.
Dzieciństwo spędzę w domu oddalonym od bram wjazdowych cukrowni nie więcej niż sto metrów. Życie wewnętrzne cukrowni będzie dla mnie jednak zawsze tajemnicą, choć ruch furmanek i ciągników ciągnących do cukrowni tony buraków w istotny sposób wpłynie na moje losy w okresach kampanii cukrowniczej. Np. duży wyasfaltowany plac przed cukrownią posłuży okolicznej dzieciarni za boisko a jedna z zamkniętych bram znakomicie będzie imitowała bramkę piłkarską. Jesienią jednak boisko będzie się dla nas stawało niedostępne ze względu na ogromny ruch tam panujący. Na teren cukrowni będę się wczołgiwał pod tą właśnie bramą-bramką kiedy piłka wpadnie za otaczający cukrownie mur. W panującym tam spokoju i bezruchu zawsze będzie coś ponurego, co stałoby się pewnie przerażające, gdybym został tam dłużej. Za to podczas kampanii w cukrowni wrzało jak w ulu; jak bardzo ciekawe i zróżnicowane akcje się tam rozgrywały można przeczytać w fachowych książkach.
Na większości stanowisk pracowali robotnicy sezonowi: w buraczarni, przy spławiaku, płuczce, wadze, krajalnicy, ostrzeniu noży dyfuzyjnych, dyfuzji, przenośniku, zaworach, defekacji, saturacji, siarkowaniu, pompach błotnych, błotniarkach, cedzidłach, tężniach, pompach sokowych, warzelniach, mieszadłach, wirówkach, w krystalizatorni, przy rozpuszczaniu żółtych mączek, kotłach parowych, silnikach parowych, wapnie, piecach wapiennych, praniu i reperacji serwet, przy suszeniu i studzeniu cukru, mieleniu mączki, pakowaniu i ważeniu cukru oraz jego magazynowaniu i ekspedycji. Jeśli cukrownia posiadała separację, dochodziło jeszcze kilka innych stanowisk pracy. Również w dziale rafineryjnym zatrudniano ludzi na kilkunastu stanowiskach. Na wielu z wymienionych stanowisk pracowali obok sezonowych robotnicy stali. Niektóre funkcje zarezerwowane były głównie dla zatrudnionych na stałe, np.: gotowacze, kotłowi, nadzorcy nalewalni, nadzorcy dyfuzji i dyfuzorni, nadzorcy filtrów, stróże magazynów, wagowi; w warsztatach byli to ślusarze, tokarze, kowale, kotlarze żelaźni i miedziani, rymarze, stolarze, cieśle, śrubownicy, malarze, monterzy, blacharze, murarze, giserzy, bednarze, stelmachowie. Również w komunikacji fabrycznej zatrudniano przeważnie robotników stałych. Pracowali oni jako konduktorzy, stróże stacyjni, maszyniści, palacze, brekowi, spinacze, dozorcy, dróżnicy. Obsługa osady fabrycznej składała się także w większości z robotników stałych. Byli to: szwajcarzy, woźni, kantorowi, stróże, służący, stangreci, furmani, ogrodnicy, fornale, rataje, gońcy, dróżnicy. Od robotników stałych wymagano znajomości przynajmniej dwóch czynności. Niektórzy z nich wykonywali stale kilka czynności np. gotowanie cukrzycy, murowanie, czyszczenie kominów i „różne” lub pracowali jednocześnie jako dekarze, asfalciarze i przy warnikach.
Z wymienionych przez Jana Godlewskiego aspektów rzeczywistości cukrownianej najbardziej mnie będą interesowały defekacja, reperacja serwet i separacja. Przynajmniej dopóty, dopóki w książce Stanisława Grzybowskiego „Chemiczne oczyszczanie soku dyfuzyjnego i jego kontrola” z bieżącego, 1930 r., nie przeczytam o defeko-saturacji. Proces ten został tam nawet opisany dość dokładnie, ale nic z tego nie zrozumiem. Tyle, że po przeczytaniu rozdziału o dodawaniu błota saturacyjnego z błotniarek do zdefekowanego soku utwierdzę się w przekonaniu o słuszności decyzji o niespożywaniu cukru.
Teraz jednak do obżerania się cukrem namawiają nawet najwyższe czynniki państwowe. Nie dalej jak cztery lata temu Wojciech Wiącek, wójt Machowa pod Tarnobrzegiem, ludowiec, były poseł do austriackiej Rady Państwa i przyszły senator Rzeczypospolitej opublikował zbiór adresowanych do buraka pień miłosnych pt. „Jak zostałem plantatorem buraków cukrowych. Z wycieczki mojej do cukrowni Częstocice w Częstocicach ziemi radomskiej”. Z wynurzeń autora wynika, że buraka zobaczył z bliska w Czechach i zakochał się w nim od pierwszego obliczenia zysków, jakie uprawa jego może przynieść. „Pragnąłem nietylko sam sadzić buraki, ale i drugich do tego zachęcić” – pisze. „Zwróciłem się więc w 1923 roku do P. Józefa Byczewskiego, Dyrektora cukrowni »Częstocice«, najbliższej od Tarnobrzega, z prośbą o pomoc przy zapoczątkowaniu plantacji buraków cukrowych”. Byczewski sprezentował mu bezpłatnie nasiona. Wiącek wrzucił je do ziemi i poszedł spać, bo jak wiadomo, rolnik śpi a jemu rośnie. Kiedy się obudził, nie wierzył własnym oczom. „Ku wielkiej mej radości zobaczyłem wyraźne linje zielone, jakby piękne wstęgi zielone porozciągane na mojem polu”. Zazdrosna o buraki pani Wiąckowa chciała obrywać im liście i karmić nimi krowy, ale Wiącek pilnował swoich buraków, żeby nie stała im się żadna krzywda. „Nie zdołałem jednak całkiem upilnować – żona, mimo moich perswazji, skusiła się na zerwanie kilku płacht liści pożółkłych wtedy, gdy w polu mnie nie było”.
Przyszła jesień i złamała Wiąckowi serce, gdyż buraki trzeba było wykopać. „Przykro patrzeć mi było na to wyrywanie przemocą, rosnąć im jednak dalej pozwolić nie mogłem, bo obawiałem się przymrozków”. Wykopał więc swoje buraki, a były one tak piękne, że „podczas zbioru ludzie się schodzili i podziwiali, że mam z pół morga tyle i tak dużych buraków”. Po odwiezieniu plonów na stację w Chmielowie, skąd do Częstocic zawlokła je już cukrowniana ciuchcia, Wiącek poprosił o szybką zapłatę, „a to z przyczyny, że pieniądze gwałtownie były mi potrzebne na kurację żony w szpitalu w Krakowie”. Po otrzymaniu pieniędzy w ciągu tygodnia, nie bacząc na chorą z zazdrości Wiąckową, podsumował swój pierwszy rok z burakami. Dostał od cukrowni 285 zł i 56 gr. Mało tego: „Nadto dwie krowy moje jadły przez sześć tygodni liście buraczane trzy razy dziennie, wskutek czego mleka dawały tyle więcej, że w ciągu sześciu tygodni otrzymałem o 150 litrów więcej, niż poprzednio na zwykłej paszy bez liści. Mleko to sprzedałem po 17 groszy litr, czyli zysk mój zwiększył się o 25 zł 50 gr”. Mało i tego! „Oprócz tego osiem wozów liści zadołowałem, które dały mi w zimie doskonałą paszę, przy której krowy znowu dużo mleka dały”. To jeszcze nie wszystko!!! „Wskutek dobrego uprawienia ziemi, przez pogłębienie gruntu, przez silne nawożenie, staranne oczyszczenie z chwastów, otrzymujemy znacznie lepsze plony roślin następnych”. Krótko mówiąc, zasianie przez rolnika buraków nakręcało spiralę zysków, z której nie sposób było się wyrwać: buraki rosły jak dynie, liści i wysłodków zostawało po nich tyle, że krowy puchły na nich jak prawdziwe cysterny na mleko, ziemia stawała się żyźniejszą i rodziła coraz więcej coraz większych buraków, dając zarazem coraz więcej pieniędzy, liści i wysłodków. I tak wkoło Wojciechu. Nie przypadkiem jeszcze za mojego dzieciństwa w podostrowieckich wsiach popularne będzie powiedzonko: „O Boże, jakie zboże! Co krok to burok!”.




