Z telewizyjnych „Okien” Wojciecha Eichelbergera nadawanych jeszcze w ubiegłym stuleciu zapamiętałem Katarzynę Figurę kilkukrotnie przywołującą swoją publiczność jako ostateczny argument w dyskusji na różne tematy. „Moja publiczność”, „widzowie moich filmów” – młoda jeszcze wówczas aktorka wypowiadała te słowa w natchniony sposób, który przypominał mi sposób, w jaki neofici mówią o swoich wiarkach. I podobnie jak figura boga dla neofitów, publiczność wydawała się być dla Figury najwyższą instancją, nad którą nie ma już nic. Były to czasy, kiedy Prawdy w rodzaju „Nie ilość się liczy, ale jakość” uchodziły za niepodważalne i nie wymagające udowodnienia. I przez myśl mi nie przeszło, że wizja świata prezentowana przez aktorkę i raczej mnie śmiesząca niż przerażająca może okazać się prorocza. Ale dożyłem czasów, kiedy światem tym znowu rządzi stary bożek, który już wydawał się truchłem: liczba.
Znakomicie pisze o tym i nie tylko o tym lepiej niż ja rozumiejący współczesność Marcin Wilkowski w „Tygodniku Powszechnym” z 9 lutego 2026 r., w artykule „Czy internet ma przyszłość”. Już przekład angielskiego terminu „enshittification” Cory’ego Doctorowa, stanowiącego punkt wyjścia dla rozważań Wilkowskiego, jest znakomity: gównowacenie. Mam nadzieję, że zrobi karierę.
Gównowacenie intemetu to, w myśl Doctorowa, integralna praktyka wielkich aktorów późnego cyfrowego kapitalizmu: „Oto jak umierają platformy: najpierw są dobre dla swoich użytkowników; potem ich wykorzystują, by być dobrymi dla swoich klientów biznesowych; na koniec wykorzystują tych klientów, by odzyskać całą wartość dla siebie. A potem umierają” (przeł. Jan Jęcz).
Nie mogę nie zabrać tu głosu jako naoczny świadek zarówno zgonu, jak i życia wiecznego wielkiego zombie naszej ery, Allegro mam na myśli. W czasach swej rywalizacji ze Świstakiem Allegro było nie tylko miejscem sprzedaży i wymiany towarów (często używanych), ale też platformą umożliwiającą wymianę myśli i w ogóle kontakty międzyludzkie – wiem o co najmniej jednym związku małżeńskim zawartym za pośrednictwem Allegro, sam zyskałem tu sympatyków wśród odkrywców hasła „Licytować, nie żałować, bieda musi pofolgować”, które zwykłem wpisywać białą czcionką na białym tle przy swoich aukcjach, i zaprzyjaźniłem się z kilkoma podobnymi sobie kolekcjonerami białych kruków wśród czarnych płyt. Dzisiaj martwa i nieludzka maszyneria Allegro nastawiona jest na mielenie w proch zarówno detalicznych sprzedawców, jak i nabywców zdradzających jakiekolwiek indywidualne cechy ludzkie, wyrażone np. tzw. negatywnym komentarzem.
W takiej strategii platformy są pośrednikami równoważącymi potrzeby użytkowników i podmiotów chcących na nich zarabiać, ale utrzymywanie tej równowagi okazuje się pozorne. Facebookowi już dawno przestało zależeć na użytkownikach i można się zastanawiać, czy wciąż zależy mu na reklamodawcach, skoro zasięgi i interakcje z reklamami spadają. Google’a nie interesuje powszechna niechęć do umieszczania Al wszędzie, gdzie się tylko da – zamiast jakościowych wyników wyszukiwania dostajemy podejrzane maszynowe podsumowania. Spotify nie chodzi ani o moją wygodę konsumowania fajnej muzyki, ani o interesy twórców, ale o to, żeby nie dało się słuchać muzyki inaczej niż przez streaming, albo przynajmniej, żeby rynkowa pozycja platformy nie była zagrożona. Praktyka tych firm zmierza do zagrabienia całej wartości, jaką dawać może komunikacja online. W imię wygody użytkowników i przychodów reklamodawców, oczywiście.
Analizując sposób działania Spotify, Wilkowski trafnie go podsumowuje: „Spotify płaci autorom na podstawie ich udziału w łącznej liczbie odtworzeń wszystkich kawałków na platformie, co uprzywilejowuje wielkie gwiazdy”. Zabawne jest, że w celu potępienia tej praktyki Spotify, cytuje zaraz potem Joannę „frotę” Kurkowską reprezentującą stosujący tę samą praktykę innymi metodami ZAiKS.
Udało mi się ustalić, że frota jest to, zdaniem niektórych, to samo co frotté: „miękka, chłonna i wytrzymała dzianina pętelkowa”. W jaki sposób i w jakim sensie wytrzymałą dzianiną pętelkową jest zaiksalna kierowniczka działu strategii, ustalić mi się nie udało, ale potwierdzam, że właśnie jako pisana małą literą frota występuje na Linked In, Patronite i Nowym Marketingu.
„Kierowniczka działu strategii w ZAiKS Lab.” mówi Wilkowskiemu:
– Wrzucają (…) piosenki na generyczne playlisty, co pozwala uniknąć wypłacania należności twórcom i twórczyniom grającym fair play. Dochodzi do tego problem muzyki wypluwanej przez AI.
Kurkowska przywołuje niepokojące zjawisko zastępowania ludzkich wykonawców przez maszynowe wytwory: – Na miejsce artysty, pod tą samą nazwą, pojawiają się niskiej jakości produkcje obniżające reputację oryginalnych twórców. Taka sytuacja miała miejsce po odejściu z jednej z platform zespołu King Gizzard & The Lizard Wizard. Parę dni później na ich przejętym profilu pojawiły się Al-owe covery.
Ojojoj… Gdybym reprezentował ZAiKS, uważałbym z wyrażeniem „fair play”. Charakterystyczne, że dla pani froty niepokojące w przywołanym przez nią przypadku nie jest zjawisko kradzieży (profilu i własności intelektualnej), tylko „zjawisko zastępowania ludzkich wykonawców przez maszynowe wytwory”. Na podobnej zasadzie bankierów niepokoiło kiedyś pojawienie się pierwszych samochodów: rabusie banków zamiast na piechotę, zaczęli uciekać z łupami samochodami.
Jeśli generowanie muzyki przez pseudointeligencję pani frota nazywa „wypluwaniem” ze względu na szybkość i łatwość tego procesu, to zgarniający w ZAiKS-ie największe tantiemy kompozytorzy i tekściarze w rodzaju ś.p. Romualda Lipki czy Jacka Cygana również swoje sztampowe melodyjki i rymowanki „wypluwali”. Wśród niewielu zalet generatorów muzyki wykorzystujących modele pseudointeligencji na pewno jest ta, że już niedługo niskokosztowe szafy grające nowej generacji zmiotą z rynku 90% obecnych jego gwiazd, horrendalnie drogich. Nie będzie Zenka Romaniuka czy jak on się tam nazywa, nie będzie Jacka Cygana. Chyba że lobby zaiksowe i jemu podobne stworzą indeks piosenek zakazanych, czego wykluczyć nie można. Ale twórcy ambitni i oryginalni pozostaną w każdych okolicznościach, tych nic nam nie zastąpi, nigdy.
Żeby nie być słownogołym, przedstawiam pod Waszą ocenę mój wierszyk „Richard Brautigan” napisany w latach 80. ubiegłego stulecia, do którego maszyna podpięła muzykę będącą jej wytworem. Że wierszyk mój ma większą wartość literacką niż wszystkie teksty Cygana razem wzięte, to chyba można z góry przyjąć. Ale muzyka wygenerowana przez maszynę też, moim zdaniem, nie ustępuje kunsztem przeciętnej piosence pop. Już nie będę sprawiał przykrości Grzegorzowi Markowskiemu porównaniem umiejętności interpretacyjnych i stricte wokalnych jego i sztucznego wokalisty. Aczkolwiek muszę docenić, że słuchając tego drugiego, mogę nie mieć przed oczami jego klaty.
To była dygresja. Potrzebna o tyle, że mówiąc o gównowaceniu, Wilkowski nie neguje istnienia gówna i jego roli (liczby mają znaczenie), podkreśla tylko, że miejsce gówna w kulturze zostało określone dość dawno i nie powinno się go wynosić na ołtarze. Na końcu swego jakże ponuro zatytułowanego artykułu daje pewną nadzieję… Czy wynika ona z logicznej analizy stanu rzeczy, czy jest ochłapem rzuconym czytelnikowi na pocieszenie, oceńcie sami, jeśli macie opłacony abonament, artykuł naprawdę jest wart przeczytania.
Dla tych, co nie mają abonamentu, jeszcze jeden cytat na zachętę:
Polski użytkownik sieci, który zaczął być online w połowie lat 90., wiedział z doświadczenia, że państwu nie można ufać, za to korporacje proponują najlepiej dopracowane, użyteczne i atrakcyjne produkty. Dość przypomnieć oczekiwania liberalizacji rynku telekomunikacyjnego wobec monopolu Telekomunikacji Polskiej albo dyskusje z początków Facebooka, podkreślające mizerię i przaśność uruchamianej niemal równolegle Naszej Klasy czy większości blogów.
Jesteśmy wychowani do wiary w to, że korporacja dostarcza lepsze rozwiązania, bo ma technologie, know-how, zasoby i najlepszych ludzi. A na wolnym rynku wygrywają najlepsze rozwiązania, bo przecież ludzie naturalnie chcą korzystać z najlepszych rozwiązań.
– Głośne ostatnio zalecenia Netfliksa dla scenarzystów: pisania takich dialogów, które umożliwiają jednoczesne śledzenie serialu i scrollowanie social mediów w telefonie, powinny być dzwonkiem alarmowym. Oto normalizujemy sytuację, w której kultura popularna oficjalnie okazuje się nieustannym przepływem chaotycznych i w coraz większej mierze reklamowych, tzn. manipulacyjnych bodźców – mówi poeta i programista Piotr Czerski, który w jednym ze start-upów rozwija nowy system bardziej przyjaznych rekomendacji kulturowych. – Domyka się pętla sprzężenia zwrotnego: rozpędzone algorytmy rekomendacji powodują brain rot, do czego dostosowuje się algorytmy tworzenia treści.
Gównowacenie platform ma więc wymiar nie tylko technologiczny i społeczny, ale też biologiczny, okazuje się bowiem, że nie tyle sami wybieramy, co przyzwyczaja się nas do wybierania, a całym procesem rządzą dość podstawowe bodźce.
Artykuł Wilkowskiego przeczytałem w wydaniu papierowym „TP”, kiedy chciałem znaleźć jego wersję elektroniczną, wyszukiwarka zapytana o „Czy internet ma przyszłość”, w pierwszej kolejności zwróciła mi (może nawet na mnie?) radosną treść wygenerowaną przez pseudointeligencję: „Internet ma przed sobą ogromną przyszłość, ewoluując w stronę wciągającego, immersyjnego środowiska opartego na sztucznej inteligencji (AI), wirtualnej rzeczywistości (VR/AR) i ultraszybkich łączach. Do 2030 roku internet stanie się przestrzenią 3D, przewidującą potrzeby użytkowników i integrującą się głębiej z życiem codziennym”.
Nie daj Bóg! Darz mór! Czuj czuj, czuwaj!



