Zuzanna Sala niech wypierdala

Piotrek Sadzik, zarzucający innym „papierowość fraz”, mistrzowsko swoje frazy digitalizuje („Inwersja stała się tokenem osławionej »pracy w języku«, chwytem z jej domyślnych ustawień”). W szarży na łamach „Dwutygodnika” zarzuca pisarzom autoformatowanie, „analfabetyzm technologiczny”, „monetyzację aktualnych trendów”, „koniunkturalizm”, „cyniczne ćwiczenia stylistyczne”, „gesty obliczone na zysk”, „kapitalizację nostalgii”, korzystanie z „językowych prefabrykatów” i dyskontowanie „owoców własnej zręczności” (owoców?! chyba bitcoinów?). Przyznaje niektórym umiejętność „znalezienia odpowiedniego rejestru języka”, ale większości jej odmawia. I, żeby pisarze wiedzieli, które rejestry są odpowiednie, a które nieodpowiednie, demaskuje aż dwa cyniczne ćwiczenia vulgo chwyty z domyślnych ustawień stosowane przez nieoryginalnych prozaików: inwersję i dramatyzację.

Pokazuje też palcem winnych, w tym przypadku winne. Za dramatyzację odpowiada bowiem Lebda, a za inwersję Rudzka. Skupię się, przepraszam, sfokusuję się na inwersji, bo lubię to ćwiczenie i również razi mnie jego niewłaściwe wykonywanie lub nadużywanie. Pisze zatem Sadzik:

Wydaje się, że za dzisiejszą nagminność tego zjawiska odpowiada bezpośrednio sukces książki „Ten się śmieje, kto ma zęby” Zyty Rudzkiej: „Buty umarłego w ziemię pójdą, a z pamięci nie wyjdą. […] Od umierania kopyta mu popuchły. Do szewca, nie wiem, gdzie iść. Wszystkich szewców dorżnęli. Każdy jak jeden musiał się zamknąć”. (…) I tak ruszyła lawina.

Przy okazji debiutu Kingi Sabak „Trochę z zimna, trochę z radości” Zuzanna Sala pisała: „Autorce chyba bardzo zależało na tym, żeby naśladować żywą mowę, ale wybrała sobie w tym celu dokładnie jedno narzędzie: wypie*dalanie orzeczenia na koniec zdania. Ta inwersja ma nas przekonać do spontaniczności uchwytywanych myśli i stanów, jest jednak straszliwie karykaturalna”. Niekiedy wędrują nie tylko orzeczenia.

Stop! Tu muszę Piotrkowi przerwać. Jak to: wędrują? Przecież Sala Zuzanna na Instagramie napisała wyraźnie o „wypie*dalaniu”. Czyli orzeczenia nie wędrują, tylko wypierdalają, ewentualnie są wypierdalane, niech nas nie zmyli asterysk figowy. Kiedy jak kiedy, ale wypowiadając się o literaturze, nie możemy mieszać języków, bo nigdy nie wydostaniemy się z wieży Babel. Podkreślam to, gdyż rejestr języka, w którym ma upodobanie Sala Zuzanna z Instagrama, bardzo mi się przyda przy pouczaniu Piotrka, którego poznałem na seminarium naukowym „Szoa i wiersze”, gdzie godzinami nakurwialiśmy mówionymi esejami o Holokauście i w eseju Piotrka w chuj najebane było wyrażeń trudniejszych nawet niż virtue signalling i „stężenie literackiej nadświadomości”. Co zaznaczywszy, pozwólmy mu dojechać do końca pisarzy-inwersjofili:

Jak u Adrianny Alksnin w „Kiedy to wszystko się skończy, będziemy innymi ludźmi”, gdzie inwersja dotyka przydawki: „tak po prawdzie nie zależy jej wcale na Szymona aprobacie”, „jego opiniom nie towarzyszy dostateczna porcja entuzjazmu i zachwytu nad Julii pięknem i powabem”. Podobnie w „Strużkach” Marii Halber, na co zwracał uwagę na swoim Instagramie Adam Woźniak. „Plecy Kingi” muszą stać się tam „Kingi plecami”. „Dużo szyku przestawnego, żeby zdania brzmiały jak sentencje” – to już Justyna Sobolewska o „Światłoczułości” Jakuba Jarno. Oto obraz plagi. Gdzie jej źródła? Nawet jeśli do naśladownictwa zachęcił sukces książki Rudzkiej, pierwotnych przyczyn trzeba by szukać chyba u Gombrowicza.

Skoro już o języku mowa, to Jarno, Jagiełło i Podsiadło deklinują się, chociaż w innej wannie niż Michał Rusinek. Ale do rzeczy.

„Lawina”. „Plaga”. Lawina składa się z pięciu książek. Plaga objawiona jest w dziesięciu zacytowanych zdaniach lub fragmentach zdań, z których nie wszystkie zawierają inwersje (wliczam tu jedyny cytat z Sabak, jakim Sala Zuzanna na Instagramie podparła swą tezę o wypierdalaniu orzeczenia).

Niestety, Piotrek nie jebnął wyjaśnienia, jakie są relacje między źródłami a ich pierwotnymi przyczynami. Czy Rudzka zepchnęła lawinę za podszeptem Gombrowicza? Czy zdejmuje to z niej część winy?

Gombrowicza Sadzik rozumie. Gombrowicza Sadzik usprawiedliwia. Rejestr języka Gombrowicza był, mimo inwersji, odpowiedni, bo inwersja Gombrowicza nie była „obliczonym na poklask retorycznym ornamentem” jak u Rudzkiej. Wręcz przeciwnie, u Gombrowicza była ona „błyskotliwym, a zarazem hiperlogicznym odzwierciedleniem na gruncie formy językowej napędzającego powieść chwytu polemicznego”. Gombrowicz „z dialektyczną precyzją zahacza o formy już istniejące, wykorzystując te zakrzepliny języka jako trampolinę wyrzucającą poza zastane układy i słowniki. Co więcej, składniowa gramatyka szlacheckiej gawędy ulega squeerowaniu”. A Rudzka? Rudzka w ogóle nie wykorzystuje zakrzeplin jako trampoliny i nie queeruje gramatyki, niech zatem wędruje, przepraszam, niech spierdala na drzewo. Nawiasem mówiąc, cytując rzekomo chybione przypadki przestawni u Rudzkiej, Sadzik przegapia jedyny w tym samym cytacie rzeczywisty jej błąd („Każdy jak jeden”).

Pierwotną przyczyną nadobecności inwersji w polszczyźnie wydaje mu się Gombrowicz i jego „ja na kolana padłem”. Mnie się wydaje, że zwyczaj wypierdalania orzeczenia na koniec zdania pojawił się długo przed Rudzką i Gombrowiczem, że zawdzięczamy go frazie biblijnej i że przyszedł on do nas z łaciny za pośrednictwem Wulgaty. Ale zanim narzucałbym tę opinię innym, spróbowałbym ją udowodnić.

Jako że język polski jest fleksyjny, szyk jego nie jest sztywno ustalony. W polskim zdaniu poszczególne jego części zapierdalają po tym zdaniu prawie jak chcą. I jest to składową bogactwa polszczyzny, bo umiejętne rozjebywanie szyku wyrazów ma na celu zmianę wartości tych wyrazów: emocjonalnej, semantycznej, logicznej… Nie wiem, czy Sala Zuzanna na Instagramie się z tym zgodzi, ale Maciej Grochowski w „Aparacie terminologicznym składni linearnej języka polskiego” ogłoszonym po konferencji z cyklu „Staropolskich Spotkań Językoznawczych” wygłosił następującą opinię: „Szyk w języku polskim ma dwojakie uwarunkowania: częściowo jest zdeterminowany strukturalnie, a częściowo komunikacyjnie. Uwarunkowanie strukturalne to zależność pozycji linearnej danego wyrażenia od związków składniowych sensu largo, w jakie ono wchodzi z innymi komponentami wypowiedzenia, a także od relacji semantycznych między tym wyrażeniem a innymi. Na pozycję linearną zdeterminowaną przez kod mówiący nie ma wpływu i respektuje ją pod groźbą dewiacji”.

Części zdania zapierdalają po nim „prawie” jak chcą, bo oczywiście również w polskim języku zdania zadają szyku przede wszystkim w układzie wyrazów zwanym neutralnym. I to jest ich „ustawienie domyślne”, które autor niesformatowany, używając przestawni, przestawia. Na przykład ja: wypierdoliłem orzeczenie na koniec w zdaniu „Gombrowicza Sadzik rozumie” i dodatkowo zdramatyzowałem (mam nadzieję, że nie squeerowałem) swoją wypowiedź powtórzeniem: „Gombrowicza Sadzik usprawiedliwia”. Nie twierdzę, że było to hiperlogicznym odzwierciedleniem na gruncie formy językowej napędzającego moją recenzję jego diagnozy chwytu polemicznego. Przekonany jestem natomiast, że podbiłem tym sposobem emocjonalną i logiczną wartość „Gombrowicza”, co w zdaniu „Sadzik rozumie Gombrowicza” nie miałoby miejsca.

Sam inwersje Gombrowicza czytam jako ironiczne, samoprzedrzeźniające się, poświadczające „sztuczność” języka. Dzisiejsze rozplenienie się przestawni osiągających poziom wzmiankowanej przez Grochowskiego dewiacji i zwiększenie tolerancji dla nich zawdzięczamy, moim zdaniem, nie Gombrowiczowi, nie Biblii, ale tekściarzom układającym słowa do popularnych piosenek. „To nie wycie jest syreny”, „bo tu miejsca brak” i „za jej Poli Raksy twarz” rażą – w obu tego słowa znaczeniach – bardziej potężnie, niż „ja na kolana padłem”. Nie wiem też, dlaczego nikt nie zauważa, że żelazne gniazda uwiła sobie inwersja nie w prozie i nie w sentencjach, ale w poezji. Przez wieki stosowanie jej usprawiedliwiały wymogi rytmu („Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu”) i rymu („Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi”). Z czasem uznano ją, jak mówi mój stary słownik literacki, za wyróżnik „odmienności poetyckiego wysłowienia”. Kiedy przeczytałem zdanie Alksnin dotyczące „zachwytu nad Julii pięknem i powabem” to przestawnia w połączeniu z pięknem i powabem wydała mi się dyskretnie kpiarskim odniesieniem do tej właśnie dykcji.

Piotrusiu, w „Dwutygodniku” jeździsz po stawiających pierwsze kroki pisarzach. Głosisz przy tym swoje tezy tak śmiało, że i ja postawię swoją, choć nie jestem pewien jej słuszności. Otóż wydaje mi się, że Wy w ogóle nie czytacie książek, które zjebujecie albo wykurwiacie pod niebiosa w zależności od tego, którą nogą wstaniecie. Wnoszę tak po tym, że z pięciu przywołanych tytułów cytujecie trzy: Rudzkiej, Alksnin i Sabak (Jarny nie cytujecie, z Haber tylko dwa słowa, „Kingi plecy”). I we wszystkich trzech przypadkach są to cytaty z pierwszej strony każdej z tych książek, strony możliwej do pobrania w ramach bezpłatnego fragmentu.

Sala Zuzanna nie na Instagramie, ale na stronie nowynapis.eu

Inwektywy mylą się Wam z argumentami. Sala Zuzanna na Instagramie wprost usprawiedliwia obraźliwe sformułowania pod adresem debiutantki nieumiejętnością argumentacji: „Trudno mi precyzyjniej uchwycić istotę moich zarzutów niż nazywając tę książkę »strasznym męczeniem buły«. Ale spróbuję”. I męczy swoją czerstwą pitę zdaniami w stylu „Zupełnie nie rozumiem, jak można się jarać tym debiutem i to moje niezrozumienie zogniskowane jest na dwóch przyczynach”. Nie ogniskuj się tak, Salo Zuzanno z Instagrama, bo doznasz samozapłonu i zajarasz się mimo dojmującego zgody własnej braku.

Sabak i Rudzka całkiem sprawnie posługują się przestawnią. Ta pierwsza wcale nie po to, żeby podkreślić „spontaniczność uchwytywanych myśli i stanów”. „Wiem, że pewnym głosem muszę, żeby podejrzeń nie było”. Ponieważ narrator właśnie podejrzeń dotyczących jego płci bardzo się boi, warto było tak zmienić szyk zdania, żeby podejrzenia szczególnie w nim zaakcentować. „Buty umarłego w ziemię pójdą, a z pamięci nie wyjdą”. Nie da się bardziej szykownie podkreślić opozycji „w ziemię” i „z pamięci” oraz „pójdą” i „nie wyjdą”. „Wszystkich szewców dorżnęli”. Oczywiście, że tak, skoro w poprzednim zdaniu mieliśmy szewca i do niego nawiązujemy. Wolelibyście „Do szewca, nie wiem, gdzie iść. Dorżnęli wszystkich szewców”? Litości.

Jednakowe przypadki inwersji przydawki mamy u Adrianny Alksnin, gdzie mowa o „Szymona aprobacie”, i w „Strużkach” Halber. Ale że „»Plecy Kingi« muszą stać się tam »Kingi plecami«” to nieprawda, Panie Adamie Woźniaku z Instagrama. Bo np. „plecy idących z nią pod ramię dziewczyn” nie stały się w tej samej książce „idących z nią pod ramię dziewczyn plecami”. A „Kingi plecy” pojawiają się jeden raz i w kontekście chyba taki szyk usprawiedliwiającym. Proszę przeczytać na głos te dwa zdania ze „Strużek”: „Nie jestem w stanie dotrzymać kroku Kindze. Jej szerokie ramiona, cała przestrzeń od krawężnika do siatek, płotów, furtek – wszystko, co widzę, to Kingi plecy”.

Prawda, że na „plecy” położył nam się akcent silniejszy od akcentu, z jakim mielibyśmy do czynienia przy zapisie „plecy Kingi”? Oczywiście, w polszczyźnie miejsce przydawki dopełniaczowej jest po rzeczowniku, ale czasem wpierdala się ją przed rzeczownik, np. w celu podkreślenia związku przynależności. „Morza szum, ptaków śpiew”… I możemy powiedzieć „Mamusi ukochana córeczka” zamiast „Ukochana córeczka mamusi”. To przesunięcie akcentu a razem z nim znaczenia lepiej chyba będzie widać, jeśli porównamy zdania „Recenzje Sadzika nie podobają mi się” i „Sadzika recenzje nie podobają mi się” – tu znaczenie przesunie się w stronę: „Co mi się w Sadziku nie podoba, to jego recenzje”.

Nie twierdzę, że w cytowanym przypadku „Kingi plecy” brzmią lepiej niż brzmiałyby „plecy Kingi”, waham się. Twierdzę, że jeśli nawet ten pojedynczy przykład inwersji jest błędem, to nie dość ewidentnym, aby na jego podstawie dyskwalifikować całą książkę i stawiać diagnozy plag i lawin dotykających całą współczesną prozę.

Ostatnia z pięciu napiętnowanych książek, „Światłoczułość” Jakuba Jarny, istotnie zawiera sporo przestawni, dla których trudno znaleźć uzasadnienie. Żeby nie być gołosłownym jak Adam Woźniak z Instagrama, przytaczam pierwsze z brzegu: „Nie do mnie się przysiadasz, tylko do tęsknoty mojej”, „Strach mnie wtedy zdejmuje, że istnieć przestanę”, „Nie chciałem do wspomnień o niej wracać”, „Czułem, że się usprawiedliwić muszę”. Tak, takie inwersje niczemu nie służą i mogą irytować. Zaznaczam tylko, że ani w tym, ani w poprzednich przypadkach nie wypowiadam się na temat wartości samych książek, ponieważ ich nie czytałem.

tagi: